Roboty zabrały pracę dostawcom. Teraz dostawcy pilnują maszyn, które to zrobiły
Roboty dostawcze zmieniają rynek pracy dostawców jedzenia. Zamiast przyjmować kursy w aplikacji, byli już kurierzy ładują, czyszczą i ratują maszyny, które przejęły ich trasy.

Jeszcze kilka lat temu rozwozili burrito i pad thaia po Los Angeles. Dziś ładują do vana flotę autonomicznych robotów, czyszczą im czuujniki i ruszają na "akcje ratunkowe", gdy maszyna utknie na krawężniku. Automatyzacja zabrała im zlecenia - i stworzyła nową pracę: opiekuna robota.
Twój kebab utknął w dziurze w chodniku? To oni go uratują
W Kalifornii rośnie popyt na tzw. robot wranglerów - osoby, które przygotowują, nadzorują i serwisują autonomiczne roboty dostawcze. Firmy takie jak Serve Robotics czy Coco Robotics rozwijają floty w miastach, a wraz z nimi zaplecze ludzi, bez których "autonomia" to tylko puste słowo.
Model pracy jest prosty. Robot wyjeżdża z magazynu z naładowaną baterią i czystymi czujnikami, odbiera zamówienie z platform takich jak DoorDash czy Uber Eats, a następnie toczy się chodnikiem do klienta. W praktyce często potrzebuje wsparcia. Robot zwykle jest zbyt niski i nie dosięgnie przycisku na przejściu dla pieszych, nie ma siły i stawów, by podnieść się sam, gdy ktoś lub coś go przewróci, a także nie ominie głębokiej dziury w asfalcie bez ryzyka utknięcia.
Wtedy do gry wchodzi człowiek. Dorywczy dostawcy to teraz etatowe nianie
Charlie Snodgrass, opisywany przez "Los Angeles Times", wcześniej dorywczo dostarczał jedzenie na terenie metropolii. Obecnie nadzoruje roboty, które przejęły jego dawne trasy. O świcie sprawdza poziom baterii, aktualizacje oprogramowania i stan obudowy. Kolorowe znaczniki na maszynach sygnalizują, które są gotowe do wyjazdu, a które czekają na wsparcie techniczne.
W ciągu dnia "nianie robotów" takie jak Charlie reagują na zgłoszenia: maszyna utknęła na nierównym chodniku, zgubiła łączność, klient nie chce wyjść po odbiór zamówienia. W skrajnych przypadkach operator przejmuje zdalnie kontrolę joystickiem i prowadzi robota jak psa na smyczy do samochodu serwisowego.
To praca fizyczna i zmianowa. Z jednej z ofert pracy opublikowanej przez Coco Robotics wynika, że "Robot Delivery Specialist" zarabia 21–23 dol. za godzinę i pracuje w trybie 24/7, w tym na nocnych zmianach. W zakres obowiązków wchodzi transport robotów do punktów partnerskich, ładowanie, czyszczenie, podstawowa diagnostyka oraz... osobiste dostarczanie zamówień, gdy robot nie kończy trasy.
Firmy podkreślają, że liczba takich stanowisk "skaluje się wraz z robotami". Im większa flota, tym więcej osób potrzebnych do jej obsługi. Serve Robotics operuje tysiącami maszyn w kilkudziesięciu miastach i zapowiada dalszą ekspansję. Coco planuje wielokrotne zwiększenie liczby robotów do końca roku. Równocześnie jednak roboty ograniczają dostęp do pracy o niskiej barierze wejścia. Dostawy jedzenia były źródłem dochodu dla migrantów, osób starszych czy samotnych rodziców. Praca opiekuna floty wymaga prawa jazdy, gotowości do podnoszenia ciężkiego sprzętu i elastyczności zmianowej.
Dla części zatrudnionych to mimo wszystko awans. Stała stawka godzinowa, etat lub długoterminowy kontrakt i praca "w technologii" brzmią lepiej niż nieprzewidywalne zlecenia na dostawę burgera, lunchu, kwiatów albo odbioru dużej i ciężkiej paczki w imieniu zamawiającego. Inni widzą w tym kolejny etap upraszczania pracy: od kierowcy z pewną autonomią do operatora reagującego na zgłoszenia systemu.
Istnieje jeszcze inna kwestia ważna dla ciągłości pracy robotów przy dostawach jedzenia, czyli ich akceptacja w przestrzeni miejskiej. Jak zauważa LA Times, maszyny bywają przewracane, oklejane naklejkami w ramach protestów, blokowane na skrzyżowaniach. Firmy projektują je tak, by wyglądały "niegroźnie" i "przyjaźnie" - z zaokrąglonymi krawędziami i imionami wyświetlanymi na ekranie - licząc na życzliwość przechodniów.
Nie jest jeszcze jasne, jaki długoterminowy wpływ na ogólną liczbę miejsc pracy będą miały roboty dostawcze. Biznesowe uzasadnienie dla tej technologii jest wciąż stosunkowo niejasne, a same miasta nigdy nie były projektowane z myślą o quasi-Wall-E z torbą pełną jedzenia w ręce. Dziś firmy przekonują, że wraz z rozwojem flot rośnie zapotrzebowanie na ludzi do ich obsługi, ale to nie zmienia faktu, że automatyzacja przesuwa pracowników na niżej wyceniane, ściśle nadzorowane stanowiska. Zamiast eliminować ludzką pracę, roboty ją przeprojektowują - ograniczając samodzielność i przenosząc odpowiedzialność na zaplecze operacyjne. To eksperyment na żywym rynku pracy, którego skutki wykraczają daleko poza branżę dostaw jedzenia.
Więcej na temat robotów:
Zdjęcie główne: Trygve Finkelsen / Shutterstock



















