Żresz te czerwone tabletki jak chipsy. Jesteś tak bardzo "świadomy", że zaraz odlecisz. Gardzisz tłumem szaraczków, którzy dzień w dzień suną jak niewolnicy do roboty. Gdy oni klikają w ten komputer od świtu do nocy, ty grasz o wielkie stawki. Omijasz system, bo poznałeś prawdę. Omijasz – chociaż niektórzy politycy, dziennikarze, a szerzej państwo, próbują podłożyć ci nogę i cię upupić. Wymyślają zamordystyczne przepisy, ale na szczęście blokuje je prezydent. Wiadomo – on kuma, nie jest z układu, bił się w lasach, wie, co to walka i wolność. A walczakiem jesteś i ty.
Tak mniej więcej do wielkanocnego poniedziałku, kiedy krztusisz się resztkami sałatki jarzynowej, którą zrobiła ci mama, i dzwonisz na policję. Niech odzyskają twoje pieniądze. Niech przyjadą na Facebooka. I na TikToka. Bo tam cię złowili, oszukali, oskubali. A państwo – to złe państwo – nie pomogło. Jak zwykle.
Czy trzeba winić ludzi, a w szczególności młodych mężczyzn – bo to oni są największymi fanami kryptowalut, deregulacji i jakkolwiek rozumianej swawoli gospodarczej (celowo nie piszę "wolność", bo o nią walczyły całe pokolenia Polaków) – że byli naiwni i dali się zrobić?
Sami z siebie się śmiejecie
Powiedzieć, że są sami sobie winni, jest najprostsze. Można śmiać się z latynoskich wyborców Trumpa, że dziś ICE deportuje ich braci i ojców; można śmiać się z biedniejących z roku na rok Anglików, którzy w imię restauracji Imperium głosowali za Brexitem; można w końcu śmiać się z Rosjan, którzy – choć wciąż załatwiają się w latrynach i już piąty rok prowadzą "trzydniową operację specjalną" – dali odpór zgniłemu Zachodowi.
Śmiech, a raczej rechot – bo często nie ma tu mowy o radości, tylko o cynicznym schadenfreude – kończy się w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, że jesteśmy do nich bardzo podobni. Tak jak jedna niezapłacona rata kredytu dzieli nas od spadku na drabinie społecznej, tak często zwykły przypadek sprawia, że nie tkwimy w gównie po uszy.
Młodzi mężczyźni idą w kryptowaluty, hazard i wszelkiej maści rynki predykcyjne, bo ta droga wydaje się jedyną alternatywą. Widzą, że ciężką pracą mogą dorobić się co najwyżej garba. Jeśli nie mieli szczęścia urodzić się w bogatej rodzinie o wysokim kapitale kulturowym, próbują szukać swojego szczęścia w globalnym kasynie.
Zamiast budowanej latami kariery – którą i tak może rozbić w pył nieprzewidywalność rynków, kolejny kryzys albo po prostu galopująca automatyzacja i AI – wybierają grę w jednorękiego bandytę. To wydaje się trudne, owszem, ale ruletka zawsze była grą o wszystko albo nic. Skoro masz niewiele, perspektywa – nawet iluzoryczna – wielkiego zarobku przyciąga. Tobie się uda, bo jesteś wyjątkowy. Tak mówi popkultura. Tak mówią kołczowie z rolek. Jak śpiewa Hiob Dylan, bard Polski B:
Nadzieja tam zgasła lecz żądza płonie
Mam trochę hajsu - dwa kilo bilonu
Fortuna wybrała mnie spośród milionów
[...]
Jutro na jednorękim bandycie
Zagram o wszystko, zagram o życie
Odnajdę raj, raj pod Radomiem
Wrócę do ciebie z całym milionem
Pisałem już kiedyś, że młodzi ludzie – zwłaszcza pokolenie Z – coraz częściej skręcają w stronę kryptowalut jako inwestycji wysokiego ryzyka, bo nie widzą szans na osiągnięcie tradycyjnych kamieni milowych, takich jak zakup własnego mieszkania. Ludzie bez kapitału, napędzani pragnieniami przez media społecznościowe, podejmują coraz bardziej ryzykowne decyzje finansowe.
To nie jest tak, że młodzi nie mają pieniędzy, bo wydają je na głupoty jak słynne sojowe latte. Oni po prostu próbują – często rozpaczliwie – znaleźć drogę do stabilizacji, której system im nie oferuje; stabilizacji, którą osiągnęło pokolenie rodziców, a które dla nas wydaje się niemożliwe.. A na tej desperacji zarabiają inni: magnaci krypto, właściciele globalnych kasyn, spekulanci, sprzedawcy gównianych szkoleń, wszelkiej maści szamani AI, obiecujący, że po ich kursie zostaniesz panem swojego losu.
Czy dziwię się, że młodzi grają w te głupie gry, choć nie wygrywają nawet głupich nagród? Nie.
Oskarżam tych, którzy ten alternatywny, podziemny system – rzekomo będący ucieczką od realnego świata – zaprojektowali tak, żeby większość zawsze przegrywała.
Młodzi mężczyźni idą w kryptowaluty, hazard i wszelkiej maści rynki predykcyjne, bo ta droga wydaje się jedyną alternatywą. Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin
Ekonomia frajera
Kryptowaluty obiecują racjonalność – zimną, matematyczną ocenę prawdopodobieństwa. Z drugiej strony przyciągają tłumy dokładnie tym samym mechanizmem, który od dekad napędza zakłady bukmacherskie: obietnicą, że tym razem to ty wygrasz.
W krypto dodatkowo rywalizujesz z innymi, całą tą resztą, która przecież jest gorsza od Ciebie.. Problem polega na tym, że "reszta" nie jest żadną abstrakcją. To nie jest platońska wspólnota rozumnych obywateli, tylko bardzo konkretny zbiór ludzi – często młodych, często przekonanych o własnej przenikliwości, często też głęboko nieufnych wobec instytucji. Świat kryptowalut kondensuje nastroje tej właśnie grupy. A nastroje, jak wiadomo, mają to do siebie, że są zmienne, podatne na modę i – co najważniejsze – wyjątkowo łatwe do monetyzacji.
To, jak pisał błyskotliwie w swoim eseju "Prediction markets and the suckerfication crisis" Max Read, jest „ekonomią frajera”. System brutalny, ale oczywisty. Zaprojektowany tak, by większość uczestników regularnie traciła niewielkie kwoty, a niewielka grupa – często bardziej doświadczona lub lepiej poinformowana – te środki przechwytywała. Reszta to już tylko odpowiednia narracja: że to gra intelektualna, że to "rynek idei", że bierzesz udział w czymś większym niż zwykły hazard. Najbardziej ironiczne jest to, że całość sprzedaje się jako triumf "mądrości tłumu". Tymczasem tłum w internecie rzadko bywa mądry. Jest szybki, reaktywny i emocjonalny. Rynki predykcyjne nie tyle filtrują te cechy, co nadają im formę wykresu. Wyglądają jak wiedza, choć są czystą spekulacją.
Paradoks polega na tym, że gdyby rynki predykcyjne rzeczywiście stały się idealnie efektywne – gdyby ceny perfekcyjnie odzwierciedlały dostępne informacje – straciłyby swój urok. Nie byłoby już miejsca na "okazje", na spryt, na poczucie przewagi nad innymi. Innymi słowy: przestałyby być ekscytujące, a więc i dochodowe dla operatorów. I może właśnie dlatego ich największą siłą nie jest zdolność przewidywania przyszłości, lecz umiejętność opowiadania o niej w sposób, który skłania ludzi do sięgania po portfel.
Smutni chłopcy, roszczeniowe dziewczyny
Dlaczego ekonomia frajera działa? Nie byłoby jej – śmiem twierdzić – gdyby nie kryzys samotności i wspólnoty; gdyby nie populizm i radykalizacja. I last but not least: gdyby nie media społecznościowe, ów alternatywny obieg informacji. Wszystkie te problemy są oczywiście mocno ze sobą powiązane.
Czytam teraz książkę dr. Michała Gulczyńskiego "Mężczyźni. O nierówności płci" (wkrótce na naszych łamach wywiad z autorem – przyp. red.) i wciąż zaskakuje mnie przekonanie, że biały, heteroseksualny mężczyzna musi być z automatu uprzywilejowany. Jakby o statusie w trzeciej dekadzie XXI wieku, w świecie supermarketu idei, decydował wyłącznie kolor skóry i preferencje seksualne. Ci, którzy wciąż w to wierzą, są potem zaskoczeni, że za oceanem rządzi Donald Trump, nad Wisłą prezydent Karol Nawrocki, a w całej Europie rośnie poparcie dla prawicowych ugrupowań politycznych.
Młodzi mężczyźni – biedni, mieszkający na prowincji, bez kapitału kulturowego, bez wsparcia państwa czy organizacji to dziś nie tylko grupa marginalizowana, ale też szczególnie narażona na manipulacje ze strony techno-feudałów i sprzedawców marzeń o "szybkich zyskach dla kumatych".
Nie wystarczy, że posłuchają się rad cioci Magdy (chodzi o profesor Magdalenę Środę), że wystarczy być progresywnym i dołączyć do ruchów feministycznych. Nie mają tradycyjnych wspólnot. Dość powiedzieć, że czują się samotni. Ale nie tylko oni. Dekady temu problemy mieszkaniowe wyprowadzały ludzi na ulicę, dziś myśli się: "Nie umie sobie poradzić" albo "To jego wina, że za mało zarabia". Koszty bycia mężczyzną nie znikają, ale przywileje, które dawał im patriarchat już tak.
Samotni, pozbawieni wsparcia, nie mający autorytetu i punktu odniesienia: Kościół nie jest dla nich atrakcyjny, szkoła kojarzy się z opresją, a tzw. trzecich miejsc brak, to pozostaje internet.
Bez tradycyjnej wspólnoty szukają jej erzacu w sieci. Tam trafiają na fora i do grup, gdzie incelskie treści mieszają się z inwestycyjnymi. Brak realnych związków, przyjaźni, a nawet po prostu przyjaznego otoczenia, w coraz bardziej zatomizowanym świecie, to wodna młyn redpillowskich narracji.
Młodzi mężczyźni czują presję sukcesu. Wiedzą, że bez pieniędzy – a tych przecież nie zarobią, tyrając za najniższą krajową w miejscowym Januszeksie – nie poprawią swojego losu. Nie znajdą drugiej połówki. O zjawisku hipergamii i o tym, że kobiety wybierają partnerów o podobnym lub wyższym statusie, napisano już wiele, więc nie ma sensu się powtarzać. W epoce, gdy przeciętna kobieta ma wyższe wykształcenie od mężczyzny i zbliżone zarobki, przeciętny Maniek ze Zgierza nie ma lekko. I trudno mu o lepszą alternatywę niż „totolek dla kumatych”.
Wyznawcy krypto nie ufają nie tylko państwu – nie ufają także mediom, uważając, że te są elementem skostniałego, starego układu. Nierzadko mają rację: sojusz części mediów z władzą nie jest rzadkością. Ale przekonanie, że nowe media są wolne i niezależne, to już wyższa forma naiwności. Politycy są źli i zepsuci, ale prezesi, menedżerowie i wszelkiej maści "ludzie z Davos" (o których świetnie pisał ostatnio Tomasz Stawiszyński w "Piśmie. Magazynie Opinii") są już krystaliczni?
Wierzą też, że przyszłością są nowe technologie. Jeśli już coś czytają, to wpisy techno-bossów, żywiąc przekonanie, że skoro ktoś ma dużo pieniędzy, to musi mieć też dużo racji. Ufają ich stylom zarządzania – skoro sprawdzają się w przemyśle technologicznym, to czemu nie miałyby równie skutecznie służyć rządzeniu całym światem?
Coroczne zderzenie z górą lodową
Wchodzą więc młodzi mężczyźni w świat krypto, choć powinni doskonale wiedzieć, że kupują bilet na rejs Titanikiem. Z daleka ta potęga dla każdego wygląda tak samo – lśniące bogactwo, przepych, blichtr. Na miejscu okazuje się jednak, że trafiasz na dolny pokład, a w przypadku nieuniknionej katastrofy i tak nie ma dla ciebie miejsca w szalupie ratunkowej.
Takie rejsy odbywają się cyklicznie. Weźmy rok 2016. Znika giełda Bitcurex – oficjalnie przez „awarię przy aktualizacji”. W praktyce znika również około 2300 bitcoinów. Z perspektywy czasu to już nie jest tylko liczba – to raczej pomnik naiwności, który w szczytowym momencie wart był blisko miliard złotych.
Rok później pojawia się DasCoin – projekt, który miał łączyć technologię z marketingiem sieciowym. Promocja była agresywna, momentami wręcz groteskowa, a finał dość przewidywalny: UOKiK uznał całość za piramidę finansową, zostawiając po sobie milionowe straty i długą listę rozczarowanych.
W 2018 roku robi się gorąco wokół BitBay. KNF wpisuje giełdę na listę ostrzeżeń, banki zaczynają się dystansować, więc biznes pakuje walizki i wyjeżdża na Maltę. W tle wychodzą na jaw niepokojące epizody z życiorysów niektórych inwestorów – takie, które bardziej pasują do kroniki kryminalnej niż do sektora fintech.
Rok 2019 to już klasyczny scenariusz katastrofy: BitMarket traci płynność, klienci zostają z niczym, a z rynku wyparowują kolejne tysiące bitcoinów – tym razem warte około 100 milionów złotych. Historia kończy się jeszcze mroczniej, bo jeden z właścicieli zostaje znaleziony martwy. Trudno o bardziej dosłowną metaforę ryzyka.
Potem wchodzi rok 2020 i projekt FutureNet, który miał być „Facebookiem przyszłości”. Własna kryptowaluta, obietnica zarabiania na aktywności, wizja nowego internetu. Rzeczywistość szybko weryfikuje te ambicje – dziesiątki tysięcy poszkodowanych i dziesiątki milionów strat. Twórcy znikają z radarów, jak to zwykle bywa w takich historiach.
Rok 2021 przynosi chwilę pozornego spokoju w Polsce, ale globalnie zaczyna się festiwal spekulacji. NFT rosną jak na drożdżach. W 2022 robi się jeszcze dziwniej: znika Sylwester Suszek, jedna z kluczowych postaci polskiego rynku. Równolegle wybucha afera związana z kopalnią Ethereum na Żeraniu – setki poszkodowanych, dziesiątki milionów złotych. Na świecie z kolei wali się FTX, przypominając wszystkim, że nawet największe konstrukcje w tym ekosystemie potrafią runąć z dnia na dzień.
Rok 2023 dorzuca do tej układanki „tokenizację” projektów w stylu beczek alkoholu sygnowanych znanym nazwiskiem. Efekt? Zgodny z intuicją każdego, kto widział już kilka takich historii. Rok 2024 przynosi względny spokój lokalnie, ale globalnie skala oszustw eksploduje. Straty liczone są już w miliardach dolarów, a dynamika wzrostu przypomina raczej sektor cyberprzestępczości niż innowacyjną gałąź finansów. W międzyczasie pojawia się temat regulacji – MiCA. Teoretycznie krok w stronę uporządkowania rynku. W praktyce: polityczne przepychanki, weta i spekulacje o lobbingu.
Rok 2026 tylko to potwierdza, dorzucając do miksu wydarzenia, które znów bardziej pasują do rubryki "kryminalne" niż "technologiczne".
Szacuje się, że połowa – a według bardziej pesymistycznych ocen nawet większość – projektów krypto kończy się porażką. To nie jest inwestowanie w klasycznym sensie. To raczej rzut monetą, tylko z nieco gorszymi szansami i znacznie większą narracją wokół.
Jestem tak stary, że pamiętam aferę Amber Gold. Niemal 19 tys. oszukanych klientów na prawie 851 mln zł. I już 14 lat temu też obecne były głosy: sami są sobie winni. To nie złodziej jest winny, że kradnie, a okradziony, że dał się okraść. Rolą państwa, ale i mediów jest nie tylko zapobiegać takim sytuacjom, co bronić właściwej narracji.
Szacuje się, że połowa – a według bardziej pesymistycznych ocen nawet większość – projektów krypto kończy się porażką.. Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin
Buda, whisky i twoja matka
Świat krypto to żadna innowacja, żadne wyjście poza system, żadna czerwona pigułka. Czerwonym można być co najwyżej na twarzy po kolejnych spadkach, bankructwach czy oszustwach. To nawet nie jest świat dobrze skrojonych garniturów – to raczej buda z automatami w mieście powiatowym. Zapach taniej wody kolońskiej, smak taniej whisky w ciepłej szklance i lodowe spojrzenie twojej matki, która staje w progu twojego pokoju – choć masz już 30 lat i nadal mieszkasz ze starymi – i mówi: obudź się i weź się do porządnej roboty.
Ale ty nic sobie z tego nie robisz. Nie ma pracy dla osób z twoim wykształceniem. Ona nie kuma świata, a ty wiesz coś, czego nie wie nikt. Następnym razem się uda. "Porażka to tylko przystanek na drodze do sukcesu" – powtarzasz sobie cytat, którym twój ulubiony kołcz z TikToka rzuca na lewo i prawo. Cytat tak samo zmyślony jak twoje lepsze życie.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-10T11:15:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T10:45:51+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T09:45:32+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T09:10:03+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T08:45:08+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T08:13:15+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T08:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T07:24:28+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T07:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T06:44:27+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T06:41:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T06:31:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T06:21:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T06:11:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T21:48:27+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T21:22:06+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T20:23:56+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T19:31:36+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T19:07:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T18:35:09+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T18:13:19+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T18:07:28+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T17:18:44+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T16:48:12+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T16:07:01+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T15:36:07+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T14:44:46+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T13:47:57+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T12:49:51+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T12:26:43+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T11:42:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T10:36:47+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T09:57:04+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T09:28:20+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T09:03:14+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T08:06:25+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T07:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T06:20:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T06:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T06:10:00+02:00