Internet głupio wali w system kaucyjny. "Najpierw powstrzymajcie wojny"
Fajnie, że oddajesz butelki, ale dlaczego nie powstrzymasz wszystkich złych tego świata, żeby przestali zabijać?

Dyskusja nt. systemu kaucyjnego zatacza coraz szersze kręgi. Nie pomyślałbym, że oddawanie bądź nie butelek i puszek można powiązać z wojną trwającą na Bliskim Wschodzie. Jeden z facebookowych komentatorów zauważa, że ponoć z jednej strony musimy ratować klimat za wszelką cenę, a z drugiej, cóż za absurd, toczą się wojny, a każda eksplozja, każdy wystrzał, to przecież "ogromne ilości CO2 i innych zanieczyszczeń uwalnianych do atmosfery".
"Wojna na Bliskim Wschodzie (…) płonące rafinerie, gdzie tu jest ekologia" – pyta inny użytkownik w komentarzu. I złośliwie można by uznać, że po prostu po pewnej stronie politycznego sporu poszedł nowy przekaz dnia, ale podobną refleksją podzieliła się jakiś czas temu posłanka Anna Maria Żukowska, którą mimo wszystko trudno posądzać o podobne sympatie.
Ale wojny, zbrojenia, rakiety, samoloty, lotniskowce itp. emitują w ch* tego CO2, o wiele więcej niż moja babcia piekąc jabłecznik w prodiżu - napisała na Twitterze (cytat w całości za posłanką).
Uważam się za osobę, której na sercu leży dobro planety. Uważam, że w walce z katastrofą klimatyczną wciąż nie robimy jako ludzkość zbyt wiele. Uważam też, co jak się okazuje może być szokiem, wojny są złe. Chciałbym, żeby niewinni ludzie nie ginęli.
Nie mogę mówić za wszystkich, nawet jeśli podejrzewam, że dzielą ze mną te wartości, ale wydaje mi się, że raczej większość ekologów ma podobnie. Co więcej, środowiska ekologiczne mają raczej pacyfistyczne nastawienie. Oczywiście używam uproszczeń i skrótów, a być może to kwestia bańki, w które w ciągu swojego życia wpadałem, ale raczej nie słyszałem o prośrodowiskowych ugropowań, które nawoływałyby do wojen i zbrojeń. Jest wręcz przeciwnie. Nie słyszałem, żeby ludzie myślący podobnie do mnie nie nawoływali do zakończenia konfliktów, a jeśli nawet, to wyłącznie z powodu strat środowiskowych.
Kiedy giną ludzie, gdy spadają na nich bomby, nie ma sensu wyliczać emisje CO2. Aż dziwnie mi na samą myśl, że ktokolwiek mógłby uznać, że po tragicznej informacji o kolejnych zabitych, należałoby jeszcze dodawać, że zbrodnicza działalność danego państwa wyrządza też inne szkody. To tak oczywiste, że chyba wszyscy o tym wiedzą.
Ten internetowy nowy chochoł jest absurdalny na wielu poziomach. Czy naprawdę trzeba tłumaczyć, że nieco łatwiej jest zanieść butelkę do butelkomatu niż przemówić do rozsądku dyktatorom albo innym złym ludziom. Ba, łatwiej podjąć setki innych proekologicznych działań niż powstrzymać samoloty i czołgi. Może faktycznie popełniłem błąd i zamiast udać się do dyskontu, trzeba było spytać: "przepraszam, którędy do Białego Domu?". Winny, przyznaję się.
Whataboutyzm dotarł do ściany – i co z tego, że jest pozbawiony sensu i jakiekolwiek logiki. Choć teoretycznie można byłoby brnąć i zapytać, dlaczego tak wiele osób popiera polityków, którzy chcą czynić zło, uważa ich za swoich sojuszników, podziwia ich. Wydaje mi się, że pytanie o wojnę i ekologię zadane jest niewłaściwym osobom.
Posłanka stwierdziła nawet, że "nie zatrzymamy tego globalnego ocieplenia i już", a kolejny konflikt jest tego tylko dowodem
Człowiek po prostu się nie zmieni. Dla jednych będzie to usprawiedliwienie ich działań, dla reszty – większości? mniejszości? – kolejne podcięcie i tak wątłych, połamanych skrzydeł.
Przyznaję, sam często zdaję sobie to pytanie. Co zmienia to, że oddam puszkę, nie zjem mięsa, wybiorę pociąg zamiast samolotu jeśli to możliwe, nie zamówię produktu z chińskiej platformy. Cyniczna odpowiedź brzmi: nic, po prostu będę czuł się z tym lepiej.
Nie chodzi nawet o poczucie wyższości, że oto ja się staram, a reszta, nieodpowiedzialna, nieświadoma, nieczuła, niewrażliwa, ma to wszystko w nosie. Gdyby tylko byli tacy jak ja! W końcu nawet bez tego można czuć się ze swoimi czynami lepiej.
Przecież zwierzę, z którego zrobiona została szynka albo kotlet, i tak już nie żyje. Koszulka została wyprodukowana. Tak czy siak zostanie przetransportowana, a wcześniej jej wytworzenie zanieczyściło rzekę i powietrze. Co za różnica, czy w drodze na nielegalne wysypisko gdzieś w Afryce czy Ameryce Południowej, zrobi przerwę na przystanek w mojej szafie, czy nie. Butelka plastikowa, bez względu na to, czy kupię ją, zapłacę kaucję czy nie, już trafiła na sklepową półkę.
No, ale jednak coś się zmienia
Pamiętam, że kiedy zaczynałem nie jeść mięsa, jedyną znaną mi wegetariańską alternatywą były kotlety sojowe. Istniały warzywa, ale nie znałem wege blogerów ani jakichkolwiek przepisów, które pozwalałyby przyrządzić je w ciekawy sposób, inny niż tylko dodatek do mięsa. Kotlety sojowe wychodziły mdłe i bez smaku – nic dziwnego, bo nie wiedziałem, jak do nich podejść. Podajcie komuś zwykłą gotowaną pierś kurczaka, a raczej nie będzie wielkim entuzjastą mięsnej diety.
Mniej więcej ponad 15 lat od tego czasu to nie jest krótki okres, ale mimo wszystko stosunkowo niedługi. A zmieniło się wszystko. Indywidualne wybory potrafią mieć znaczenie. Nie doprowadziły do tego, że przemysł mięsny upadł, a zjedzenie innego stworzenia wydaje się nieprawdopodobne. Tempo przemian jest wolne, niewystarczające, niezadowalające. Ale jakieś jest. Nie oznacza to, że mamy oprzeć się na decyzjach jednostek. Nie twierdzę jednak też, że są całkowicie pozbawione sensu. Bo odwracając sytuację: czy jeśli chwycę za tę przysłowiową słomkę, wojny przestaną się wydarzać? Mam wrażenie, że będzie wręcz odwrotnie. Jeżeli uznamy, że wszystko jedno, to pozostaje nic innego jak chwycić za broń i dążyć do starcia wszystkich przeciwko wszystkim.
Nie jestem wcale optymistą. Mam nawet wrażenie, że żaden zwolennik lub chociaż cichy entuzjasta systemu kaucyjnego nie wierzy w moc nowych przepisów tak bardzo, jak nie znosi ich przeciwnik. Waga nie pokaże takich samych wartości: niechęć jest silniejsza niż pozytywne odczucia.
Nie uważam, by system kaucyjny doprowadził do tego, że znikną plastikowe opakowania – owszem, już zmienia nawyki, ale jednak większość Polaków po prostu idzie do sklepu i zwraca butelki czy puszki. Liczba oddawanych opakowań to potwierdza.
"System kaucyjny to mechanizm promujący recykling i ponowne wykorzystanie opakowań" – opisuje rząd. Tyle i aż tyle. Zużyje się mniej plastiku, aluminium i szkła do produkcji nowych opakowań, a poza tym mniej butelek i puszek będzie porzuconych w parkach, lasach czy nad wodą. Istnieje szansa, że ktoś się po nie schyli i zabierze, by odebrać sobie kaucję.
Nawet jeżeli zmieni się podejście, tak jak liczy na to rząd – czyli zaczniemy postrzegać, że "opakowanie to nie odpad, lecz wartościowy materiał, który warto wprowadzić z powrotem do obiegu" – to nadal będziemy zmagać się z katastrofą klimatyczną i wszelkimi innymi zagrożeniami. Potrzebujemy prawdziwej zmiany myślenia, ale na nią się nie zanosi. A tym bardziej system kaucyjny - ani wiele innych proekologicznych działań - nie jest obietnicą takiej rewolucji. Sprawa jest dużo bardziej pogmatwana, bez jednej idealnej odpowiedzi, bez lekarstwa, które wyleczy wszystkie dolegliwości.
Czy to oznacza, że trzeba usiąść z założonymi rękami, poddać się, uznać, że ci, którzy chcą siłą wprowadzać swój porządek, wygrali?
W książce "Okrutni bogowie" Paul Kingsnorth przytacza fragment powieści "Kochanek lady Chatterley":
Pieniądze, pieniądze, pieniądze (…) Cała ta nowoczesna hałastra czerpie zapał z zabijania w człowieku uczuć ludzkich.
Jeśli więc warto się starać lub chociaż próbować, to właśnie w imię obrony tych ludzkich uczuć. Uczuć, które zakładają istnienie innych stworzeń, miejsc, przestrzeni, które powinno się chronić i o nie dbać. Cieszyć się z jej obecności, jak George Orwell, który po wysłuchaniu wiosennego koncertu kosa, napisał o żyjących w Londynie milionach ptaków, a "żaden z nich, co stwierdzam z niemałą satysfakcją, nie płaci ani pensa czynszu".
Pewnie ci śmiejący się z ekologii mają rację – to nic nie da. Zapewne nie zbawię świata, ale przynajmniej mogę starać się go nie pogorszyć. I dlatego warto się czasami poświęcić, pamiętając, że planeta to nie tylko my.



















