Chińskie telefony drożeją jak szalone. Jest pierwsza ofiara
Pamięć zjada rynek, niektórzy producenci nie wytrzymują presji i… całkowicie rezygnują z dalszej działalności. A to dopiero początek.

Chiński rynek telefonów właśnie przechodzi szeroką, skoordynowaną falę podwyżek cen praktycznie u wszystkich liczących się marek. Oppo, Vivo, Xiaomi, Honor, a nawet mniejsi gracze - wszyscy podnoszą ceny nowych modeli, i to nie o symboliczne 100 juanów.
Według szacunków cytowanych przez 36Kr średnia cena nowych telefonów w Chinach ma wzrosnąć o około 15-25 proc. względem modeli z ubiegłego roku. W praktyce oznacza to, że w segmencie średnim i niższym mówimy o podwyżkach rzędu kilkuset juanów, a w segmencie sztandarowców skok może sięgnąć nawet 2000-3000 juanów (ok. 1100-1700 zł).
Czytaj też:
Nikkei opisuje to jako jedną z największych i najszerszych fal podwyżek w historii chińskiego rynku telefonów - dotykającą niemal wszystkich marek i wszystkich półek cenowych. Bezpośredni winny? Pamięć. A dokładniej: dramatyczny skok cen DRAM i NAND, napędzany głodem mocy obliczeniowej i pamięci w centrach danych dla AI.
AI zjada pamięć. A smartfony płacą rachunek
Jeszcze w 2024 r. producenci telefonów bawili się w „demokratyzację pamięci”: 512 GB czy 1 TB w średniej półce przestało kogokolwiek szokować. Pamięć była tania, fabryki przegrzane nadprodukcją, a marketingowcy mogli bez wyrzutów sumienia wrzucać „1 TB” na slajdy.
Ten świat się skończył.
Eksplozja inwestycji w generatywną sztuczną inteligencję sprawiła, że producenci pamięci DRAM i NAND przestawili się na to, co najbardziej opłacalne: serwery i akceleratory AI. Według danych cytowanych przez 36Kr tylko OpenAI miało zarezerwować do 900 tys. wafli DRAM miesięcznie u Samsunga i SK Hynix po rozbudowie ich mocy produkcyjnych - to nawet około 40 proc. globalnej podaży.
TrendForce szacuje, że w zaledwie trzy miesiące ceny pamięci do telefonów potrafiły wzrosnąć o ponad 300 proc., a dostawcy z łańcucha dostaw mówią o wzroście kosztów zakupu o ponad 80 proc. rok do roku. Co gorsza, ceny potrafią zmieniać się „co pół dnia”.
Do tego dochodzą raporty o tym, że:
- Samsung Semiconductor miał porzucić długoterminowe umowy z własnym działem mobilnym na rzecz krótszych, kwartalnych kontraktów,
- w negocjacjach z Apple’em Koreańczycy mieli testowo rzucić podwyżkę o 100 proc.- i ku ich zaskoczeniu Apple praktycznie ją zaakceptowało.
Jeżeli nawet Apple, które słynie z twardych negocjacji, przyjmuje podwojenie cen pamięci bez większej walki, to łatwo się domyślić w jakiej pozycji są chińscy producenci z marżami liczonymi w pojedynczych procentach.
Niedrogie telefony na skraju. Gdzie pamięć to już 30 proc. kosztu
Najmocniej dostaje po głowie segment, który przez ostatnie lata był oczkiem w głowie chińskich marek: tanie i średniopółkowe telefony „dużo za mało”. IDC prognozuje, że globalny rynek telefonów w bieżącym roku może skurczyć się o prawie 13 proc., do najniższego poziomu od dekady.
Właśnie w tych tańszych modelach udział kosztu pamięci w całym BOM-ie (koszcie komponentów) zbliża się do 30 proc. Jeżeli DRAM i NAND drożeją w takim tempie, to przy cenie detalicznej rzędu 1000-1500 juanów łatwo dojść do sytuacji, w której każda sprzedana sztuka generuje ujemną marżę, a producent dopłaca do telefonu licząc, że odrobi to na usługach lub wolumenie.

Transsion - król „tanich, ale dobrych” telefonów na rynkach rozwijających się - w ubiegłym roku zanotował spadek przychodów o mniej niż 5 proc., ale zysk netto spadł aż o 54 proc. - marże po prostu się załamały.
Nic dziwnego, że producenci reagują nerwowo. Xiaomi, Oppo i Vivo miały już ściąć zamówienia na gotowe urządzenia o 15-20 proc., szczególnie w segmencie średnim i niższym. Część marek zaczęła też kombinować z konfiguracjami: mniej RAM-u w bazowej wersji, tańsze, mniej trwałe QLC zamiast TLC w pamięci masowej, a resztę „załatwi software”.
To są jednak półśrodki. Można tak przetrwać jedną, dwie rundy podwyżek, ale nie trzyletni cykl drogiej pamięci, o którym na MWC mówił m.in. Lu Weibing z Xiaomi - od II kwartału 2025 do końca 2027 r.
Meizu składa broń. Asus też się zwija, a to dopiero początek roku

W takim otoczeniu nie wszyscy wytrzymują. Pierwszą głośną ofiarą jest Meizu. Chińska marka - w większości należąca do motoryzacyjnego Geely - ogłosiła, że przestaje rozwijać własne telefony. W oficjalnym komunikacie firma wskazała wprost: „ciągłe, gwałtowne wzrosty cen pamięci uniemożliwiają normalną komercjalizację kolejnych produktów”. Wcześniej anulowano premierę Meizu 22 AI.
Meizu nie znika całkowicie - firma chce skupić się na oprogramowaniu i systemie Flyme dla samochodów, czyli tam, gdzie marże są wyższe, a pamięć nie stanowi tak dużej części kosztu. Ale jako producent telefonów z własnym hardware’em - kapitulacja.
W ostatnich latach z chińskiego rynku zniknęły gamingowe marki Black Shark i Lenovo Legion, mimo bardzo dobrze ocenianych produktów. Z kolei Asus miał wygasić swój biznes smartfonowy i przerzucić się na PC oraz urządzenia AI, co również wiąże się z rosnącymi kosztami i kurczącym się popytem.
Analitycy nie mają złudzeń: 2026 r. będzie dla branży brutalny. Omdia prognozuje spadek globalnych dostaw smartfonów o 7 proc., Gartner mówi o 8,4 proc., a IDC straszy nawet rekordowym tąpnięciem o 12,9 proc.
Na tym tle Chiny wypadają jeszcze gorzej. Według CAICT, w styczniu dostawy smartfonów 5G w Państwie Środka spadły o 16 proc. rok do roku, do 19,9 mln sztuk. Cały rynek telefonów skurczył się o 16 proc., do 22,9 mln sztuk.
Dlaczego Apple może spać spokojniej (i być „opłacalny” w 2026)

Na tym tle ciekawie wygląda pozycja Apple’a. Po pierwsze, w iPhone’ach pamięć to „tylko” 8-10 proc. kosztu komponentów, a nie 30 proc., jak w wielu tańszych Androidach. Po drugie, Apple ma coś, czego chińskim producentom wciąż brakuje: gigantyczny, bardzo dochodowy ekosystem usług.
W IV kwartale roku fiskalnego 2025 przychody z usług Apple wyniosły 28,8 mld dolarów, przy marży brutto na poziomie 75,3 proc. Usługi odpowiadały za 28 proc. przychodów, ale aż 45 proc. całego zysku brutto firmy. Innymi słowy: „podatek Apple” z App Store, iCloud, Apple Music, TV+ i reszty jest tak tłusty, że firma może sobie pozwolić na mniejsze marże na hardware.
Według analityka Ming-Chi Kuo Apple ma zrobić wszystko, by nie podnosić ceny bazowej iPhone’a 18 - standardowa wersja ma kosztować w Chinach tyle samo, co iPhone 17, czyli 5999 juanów. Podwyżki mają dotknąć głównie warianty 512 GB i 1 TB.
Paradoksalnie więc w roku szalejących cen pamięci iPhone może stać się… relatywnie opłacalnym wyborem, szczególnie w niższych pojemnościach. To ciekawy zwrot akcji po latach, gdy to Androidy kusiły „więcej za mniej”, a iPhone był synonimem przepłacania.
Chińscy producenci: z „panów sytuacji” do „petentów u dostawców”
Jeszcze dwa lata temu producenci smartfonów w Chinach byli w komfortowej pozycji. Pamięć tania, fabryki pełne, dostawcy DRAM i NAND walczyli o kontrakty. Marki mogły grać w „hardware prawie bez marży, zarobimy na usługach”.
Problem w tym, że ta druga część planu nie wypaliła tak, jak zakładano.
Większość chińskich producentów zarabia na:
- reklamach w systemie i preinstalowanych aplikacjach,
- grach i drobnych usługach,
- chmurze i kilku dodatkowych usługach cyfrowych.
Ale gros czasu użytkownika spędzanego w telefonie - shorty, streaming, płatności, komunikatory, muzyka, książki - monetyzują inni: platformy wideo, fintechy, serwisy społecznościowe. Producent telefonu jest często tylko „dostawcą ekranu”, a nie właścicielem relacji z klientem.
Efekt? Nawet jeśli hardware jest sprzedawany z minimalną marżą, to usługi nie są w stanie zrekompensować dużych wahań kosztów komponentów. Gdy dostawcy pamięci podnoszą ceny o 80-100 proc. to producent nie ma z czego tego „przyjąć na klatę”.
Stąd gorzkie poczucie, że z pozycji „dominującego zamawiającego” (party A) chińskie marki stały się „biednym petentem” (party B), który musi patrzeć na humory dostawców i jeszcze tłumaczyć się klientom z podwyżek.
Jak producenci próbują ukryć podwyżki
Skoro nie da się nie podnosić cen, to pozostaje pytanie: jak zrobić to tak, żeby bolało jak najmniej? W Chinach widać kilka taktyk:
- Podnoszenie ceny katalogowej, ale agresywne promocje na start - np. Redmi K90 podrożał o 300 juanów, ale w pierwszym miesiącu sprzedaży wersja z większą pamięcią była przeceniona o… 300 juanów. Realnie więc podwyżkę odczuwali głównie ci, którzy wybierali najmniejszą pojemność.
- Zwiększanie różnic między wariantami pamięci - większy skok dopłaty za 256 → 512 GB, tak by „prawdziwy” koszt pamięci przerzucić na tych, którzy i tak chcą dużo miejsca.
- Ciche cięcia konfiguracji - mniej RAM-u w bazie, wolniejsza pamięć, gorsze kości w tańszych modelach, a w materiałach marketingowych nacisk na aparat, design, AI, cokolwiek innego.
Do tego dochodzi klasyka: ograniczanie produkcji tańszych wariantów, promowanie droższych konfiguracji, „czasowe” podwyżki, które potem zostają na stałe.
Z punktu widzenia świadomego użytkownika to wszystko jest do przejrzenia, ale dla przeciętnego klienta w sklepie liczy się głównie cena na metce i kilka haseł na plakacie.
Co to wszystko znaczy dla nas - użytkowników spoza Chin?
Na razie większość opisanych zjawisk dotyczy przede wszystkim rynku chińskiego, ale pamięć DRAM i NAND to sprawa globalna. Jeżeli Samsung, SK Hynix czy Micron przerzucają moce na serwery AI to cierpią wszyscy: od chińskich marek, przez koreańskie, po europejskich operatorów biorących telefony w hurcie.

Już teraz widać, że nowe modele w średniej półce wychodzą drożej niż ich poprzednicy, producenci chętniej „odświeżają” istniejące serie, zamiast projektować zupełnie nowe konstrukcje, a cykl wymiany telefonów wydłuża się także w Europie.
Jeżeli prognozy o trzyletnim cyklu wysokich cen pamięci się sprawdzą, to możemy się przyzwyczaić do tego, że:
- 128 GB w średniej półce znów stanie się „standardem”, a 256 GB - dopłatą,
- 512 GB i 1 TB będą coraz mocniej „luksusowe”,
- producenci będą agresywnie promować usługi chmurowe jako „rozwiązanie problemu pamięci”.
Z perspektywy entuzjasty elektroniki to trochę powrót do czasów, gdy trzeba było naprawdę świadomie wybierać konfigurację, a nie po prostu brać „największą, bo i tak tania”.
Czy jest z tego wyjście?
Krótko: w krótkim terminie - nie bardzo. Popyt na pamięć do AI jest tak duży, że dopóki inwestycje w centra danych nie wyhamują to producenci DRAM i NAND nie mają powodu, by wracać do cen sprzed boomu. Nawet jeśli zwiększają moce produkcyjne to pierwszeństwo mają serwery, nie telefony.
Jeżeli patrzysz na to wszystko z perspektywy własnej kieszeni, to wniosek jest dość prosty: cykl wymiany telefonu przestaje być dyktowany tym, co pokazuje producent na konferencji, a zaczyna być dyktowany tym, czy twój obecny sprzęt realnie przestaje dawać radę. W praktyce rozsądne strategie na najbliższe lata to:
- wyciskanie obecnego telefonu do końca - wymiana akumulatora, ewentualnie naprawa ekranu, zamiast od razu kupować nowy model;
- polowanie na „stare sztandarowce” - modele sprzed roku czy dwóch, które wciąż mają mocne SoC i dobre aparaty, a nie są jeszcze dotknięte pełną skalą podwyżek;
- bardzo świadomy wybór pojemności - zamiast brać 1 TB „na wszelki wypadek” może wystarczy 256 GB plus sensowna chmura i backup.
Rynek telefonów wchodzi w okres, w którym marketingowe „więcej, szybciej, taniej” zderza się z fizyką fabryk pamięci i rachunkiem ekonomicznym. Meizu już tego nie wytrzymało, Asus się wycofał, a mniejsi gracze będą mieć coraz trudniej.
Dla nas, użytkowników, to z jednej strony gorsze promocje i wyższe ceny, ale z drugiej - szansa, żeby wreszcie przestać gonić za co rocznym „must-have” i zacząć traktować telefon jak to, czym technicznie już od dawna jest: dojrzałe, wystarczająco dobre narzędzie, które nie musi być wymieniane co 12 miesięcy tylko dlatego, że ktoś na scenie powiedział „AI” piętnaście razy w ciągu godziny.



















