Badacze przeanalizowali zakłócenia GPS z kilku lat. Mamy was, Rosjanie
Badacze przeanalizowali dane z lat 2019-2026 i wskazali rosyjskie satelity wczesnego ostrzegania jako źródło zakłóceń GNSS. Do tej pory mówiono głównie o zakłóceniach GPS z Królewca, ale teraz to się zmienia.

W ostatnich latach zakłócenia nawigacji satelitarnej stały się niestety częścią codzienności na wschodniej flance NATO. Samoloty, statki, aplikacje transportowe i użytkownicy zwykłych odbiorników GPS widzieli błędne pozycje, utratę sygnału albo nagłe przeskoki lokalizacji. Najczęściej wskazywano na rosyjską infrastrukturę w obwodzie królewieckim oraz na systemy walki radioelektronicznej działające w pobliżu stref konfliktu.
Tamten problem nadal oczywiście istnieje. Według litewskich analiz rosyjskie zdolności do fałszowania sygnałów z Królewca znacznie wzrosły, a zasięg zakłóceń może obejmować kraje bałtyckie, część Polski, Bałtyk oraz fragmenty Finlandii, Szwecji i Białorusi. To już samo w sobie jest poważnym zagrożeniem dla lotnictwa, żeglugi, wojska i infrastruktury zależnej od precyzyjnego czasu.
Nowe ustalenia pokazują jednak, że to może być tylko jedna warstwa problemu. Jeżeli zakłócenia mogą pochodzić także z orbity, to skala ryzyka zmienia się zasadniczo. Nadajnik naziemny ma ograniczony horyzont i zasięg. Satelita może objąć sygnałem ogromny obszar.
Badacze znaleźli aż 75 dziwnych epizodów
Analiza objęła dane z lat 2019-2026 z sieci naziemnych stacji GNSS. To szersza nazwa systemów nawigacji satelitarnej, obejmująca m.in. amerykański GPS, europejskie Galileo, chiński BeiDou i rosyjski GLONASS. Badacze szukali krótkich, silnych i jednoczesnych spadków jakości odbioru sygnału na bardzo dużych obszarach.
Badaczom udało się wyłapać aż 75 dni, podczas których występowały takie zakłócenia. Trwały zwykle zaledwie kilka sekund, ale jednocześnie rejestrowały je stacje rozmieszczone w Europie, Grenlandii i Kanadzie. Skala była więc na tyle duża, że trudno wytłumaczyć ją działaniem pojedynczego nadajnika naziemnego czy samolotu.
Jeszcze ciekawsze są same szczegóły czasowe. Zdarzenia pojawiały się głównie w dni robocze, najczęściej od wtorku do czwartku, i raczej w godzinach pracy niż losowo przez całą dobę. Taki rytm nie pasuje dobrze do naturalnych zjawisk atmosferycznych ani do prostego, przypadkowego błędu sprzętu.
Trop prowadzi do satelitów na orbitach Molnija
Naukowcy wykorzystali kilka metod identyfikacji źródła, m.in. analizę mocy odebranego sygnału i różnic czasu dotarcia zakłóceń do poszczególnych stacji. Wszystko wskazuje na ten sam trop: źródłem mogła być niewielka grupa rosyjskich satelitów wczesnego ostrzegania poruszających się po orbitach Molnija.
Orbita Molnija jest bardzo eliptyczna. Satelita przez część obiegu znajduje się wysoko nad półkulą północną, dzięki czemu może długo obserwować obszary położone daleko od równika. To rozwiązanie od lat jest użyteczne dla Rosji, bo pozwala patrzeć na rejony, których klasyczne orbity geostacjonarne nie obsługują równie dobrze.
W tym przypadku chodzi o rosyjski system EKS, czyli konstelację przeznaczoną do wykrywania startów pocisków balistycznych i eksplozji jądrowych. To nie są satelity nawigacyjne, tylko element strategicznego systemu ostrzegania. Tym bardziej niepokojące byłoby, gdyby ta sama infrastruktura mogła generować albo testować zakłócenia sygnałów nawigacyjnych.
To mogły być testy, nie pełnoskalowy atak
Badanie wskazuje źródło zakłóceń, ale nie rozstrzyga jednoznacznie intencji. To mogły być testy zdolności, krótkie emisje techniczne, eksperymenty albo działania prowadzone w taki sposób, aby nie doprowadzić do długotrwałego paraliżu odbiorników.
Zakłócenia były krótkie, zwykle kilkusekundowe. To za mało, aby mówić o pełnoskalowym ataku na europejską nawigację. Jednocześnie wystarczająco dużo, aby zadać bardzo niewygodne pytanie: co by się stało, gdyby podobny system działał dłużej, mocniej i bliżej podstawowej częstotliwości GPS?
Sygnał GPS docierający z orbity do odbiornika na Ziemi jest bardzo słaby. Właśnie dlatego da się go zagłuszać stosunkowo niewielką mocą, jeśli nadajnik znajduje się w dobrym miejscu i pracuje na odpowiedniej częstotliwości. Gdy źródłem nie jest ciężarówka z anteną pod Królewcem, lecz satelita nad dużą częścią półkuli północnej, problem robi się dużo trudniejszy do lokalizacji i sensownej reakcji.
To uderza nie tylko mapy na naszym telefonie
GPS kojarzy się nam z nawigacją samochodową, ale jego znaczenie jest znacznie większe. Systemy satelitarne dostarczają nie tylko pozycję, lecz także precyzyjny czas. Z takiego czasu korzystają sieci telekomunikacyjne, energetyka, systemy finansowe, logistyka, porty, lotnictwo, wojsko i infrastruktura krytyczna.
Zakłócenie pozycji może zmylić pilota, kierowcę, statek albo drona. Zakłócenie czasu może uderzyć w synchronizację systemów, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z mapą. Właśnie dlatego eksperci od nawigacji od lat powtarzają, że GPS jest jednym z najważniejszych, a jednocześnie najbardziej niedocenianych punktów zależności współczesnego świata.
Przeczytaj także:
Rosja doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Zakłócanie GPS i spoofing, czyli podsuwanie fałszywej lokalizacji zamiast prostego odcięcia sygnału, były już wielokrotnie łączone z działaniami w rejonie Bałtyku, Morza Czarnego, Bliskiego Wschodu i Ukrainy. Nowy wątek orbitalny sugeruje, że walka o nawigację może wychodzić poza klasyczną wojnę radioelektroniczną prowadzoną z ziemi.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI



















