Państwo powinno pomagać obywatelom. Nawet, jeśli są to nieodpowiedzialni celebryci
Jeszcze zrzutkę na chleb zróbmy! – czytam w komentarzu pod informacją o tym, że operator udostępnił pakiety darmowego internetu dla osób przebywających w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (np. Dubaju), Omanie, Izraelu oraz Katarze. Wielu Polaków utknęło na lotniskach, a dzięki temu mają pewność, że nie utracą łączności z bliskimi.

Nawet tak drobna pomoc budzi wątpliwości niektórych, więc nic dziwnego, że już pojawia się sporo głosów sugerujących, że państwo nie powinno aktywnie i za wszelką cenę uczestniczyć w próbach ściągnięcia tych, którzy udali się na tereny zagrożone działaniami wojennymi.
W jednym z takich wpisów autorka wyjaśnia, że tłumaczenie się brakiem wiedzy nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Świadomy podróżnik musi wiedzieć, że podejmuje ryzyko i być gotowym "unieść jego ciężar". Zadaje pytanie: "czy sprawiedliwe jest, by koszty czyjejś brawury i niefrasobliwości ponosili wszyscy obywatele z własnych podatków?".
W tym konkretnym dubajskim przypadku o współczucie jest wyjątkowo trudno. Łzy smutku nie zdążą napłynąć do oczu, a już wysychają, gdy przypomnimy sobie, kto leciał, gdzie i z jakiego powodu. Dubaj nieprzypadkowo stał się oazą dla m.in. internetowych celebrytów. Jak pisał na łamach Bezprawnika Mariusz Lewandowski, Zjednoczone Emiraty Arabskie to jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie osoby fizyczne nie płacą podatku dochodowego.
W Polsce, dla porównania, influencer zarabiający kilkaset tysięcy złotych rocznie oddaje fiskusowi 15%, 19%, a czasem i 32% od nadwyżki ponad 120 tys. zł, a do tego dochodzą składki ZUS (które w 2026 roku znowu wzrosły), składka zdrowotna i 23% VAT od usług reklamowych. Łącznie realne obciążenie podatkowe potrafi sięgnąć 40-50% przychodów. (…) Nic dziwnego, że dla kogoś, kto zarabia na współpracach z markami jak nie miliony, to przynajmniej kilkaset tysięcy złotych miesięcznie, przeprowadzka nad Zatokę Perską jest po prostu opłacalna - tłumaczył.
Kiedy więc internetowi celebryci pławili się w luksusie, pokazywali, jak pięknie żyje im się w Dubaju, zachwycali się autami jeżdżącymi po drogach, pomijali wszelkie niewygodne kwestie nt. polityki, byleby zachwalać ten raj dla bogaczy, my jako społeczeństwo na tym traciliśmy. I teraz co?
Czy można być solidarnym wobec niesolidarnych?
Mamy składać się na pomoc, bo miłośnicy życia na poziomie znaleźli się w tarapatach? Bo nagle przypomnieli sobie o Polsce, w której może nie zawsze jest ciepło i nie wszędzie luksusowo, ale przynajmniej na pewno jest bezpiecznie? Wszystkie zalety Dubaju bledną, gdy nad głowami latają rakiety. Tak było wam tam wspaniale, to korzystajcie, cieszcie się! Tak zachwalaliście, może nawet nie za darmo.
Skoro wcześniej źródłem informacji o świecie był TikTok, to nie można mieć do nikogo pretensji – trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów. Należało zainteresować się tym, co dzieje się na świecie, przemyśleć wyjazd albo przygotować się do powrotu. Taka narracja krąży.
Pomóc, ewentualnie, można, ale pod warunkiem rozliczenia za tak kosztowną usługę. Niech to przy okazji będzie nauczka, że za nieodpowiedzialność się płaci. A i tak nie jest to przecież najsurowsza możliwa kara.
W cytowanym wcześniej wpisie autorka przekonuje, że bycie obywatelem świata to "także obowiązek dbania o to, by swoimi decyzjami nie stawać się ciężarem dla innych". Takie myślenie zakłada istnienie granicy oddzielającej ryzykowne przedsięwzięcia od tych normalnych. Wyprawa do Dubaju w ostatnich tygodniach zalicza się do tych ekstremalnych.
Problem z granicami polega na tym, że bywają umowne i podlegają negocjacjom. Czy wyprawa w góry na narty, gdzie można dostać poważnej kontuzji wymagającej ściągnięcia helikoptera, nie jest aby pomysłem ekstremalnym i ryzykownym? Naprawdę, to już nie można się przejść bezpiecznym szlakiem, wjechać na szczyt kolejką i podziwiać stamtąd widoki?
Czy nie należy rozpoczynać poszukiwań osób, które zabłądziły – w górach albo w lesie, udając się na grzyby – bo zapomniały spojrzeć na zegarek i straciły rachubę czasu? A co z tymi, którzy wyruszają na łódkę mimo zapowiedzi burzy, wchodzą na szczyty w samych klapkach, nie ubierają kasku wychodząc na rower albo uprawiają jakieś wyczynowe sporty, chociaż nie są zawodowcami. Za głupotę, po prostu, się płaci - czasami najwyższą możliwą cenę?
Można wyobrazić sobie wiele czarnych scenariuszy, kiedy to akcja ratunkowa naraża zdrowie i życie jej uczestników - najpierw więc należy roztrząsać ewentualne motywacje poszkodowanych i czy na pewno mogli postąpić inaczej, czy może jednak ruszać na pomoc? Jasne, nie zawsze jest to możliwe, ale ratownicy jak tylko mogą, to nie kalkulują.
Definicja brawury, głupoty i nieodpowiedzialności może być bardzo szeroka, a zastanawiając się nad wyznaczeniem wspomnianych granic można w końcu dojść do wniosku, że każdy powinien radzić sobie samemu, cierp ciało co żeś chciało. Można dodać kolejne powiedzonko, o tym, że chcącemu nie dzieje się krzywda i odwrócić wzrok. A w takim świecie zdecydowanie nie chciałbym żyć. Wolę opowiadać się za takim, gdzie każdy ma prawo i szansę na solidarność oraz pomoc.
"Nie być ciężarem dla innych" oznacza, że jednostka jest odpowiedzialna za wszystkie swoje czyny. Kiedy zaś powinie się noga, musi ponosić konsekwencje. W tym przypadku dotyczy to głównie internetowych celebrytów tworzących specyficzne treści - a na pewno to ich mają na myśli zniechęcający do pomocy - ale perspektywa szybko może rozszerzyć się na inne życiowe kwestie. Bo skoro mamy nie wyciągać ręki do nieodpowiedzialnych, to może należałoby zastanowić się nad wsparciem dla tzw. niezaradnych, nieżyciowych, niewystarczająco chcących? Jak widać bardzo łatwo można kogoś zaliczyć do grona tych, którzy są ciężarem.
Trzeba przymknąć oko na to, kto, dlaczego i z jakimi zamiarami udał się np. do Dubaju – jeśli znalazł się w sytuacji wymagającej pomocy, uważam, że państwo powinno zrobić wszystko, aby umożliwić bezpieczną ucieczkę. I co z tego, że wyciągniętą rękę chwycą ci, którzy może nie zawsze myślą o innych, bo wiedzą, że w 99 na 100 przypadków faktycznie poradzą sobie sami: pójdą do prywatnego lekarza, mogą liczyć na prywatny szpital, opiekę, wygodę, luksus. I z tego powodu nie rozumieją tych, którzy o takich przywilejach tylko marzą, może nawet się z nich śmieją lub nimi gardzą - bo przecież pieniądze leżą na ulicy, wystarczy się chwycić. Obserwując działalność wielu internetowych celebrytów czy biznesmenów wiemy, że to powszechny pogląd. Ale co z tego?
W sytuacjach kryzysowych nie powinno to mieć żadnego znaczenia
Właśnie dlatego, by później nie stosować tego samego argumentu wobec słabszych, którzy też mogą potrzebować pomocy, ale jej nie dostaną – bo po co decydowali się na jakąś ryzykowną aktywność?
Nie ma co łudzić się, że każdy zawsze będzie zachowywał się rozsądnie, odpowiedzialnie i z pełną świadomością swoich czynów. Nie oznacza to jednak, że na skutek błędu, albo i głupoty, nie należy się wsparcie.



















