Zabraniają rozmawiać, bo chcą zamienić nas w roboty? Dzięki temu staniemy się bardziej ludzcy
W zakazie głośnego korzystania z telefonów w miejscach publicznych ktoś widzi groźbę zrobienia z nas automatów, a tymczasem ja mam wrażenie, że tylko tak nie staniemy się chodzącymi kasami samoobsługowymi.

W Olsztynie niektórzy chcieliby pójść drogą Krakowa i wprowadzić zakaz głośnego korzystania ze smartfonów w komunikacji miejskiej. Rozmowy prowadzone na głośniku, puszczanie muzyki czy dźwięków filmów mogłoby skutkować wyproszeniem hałaśliwego pasażera. W reakcji na tę propozycję ktoś w facebookowym komentarzu napisał, że to wizja czasów antyspołecznego społeczeństwa. "Najlepiej przywrócić komunę, zabronić ludziom rozmawiać i nakazać żyć jak roboty". Literalnie Orwell.
Trudno o lepszy przykład dla słów Rafała Gdaka, który pisał niedawno:
Przedmiotem sporu o wolność można dziś uczynić wszystko – zarówno parkowanie, strzelanie fajerwerkami, jak i oddawanie butelek do sklepu czy rodzaj paliwa, jakim jest zasilane auto.
Zakaz puszczania muzyki w tramwaju = komuna
Wolna Polska to taka, w której mój jest ten kawałek podłogi, po którym w danej chwili stąpam. Równie dobrze może to być moje mieszkanie, jak i trawnik czy tramwaj. A skoro tak, to wolnoć Tomku w swoim mobilnym domku.
Tyle że nic nie opisuje lepiej czasów "antyspołecznego społeczeństwa" jak właśnie ta specyficznie pojmowana wolność: do hałasowania, przeszkadzania, zachowywania tak, jakby wokół mnie nie było innych istnień. Kiedy widzę, że ktoś puszcza głośno muzykę, jadąc w tramwaju czy idąc ulicą, wiem, jaki przekaz nam wysyła: mam was głęboko w nosie. Będzie tak, jak mi się podoba i koniec tematu. Przeszkadza wam? To się dostosujcie.
Czyniący tak ludzie przypominają roboty, które nawet nie są świadome, że ich funkcjonowanie w ten sposób narusza pewne ustalenia i zasady, które przez lata zdążyliśmy wypracować. Przypomina się stoisko kas samoobsługowych, gdzie jeden automat przekrzykuje drugi, bo nie ma pojęcia, że wokół nich cokolwiek się znajduje. Jedna kasa na cały regulator mówi, że potrzebne są informacje, druga, że coś się nie zgadza, trzecia żegna klienta i zaprasza go ponownie.
Pod tym względem żyjemy w czasach "antyspołecznego społeczeństwa", gdzie prawo silniejszego wyznacza reguły. Widzimy to w tak wielu tematach, choćby głośno dyskutowanych u nas fajerwerkach.
Trafiłem na chwilę do innego świata
Na dworcu Łódź Fabryczna obejrzałem wystawę "Miasta dla ludzi" przygotowaną przez Łódź Design Festival. Jej twórcy zachęcają do "empatycznego myślenia o przestrzeni wspólnej – jako środowisku funkcjonowania osób w różnym wieku i o różnych potrzebach".
"Projektując miasto, projektujemy przestrzeń życia dla wielu gatunków i musimy o tym pamiętać" – podkreślali autorzy prezentacji. Zwrócili uwagę np. na projekt Green Man Plus z Singapuru. To system pozwalający ludziom pokonywać przejście przez ulicę we własnym tempie. Osoby starsze bądź osoby z niepełnosprawnościami przykładają kartę do czytnika i w ten sposób wydłużają czas zielonego światła.
Od razu przypomniało mi się znienawidzone przejście dla pieszych w Łodzi
Przechodzi przez ruchliwą trasę W-Z. Najpierw przekracza się jeden pas dla samochodów, potem jest wysepka przedzielona torami tramwajowymi i kolejny pas. Jeszcze przed połową drogi zielone zaczyna migać, a kiedy jest się przy torach, zapala się czerwone.
Wielu pieszych zaczyna więc biec, byle zdążyć i jak najszybciej uciec z drogi. Czerwone dla samochodów świeci się jeszcze przez kilkanaście sekund. Auta w tym czasie nie ruszają, więc spokojnie zielone mogłoby być wydłużone. Na tym przejściu widać, kto jest z okolicy i zna zasady. Kiedy więc jedni ryzykują zdrowiem i pędzą przez pasy na czerwonym, niektórzy spacerkiem zmierzają do brzegu, bo wiedzą, że samochody i tak nie wystartują.
Kiedy widzę biegnące osoby, jest mi po prostu przykro. To na swój sposób poniżające – nie można na spokojnie przejść przez przejście dla pieszych, bo jest się wrogiem, intruzem, przeszkadza się samochodom. Zdrowy, wysportowany człowiek nie jest w stanie pokonać całego przejścia na jednym zielonym. A co dopiero powiedzieć o starszych, rodzicach z dziećmi, tymi, którzy mają trudności z poruszaniem się? To przeklęte przejście za każdym razem mówi im, że nie są u siebie w mieście mile widziani. Niech wiedzą, że głupie przedostanie się na drugą stronę to walka z czasem, której nigdy nie wygrają.
Wystarczyłoby wydłużyć zielone światło i komfort życia w tej okolicy znacząco by się podniósł. Jasne, od tego ludzie nie staną się szczęśliwi, ale darowano by nam tę poniżającą gonitwę, ku radości kierowców, którzy z rozbawieniem mogą patrzeć, jak piesi rozbiegają się we wszystkie strony.
Małe rzeczy, a tak ważne. Na wystawie pokazano np. poidełka dla zwierząt, inspirowane hubą. Wystarczyłoby je zawieszać w różnych miejscach, m.in. na drzewach, a mogłyby gromadzić wodę, którą później piłyby wiewiórki czy ptaki.
Już żyjemy w czasach antyspołecznego społeczeństwa. Już jesteśmy jak roboty, które zaprogramowano, aby wykonywały proste polecenia w postaci dotarcia z punktu A do punktu B. Po drodze mamy nie zwracać uwagi na rozpraszacze, musimy być skupieni wyłącznie na sobie. Jesteśmy jak automatyczne odkurzacze sunące przez miasto. Skoro widzimy przeszkodę, musimy ją pokonać. Nie jesteśmy od zastanawiania się, dlaczego ta przeszkoda tu stoi i jak wpływa na innych. Jakich innych? Jesteśmy przecież tylko my i nasze zadanie przydzielone przy pomocy aplikacji.
Otwarcie się na innych sprawi, że będziemy bardziej ludzcy. I dlatego to takie niezbędne.







































