Nie podoba ci się nowe Ferrari Luce? I tak cię nie stać
Dokładnie 79 lat po pierwszym zwycięstwie wyścigowym Ferrari w Rzymie, Maranello zaprezentowało Luce. Swój pierwszy w historii samochód elektryczny, zaprojektowany we współpracy z Jonym Ivem i Markiem Newsonem z LoveFrom. Internet eksplodował.

"Brzydkie". "Bez duszy". "Zdrada Ferrari", "Ive zniszczył ikonę" - komentarze pisały się same. Szybciej niż ktokolwiek zdążył obejrzeć samochód z każdej strony.
Mam dla wszystkich oburzonych jedną wiadomość: nie zatrudniasz Jony’ego Ive’a po to, by zrobił po prostu kolejne Ferrari. Zatrudniasz go po to, żeby zrobił coś, czego w Ferrari jeszcze nie było. I dokładnie to dostaliście.
Czytaj także:
Ferrari Luce - co tak naprawdę widzimy?
Luce to pięciodrzwiowy sedan z pięcioma miejscami, napędzany przez cztery silniki elektryczne o łącznej mocy 1113 koni mechanicznych. Od zera do setki w 2,5 sekundy. Prędkość maksymalna 310 km/h. Zasięg ponad 530 kilometrów. Bateria 122 kWh ładowana z mocą 350 kW. To jest Ferrari. Tylko inne.

Zewnętrze opisywane jest jako "prowokacyjna prostota" - szklana bryła, unoszące się aerodynamiczne skrzydła z przodu i z tyłu, wnętrze z setkami indywidualnie przemyślanych detali. Z przodu głęboki czarny S-duct - element wyścigowy, bezpośrednio zaczerpnięty z Ferrari F1, który wizualnie skraca zwis i nadaje masce graficzne cięcie przez nadwozie.

Ferrari w Luce jest wszędzie, tylko że Luce nie krzyczy o tym w każdym centymetrze karoserii. To jest Apple Car, którego nigdy nie dostaliśmy. I dobrze.
Czytaj także:
Przez ponad dekadę Apple pracował ponoć nad własnym samochodem elektrycznym. Projekt pochłonął miliardy dolarów i tysiące inżynierów, by ostatecznie zostać cicho anulowanym. Jednym z powodów była niemożność pogodzenia wizji designu z realiami produkcji samochodów.
Ive dostał u Ferrari to, czego w Apple zapewne nie mógł dostać - wolną rękę i partnera, który potrafi zbudować to, co zaprojektuje.

Gdybym zapytał klientów czego chcą, powiedzieliby że szybszego konia - Henry Ford powiedział to ponad sto lat temu. I miał rację wtedy tak samo, jak ma rację dziś.
Oburzeni komentatorzy w internecie chcą kolejnego 488 albo 296 GTB. Chcą czerwonego, niskiego, z widocznym silnikiem z tyłu i wydechami, które śpiewają. I Ferrari wciąż to robi i będzie robić. Luce nie zastępuje tamtych samochodów. Luce otwiera zupełnie nowy rozdział.
Fani motoryzacji mają tendencję do płaczu za każdym razem gdy coś się zmienia
Płakali, gdy Porsche 911 dostało chłodzenie wodne zamiast powietrznego. Płakali, gdy Ferrari zrobiło Purosangue - pierwszego SUV w historii marki. Płakali, gdy McLaren zaczął turbodoładowywać silniki. W każdym z tych przypadków historia przyznała rację producentowi, nie płaczącym.
Czytaj także:
Kontrowersja jako strategia. Genialne
Dziś o Ferrari mówi cały świat. Ludzie, którzy nigdy w życiu nie interesowali się motoryzacją, wchodzą w dyskusje o Luce. Algorytmy społecznościowe karmią się oburzeniem i zachwytami jednocześnie. Ferrari - marka, która sprzedaje rocznie zaledwie kilkanaście tysięcy samochodów - osiągnęła zasięg medialny wartości setek milionów dolarów w jeden dzień.

Luce kosztuje 550 tys. euro. Klientów, którzy go kupią, nie interesuje, co internauci myślą o jego wyglądzie. Interesuje ich posiadanie czegoś absolutnie wyjątkowego - czegoś czego nikt inny nie ma, o czym wszyscy mówią. Kontrowersja przy takiej marce i w takiej cenie to nie problem. To zaleta.
Ferrari nie projektuje samochodów dla oglądających zdjęcia na Instagramie. Projektuje dla tych, którzy za nie płacą. A ci, którzy płacą, dostali właśnie coś o czym będzie się mówić przez dekady.

Ive pcha świat do przodu. Zawsze tak było
Pamiętacie pierwszego iMaca z 1998 roku? Kolor bondi blue, półprzezroczysta obudowa, monitor zintegrowany z komputerem. Krytycy pisali że wygląda jak zabawka. Że to nie jest “prawdziwy komputer”. Że Apple zwariował.

Pamiętacie pierwszego iPhone’a? Brak klawiatury fizycznej był dla ekspertów dowodem na to, że Jobs i Ive nie rozumieją czego użytkownicy potrzebują. Że telefon bez klawiszy to nieporozumienie.
Pamiętacie pierwszego MacBooka Air? Tak cienki, że wyglądał jak żart. Krytycy pytali gdzie dysk optyczny, gdzie porty, gdzie "prawdziwy laptop".

Za każdym razem oburzeni eksperci mieli rację przez kilka tygodni. A potem rynek odpowiadał.
Ci, którzy dziś krzyczą “to nie jest Ferrari”, za 20 lat będą mówić swoim dzieciom, że pamiętają dzień premiery Luce.



















