Co by się stało, gdyby wojna nuklearna wybuchła dziś – bez ostrzeżenia, bez syren, bez czasu na ucieczkę? To nie jest fantastyka ani political fiction, lecz oparta na wiedzy naukowej i wojskowej rekonstrukcja scenariusza, który wciąż pozostaje możliwy.
Tylko na łamach magazynu Spider's Web+ przedpremierowy fragment książki "Za sześć minut zima" Marka Lynasa, pisarza i działacza ekologicznego. Książkę na język polski dla wydawnictwa Port przetłumaczył Michał Lipa.
To wstrząsająca opowieść o broni, której nikt nigdy nie powinien użyć. O decyzjach podejmowanych w ułamku sekundy. O globalnym wyścigu zbrojeń. I o kruchej nadziei, która wciąż może ocalić przyszłość.
W kolejnych akapitach autor przechodzi od literackiej wizji do chłodnej analizy faktów: doktryny "uderzenia w momencie ostrzeżenia", arsenałów nuklearnych pozostających w stałej gotowości oraz absurdalnie krótkiego czasu, jaki światowi przywódcy mają na podjęcie decyzji o zagładzie cywilizacji. Ten fragment stanowi mocne otwarcie książki, która stawia niewygodne pytanie: czy ludzkość nie żyje dziś na kredyt, odliczając kolejne sześciominutowe interwały do potencjalnego końca?
Pierwszy dzień wojny zaczyna się tak samo jak wszystkie inne. Nie ma żadnych sygnałów ostrzegawczych, więc mieszkańcy Nowego Jorku zajmują się codziennymi sprawami. Syreny alarmowe milczą, na ekranach telefonów nie wyświetlają się alerty. Na przedmieściach ludzie wyjeżdżają samochodami z garaży, a dzieci z kolorowymi plecaczkami czekają na szkolne autobusy. Zabiegane mamy pakują kanapki, a na kuchennych blatach pracują niezmordowanie miliony ekspresów do kawy. Przed szkołą w centrum miasta grupka 10-letnich uczennic czeka na zielone światło dla pieszych.
Jedna z nich spogląda na niebo i przez ułamek sekundy widzi metaliczny błysk wysoko nad iglicą śródmiejskiego wieżowca. Nie ma o tym pojęcia, ale właśnie ujrzała pojazd deorbitacyjny międzykontynentalnego pocisku balistycznego o mocy 5 megaton, a to znaczy, że zostało jej kilka sekund życia. Rozmyślając o sprawdzianie z matematyki, do którego sumiennie się przygotowała, opuszcza wzrok i widzi, że zapaliło się zielone światło dla pieszych. Ona i jej koleżanki nie są nawet w połowie drogi przez jezdnię, gdy pocisk eksploduje.
Całe miasto zalewa z góry rozbłysk białego światła, jaśniejszy niż tysiąc pustynnych słońc w zenicie. Wszyscy, którzy na niego patrzą, natychmiast tracą wzrok. Światło odbite od chmur i górnych warstw atmosfery jest widoczne z odległości setek kilometrów, a jego nieziemski blask pada nawet na zasłony w oknach Gabinetu Owalnego oraz oświetla wnętrze Białego Domu. Wraz ze światłem rozchodzi się zabójcze gorąco oraz promieniowanie neutronowe i gamma, które natychmiast unicestwia DNA wszystkich istot żywych pozbawionych ochrony w postaci kilkudziesięciocentymetrowej warstwy betonu. W ciągu kilku setnych sekundy półtora kilometra nad ziemią rozprzestrzenia się kula ognia o średnicy równej szerokości Manhattanu.
Twoje miasto zrównane z ziemią
Na obszarze o powierzchni 10 kilometrów kwadratowych w mgnieniu oka wyparowuje wszystko, co nie jest zrobione z betonu i stali – drzewa, zwierzęta i ludzie. Uczennice, urzędnicy, kurierzy rowerowi i osoby wracające z wczesnych zakupów stają się ledwie widocznymi cieniami na przejściu dla pieszych. Jeszcze przed chwilą żywe, kochane i otaczane troską istoty ludzkie stają się kupkami popiołu. Większość rodziców nawet nie wie, że ich dzieci zginęły, ponieważ w tej strasznej chwili z powierzchni ziemi znikają całe rodziny. Wszyscy ludzie znajdujący się na otwartym terenie w promieniu 25 kilometrów od punktu zero doznają oparzeń trzeciego stopnia. Na ich ramionach i plecach pozostają ślady po zwęglonych ubraniach, a odsłonięta skóra w ciągu kilku godzin zacznie odchodzić od krwawiącego ciała niczym płaty smażonego bekonu.
Kilka sekund później fala uderzeniowa zaczyna równać miasto z ziemią. Pod kulą ognia zniszczeniu ulegają nawet betonowe drapacze chmur, a budynki mieszkalne w promieniu 10 kilometrów rozpadają się na kawałki, gdy fala do nich dociera. Ludzie umierają na różne sposoby: ciśnięci podmuchem o ścianę, wyrzuceni przez okno, poranieni przez latające odłamki szkła, przebici metalowymi elementami konstrukcji albo zwyczajnie rozerwani na kawałki. Niektórzy ciężko ranni rodzice żyją jeszcze wystarczająco długo, by zacząć się martwić losem swoich dzieci. Nie ma jednak nikogo, kto mógłby powiedzieć tym wykrwawiającym się nieszczęśnikom z wnętrznościami na wierzchu, że ich potomstwo nawet nie dotarło do szkoły i zniknęło z powierzchni ziemi. W ciągu kilku minut ponad milion ludzi ginie na miejscu albo odnosi śmiertelne obrażenia.
Wybuchają pożary. Wszystkie palne materiały wystawione na działanie gorąca stają w płomieniach jak polane benzyną. Pożary nabierają intensywności i zaczynają się łączyć. Gdy gorące powietrze unosi się ku górze, zrywają się porywiste wiatry wiejące ku miastu ze wszystkich kierunków. Słup dymu idzie w ślady kuli ognia, która zdążyła przekształcić się w gigantyczny biały grzyb atomowy szerszy niż średnica miasta, z górną częścią spłaszczającą się w wyższych warstwach atmosfery. Uniesiona na ogromną wysokość sadza z pożarów zatrzymuje światło, a z chmury rozciągającej się na 50 kilometrów w kierunku północno-wschodnim, nad Long Island i częścią Connecticut, zaczyna padać czarny deszcz. Zawiera cząstki radioaktywne, będące produktem rozpadu promieniotwórczego z bomby jądrowej, a także kurz i pył zassane ze strefy zero. Śmiercionośny opad radioaktywny pokrywa tereny wokół miasta.
W ruinach Nowego Jorku słychać alarmy, krzyki i huk szalejącego ognia, ale w porównaniu z codziennym zgiełkiem miasta wydaje się, że panuje ogłuszająca cisza. Lekko ranni leżą tam, gdzie upadli, albo kuśtykają bez celu, bo też nie ma dokąd iść. Alarmy samochodowe w roztrzaskanych samochodach wyją bezproduktywnie i słychać nieliczne syreny, ale niedobitki służb ratunkowych nie są w stanie zająć się 5 milionami chodzących rannych, a w ciągu kilku godzin większość z nich zacznie zdradzać objawy choroby popromiennej. Żniwo śmierci zebrane przez ten pierwszy wybuch sięgnie 2 milionów zabitych, ale z powodu zdarzeń, które dopiero nastąpią, nikt nigdy nie policzy zabitych w Nowym Jorku.
Zacznij się martwić
Historia opisana w prologu jest przerażająca, ale przecież się nie wydarzy, prawda? Większość z nas w jakimś stopniu obawia się wojny jądrowej, lecz woli wierzyć, że nigdy do niej nie dojdzie. To błąd. Ryzyko konfliktu termonuklearnego, który mógłby położyć kres naszej cywilizacji, jest szacowane na 1 procent rocznie. Oczywiście ta wartość opiera się w dużym stopniu na domysłach i zmienia się w zależności od rosnących i słabnących napięć między światowymi potęgami. Niemniej uśrednione prawdopodobieństwo wynosi mniej więcej tyle.
Podana wartość wydaje się sensowna, jeśli wziąć pod uwagę historyczne wydarzenia, w przypadku których otarliśmy się o zagładę nuklearną, zaczynając od kryzysu kubańskiego, a kończąc na różnego rodzaju awariach technicznych, którymi zajmę się w dalszej części książki. Profesor emeritus Martin Hellman z Uniwersytetu Stanforda ostrzegał w opublikowanym w 2021 roku artykule przed kumulującym się z roku na rok niewielkim ryzykiem, które sprawia, że "urodzone dzisiaj dziecko ma mniej niż 50 procent szans na dożycie naturalnej śmierci bez doświadczenia zagłady cywilizacji w wyniku wojny nuklearnej".
Nie będę się wdawał w szczegóły matematyczne; wystarczy powiedzieć, że o ile 1 procent rocznie nie daje 100 procent w ciągu stulecia (prawdopodobieństwo nie sumuje się w ten sposób), to wskaźnik ryzyka w okresie stu lat wynosi około 63 procent, czyli mniej więcej dwie trzecie. O tym właśnie pisał Hellman.
Broń nuklearną wynaleziono w 1945 roku. Mieliśmy więc sporo szczęścia przez 75 lat, a zgodnie z powyższymi wyliczeniami ryzyko wybuchu ogólnoświatowej wojny jądrowej przed 2045 rokiem wynosi dwie trzecie. Filozof Carl Lundgren zastosował twierdzenie Bayesa do obliczenia prawdopodobieństwa tego zdarzenia i stwierdził, że w warunkach geopolitycznych podobnych jak w czasie zimnej wojny możemy mieć do czynienia z jednym konfliktem nuklearnym na 74 lata, uzyskał więc dość zbliżony wynik. Jeżeli ci uczeni mają rację, być może żyjemy już w „doliczonym czasie”, i to nawet bez rosnących obecnie na całym świecie napięć – między Chinami a Stanami Zjednoczonymi na tle Tajwanu, między Indiami a Pakistanem na tle Kaszmiru, między Izraelem a Iranem na tle Palestyny oraz między Rosją a NATO na tle Ukrainy – z powodu których jesteśmy dzisiaj bliżej konfliktu nuklearnego niż w najniebezpieczniejszych chwilach zimnej wojny. Świat miał dużo szczęścia, kiedy udało się uniknąć wojny jądrowej podczas kryzysu kubańskiego. Jak stwierdził po fakcie prezydent Stanów Zjednoczonych John F. Kennedy, w ciągu tych 13 feralnych dni ryzyko jej wybuchu mogło wynosić nawet 1 : 3. Inwazja Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku oraz późniejsze głośne potrząsanie nuklearną szabelką przez prezydenta Władimira Putina zwiększyły ryzyko do poziomu wyższego, niż większość z nas doświadczyła w swoim życiu. Widmo bomby jądrowej zawisło nad nami ponownie, tak jak w czasach zimnej wojny. Choć tamten konflikt dobiegł końca wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, arsenały nuklearne nie zniknęły. Przestaliśmy tylko o nich myśleć. Czas ponownie zacząć się nimi przejmować. Musimy zniszczyć bombę, zanim ona zniszczy nas.
Starcie mocarstw
Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Rosja posiadają ogromne arsenały jądrowe składające się z setek głowic wodorowych umieszczonych w międzykontynentalnych pociskach balistycznych (ang. intercontinental ballistic missile, ICBM). Chiny szybko zwiększają swoje zasoby broni jądrowej, podobnie jak zaliczana do państw zbójeckich Korea Północna, dysponująca już pociskiem zdolnym dolecieć do terytorium kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Trwa również wyścig zbrojeń między Indiami a Pakistanem. Nikt nie wie, ile bomb ma Izrael, a Iran może zostać mocarstwem jądrowym, zanim ta książka trafi do rąk czytelników. Poza Stanami Zjednoczonymi i Rosją żadne z państw dysponujących bronią nuklearną nie jest stroną układu o kontroli zbrojeń, który i tak w praktyce przestał obowiązywać w obecnym okresie wzmożonej rywalizacji supermocarstw.
Podobnie jak w czasie zimnej wojny, Stany Zjednoczone i Rosja utrzymują swoje arsenały w stanie ciągłej gotowości do niemal natychmiastowego użycia, przypominającym czuwanie z palcem na czułym spuście (ang. hair-trigger alert). Do tego doktryna Waszyngtonu opiera się na zasadzie uderzenia w momencie ostrzeżenia (ang. launch on warning), czyli odpalenia rakiet w reakcji na pierwszy sygnał o zbliżaniu się wrogiego pocisku balistycznego. Amerykanie chcą mieć pewność, że ich rakiety znajdą się w powietrzu od razu po potwierdzeniu wrogiego natarcia, żeby nie zostały zniszczone w silosach w trakcie pierwszego uderzenia. Planiści wojskowi zgadzają się co do tego, że takie działanie ma kluczowe znaczenie z punktu widzenia doktryny odstraszania, ponieważ natychmiastowe odpalenie pocisków zmniejsza prawdopodobieństwo uniknięcia przez wroga masowego odwetu, a zatem powinno studzić jego wojownicze zapędy.
Niemniej czas na podjęcie decyzji jest niesłychanie krótki. Oszacowano, że prezydent Stanów Zjednoczonych może mieć zaledwie sześć minut na zdecydowanie o odpaleniu amerykańskich pocisków międzykontynentalnych, które zabiją kilkaset milionów ludzi w ciągu godziny i miliard w ciągu pierwszego roku po ataku.
Z opublikowanego niedawno raportu na temat stanu amerykańskich wojsk jądrowych wynika, że 98 procent spośród 450 amerykańskich pocisków międzykontynentalnych „jest przez cały czas w stanie wysokiej gotowości bojowej i może być wystrzelone w ciągu pięciu minut od przekazania przez prezydenta kodów startowych” Dotyczy to tylko ICBM rozmieszczonych na lądzie, bowiem po oceanach krąży cztery lub pięć okrętów podwodnych przenoszących nuklearne pociski balistyczne, które mogą wystartować w ciągu 15 minut od zatwierdzenia rozkazu przez prezydenta. Łączność z tymi jednostkami można nawiązać za pośrednictwem rezerwowych kanałów komunikacji, nawet po unicestwieniu Pentagonu. Poziom gotowości rosyjskich sił nuklearnych jest pilnie strzeżoną tajemnicą, ale urzędnicy Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej twierdzili przy różnych okazjach, że ich kraj może wystrzelić pociski międzykontynentalne – przypuszczalnie wycelowane w Stany Zjednoczone i inne kraje Zachodu – albo natychmiast, albo w ciągu "kilkudziesięciu sekund".
Biorąc pod uwagę fakt, że prezydent Stanów Zjednoczonych ma wyłączne uprawnienia do wydania rozkazu użycia broni jądrowej i nie musi się w tej sprawie radzić Kongresu, sekretarza obrony, wiceprezydenta ani Kolegium Połączonych Szefów Sztabów.
Eric Schlosser w opublikowanym przez "New Yorkera" artykule o mrożącym krew w żyłach tytule World War Three, by Mistake [Trzecia wojna światowa przez pomyłkę] zadał następujące pytanie: "Czy ktokolwiek na świecie byłby w stanie w ciągu sześciu minut podjąć świadomie właściwą decyzję dotyczącą życia lub śmierci setek milionów osób?". Dobre pytanie.
George W. Bush zżymał się, że sześć minut to za mało czasu, żeby "wyjść ze sracza", nie mówiąc już o autoryzowaniu ataku nuklearnego. Ronald Reagan napisał we wspomnieniach, że kiedy był prezydentem, nie nosił przy sobie kluczy, karty kredytowej ani portfela, a jedynie "małą zalaminowaną kartę" z kodami, które musiałby podać w Pentagonie, wydając rozkaz ataku nuklearnego, żeby potwierdzić, że faktycznie jest prezydentem Stanów Zjednoczonych. Reagan wspominał również, że tak krótki czas na wydanie rozkazu wynikał z tego, że rosyjskie okręty podwodne zapuszczały się czasem w pobliże amerykańskiego wybrzeża, a wystrzelone z nich pociski mogłyby dolecieć do Waszyngtonu w ciągu sześciu, ośmiu minut. "Sześć minut na zastanowienie się, jak zareagować na kropkę na radarze, i na podjęcie decyzji o tym, czy rozpętać armagedon! Czy w takiej chwili ktokolwiek byłby w stanie zachować zdolność chłodnego rozumowania?"
W bogato udokumentowanej i przerażająco realistycznej książce Wojna nuklearna. Możliwy scenariusz, wydanej w 2024 roku, dziennikarka i pisarka Annie Jacobsen przypomina czytelnikom, że "sześć minut to mniej więcej tyle, ile zajmuje zaparzenie dużego dzbanka kawy". Jacobsen referuje rozmowę z Tedem Postolem, byłym doradcą naukowym szefa operacji morskich Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, a później wykładowcy zagadnień bezpieczeństwa narodowego w MIT. Postol powiedział jednoznacznie: "Gdyby Waszyngton został zaatakowany przez rosyjski okręt podwodny znajdujący się w odległości tysiąca kilometrów od naszego wybrzeża, od wystrzelenia przez niego pocisku do uderzenia głowicy w cel minęłoby mniej niż siedem minut". W takim scenariuszu wydanie rozkazu o użyciu broni jądrowej byłoby ostatnią rzeczą, jaką prezydent zrobiłby przed śmiercią.
Czas na wyjscie ze sracza... albo na zagładę
W zasadzie wszyscy się zgadzają, że sześciominutowy przedział czasu na podjęcie epokowej decyzji dotyczącej przyszłości cywilizacji wydaje się zupełnie absurdalny. Jak mówi Bruce Blair, były oficer startowy rakiet balistycznych Minuteman, a obecnie naukowiec i ekspert od polityki zagranicznej na Uniwersytecie Princeton oraz współzałożyciel ruchu Global Zero, zabiegającego o likwidację arsenałów jądrowych, prezydent mógłby „stać się zakładnikiem protokołu, jak maszynista rozpędzonego pociągu, który wymknął się spod kontroli. […] Byłby zmuszony do pospiesznego zarządzenia odwetu w odpowiedzi na fałszywy alarm”. Szanse na podjęcie racjonalnej decyzji we mgle kryzysu i w warunkach ogromnego napięcia emocjonalnego i zamętu byłyby znikome. Blair potwierdza, że czas na podjęcie decyzji byłby zatrważająco krótki. Niewykluczone, że dowódcy armii „mieliby zaledwie 30 sekund na zapoznanie prezydenta z sytuacją”, po czym „musiałby on przemyśleć sprawę i wydać polecenie w ciągu nie więcej niż sześciu minut”. W konkluzji stwierdza: „sześciominutowy termin na zastanowienie się i podjęcie decyzji tej rangi to czysta kpina”. Tak samo jak Bush i Reagan, Barack Obama uważał, że sama propozycja takiego postępowania brzmi absurdalnie, nie mówiąc już o jej ludobójczych konsekwencjach. Niemniej zarówno Bush, jak i Obama ugięli się pod naciskiem wierchuszki Pentagonu i zgodzili się na utrzymanie doktryny uderzenia w momencie ostrzeżenia, mimo że obaj początkowo wyrażali chęć zmiany tej zasady w celu zmniejszenia ryzyka katastrofalnej pomyłki prowadzącej do przypadkowego rozpętania wojny nuklearnej, a Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla między innymi za wzniosłe tyrady na temat zagrożeń płynących z istnienia arsenałów jądrowych.
W opublikowanym w październiku 2022 roku oficjalnym stanowisku rządu w sprawie polityki nuklearnej (Nuclear Posture Review) prezydent Joe Biden nie tylko potwierdził zamiar dalszego utrzymywania amerykańskiego arsenału jądrowego w stanie niemal natychmiastowej gotowości do użycia, ale też ogłosił, że pierwsze uderzenie – jednostronny amerykański atak jądrowy mający na celu zniszczenie zdolności odwetowych wroga – pozostanie jedną z możliwych reakcji na atak konwencjonalny (bez użycia broni nuklearnej). W rzeczywistości doktryna wyprzedzającego uderzenia jądrowego jest równie agresywna, co niepotrzebna – stanowi spuściznę epoki, w której obawiano się inwazji milionów sowieckich żołnierzy na Europę Zachodnią, a ustępujące im liczebnością siły NATO musiały uciekać się do nuklearnego odstraszania, żeby zapobiec temu konwencjonalnemu zagrożeniu. To przerażające, że Stany Zjednoczone mogłyby jako pierwsze użyć broni nuklearnej, ale ta doktryna pozostaje w mocy. Chiny i większość pozostałych mocarstw nuklearnych zawsze wypierały się jej stosowania.
Odstraszanie oparte na groźbie uderzenia w momencie ostrzeżenia na krótką metę ma niewielki sens militarny, a w dłuższym okresie może skutkować samobójstwem ludzkości. Przede wszystkim zwiększa ryzyko przypadkowego wybuchu wojny jądrowej do poziomu niemożliwego do zaakceptowania. W ciągu kilkudziesięciu lat było wiele fałszywych alarmów i każdy z nich mógł doprowadzić do wymiany ognia na pełną skalę. W dalszej części książki omówię niektóre z tych przypadków. Zarówno Rosja, jak i Stany Zjednoczone mają możliwość odpalenia rakiet z okrętów podwodnych bez względu na to, co się będzie działo w ojczyźnie, zatem w każdych okolicznościach zachowują pełną zdolność do dokonania odwetu, co czyni sześciominutowy przedział czasu na decyzję przestarzałym i niebezpiecznym.
W latach 70. Rosjanie wymyślili ponoć tak zwany system martwej ręki – wynalazek godny doktora Strangelove’a, umożliwiający automatyczny masowy odwet jądrowy nawet po unicestwieniu przywództwa kraju i wobec braku osoby zdolnej do wydania rozkazu. Uważa się, że doktryna ta nadal działa, lecz jak na ironię – dokładnie tak jak w filmie Doktor Strangelove Stanleya Kubricka – jej odstraszający wpływ na Stany Zjednoczone jest kwestionowany, ponieważ nikt tak naprawdę nie wie, czy "martwa ręka" rzeczywiście istnieje.
Innego końca świata nie będzie
Zasada uderzenia w momencie ostrzeżenia jest jednak szczególnie ryzykowna, ponieważ raz wystrzelonego pocisku międzykontynentalnego nie da się zawrócić. Amerykańscy wojskowi upierają się, że rakiety z głowicami termonuklearnymi nie powinny być wyposażone w urządzenia służące do autodestrukcji, ponieważ byłyby one podatne na ataki hakerskie, a to mogłoby ograniczać zdolność odstraszania. To oznacza, że nawet gdyby tylko jeden pocisk międzykontynentalny został wystrzelony przez pomyłkę, po opuszczeniu przez niego silosu nie byłoby już żadnej możliwości odwrotu.
Rakieta zostaje wprowadzona na z góry zaplanowaną trajektorię i dociera do przestrzeni kosmicznej, gdzie napęd rakietowy się oddziela, a głowice bojowe umieszczone w odpornym na wysokie temperatury pojeździe deorbitacyjnym zaczynają opadać w kierunku powierzchni Ziemi, przyciągane siłą grawitacji, bez możliwości korekty toru, z ogromną prędkością sięgającą 6 kilometrów na sekundę. Poruszają się zatem z szybkością około 20 razy przewyższającą prędkość dźwięku.
Nie istnieją środki obrony przeciwlotniczej zdolne do unicestwienia takiego pocisku. Żaden samolot nie doleci na wysokość osiąganą przez rakietę, a pojazd deorbitacyjny porusza się zbyt szybko, by myśliwiec mógł go zniszczyć przed detonacją głowic. Amerykanie posiadają system przechwytywania ICBM, lecz nawet w czasie starannie przygotowanych testów osiąga on mniej niż połowiczną skuteczność. (Systemy obrony przeciwlotniczej, takie jak Patriot, przeznaczone do likwidacji pocisków przemieszczających się wolniej i na krótszych dystansach, są dużo bardziej efektywne, o czym świadczą doświadczenia Ukrainy i Izraela). Pociski międzykontynentalne mają zaprogramowane cele, do których dopasowane są parametry startu i trajektoria lotu w fazie wznoszenia, a to oznacza, że współrzędnych miasta wybranego do unicestwienia nie można zmienić, kiedy rakieta znajdzie się w powietrzu.
Nawet gdyby obie strony były w pełni świadome, że do wystrzelenia pocisku doszło przez pomyłkę, nie dałoby się nic zrobić – jedynie czekać na wiadomość o śmierci milionów ludzi i liczyć na uniknięcie dalszej eskalacji (lub automatycznej reakcji "martwej ręki" albo podobnego systemu). Zaakceptowanie tak wielkich strat w ludziach bez odwetu byłoby niewyobrażalnym upokorzeniem dla każdego przywódcy, a eskalacja i dalsza wymiana ciosów prowadziłaby nieuchronnie do wojny jądrowej, która zakończyłaby istnienie naszej cywilizacji.
Autor: Mark Lynas
Tłumaczył Marcin Lipa.
Sródtytuły pochodzą od redakcji.
Tagi:
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-01-21T11:16:34+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T11:07:55+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T10:31:49+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T09:47:46+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T09:39:36+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T09:02:20+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T08:09:57+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T07:27:57+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T06:45:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T06:34:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T06:23:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T06:12:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-21T06:01:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T22:00:02+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T20:59:36+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T20:42:24+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T20:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T19:28:03+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T19:14:19+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T18:33:32+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T18:08:45+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T17:31:52+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T16:59:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T16:50:10+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T16:17:06+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T16:06:02+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T15:45:48+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T15:24:36+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T14:59:16+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T14:07:04+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T13:26:51+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T12:23:55+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T12:07:10+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T10:51:24+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T10:15:34+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T09:43:42+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T08:56:47+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T08:11:32+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T07:52:16+01:00
Aktualizacja: 2026-01-20T06:45:00+01:00