SW+

W Chinach zarżnęli kurczaka, żeby przestraszyć małpy. Big Techy dostały sygnał, kto tu rządzi

W Chinach zarżnęli kurczaka, żeby przestraszyć małpy
227 interakcji
dołącz do dyskusji

- Jest takie chińskie przysłowie „zarżnąć kurczaka, żeby przestraszyć małpy”, czyli poświęcić jedną osobę, by dać wyraźny sygnał wszystkim innym. Jack Ma stał się taką podduszaną małpą", sygnałem dla chińskich Big Techów – dr Michał Bogusz, ekspert ds. Chin opowiada dlaczego na chińskie plany regulacji cyfrowych choć podobne do regulacyjnego kursu na Zachodzie trzeba patrzeć z zupełnie innej perspektywy.

Chiny właśnie ujawniły oficjalną wersję przepisów mających na celu walkę z praktykami monopolistycznymi w tamtejszej branży internetowej. Nowe zasady mają obowiązywać właściwie natychmiast. Na pierwszy rzut oka przepisy, które mają ograniczyć zachowania antykonkurencyjne (takie jak tworzenie zmów działających na niekorzyść mniejszych konkurentów), dumpingowe ceny usług oraz zbieranie wrażliwych danych konsumentów, są niezwykle podobne do tego, o co walczą regulatorzy w Stanach Zjednoczonych i Komisji Europejskiej.

Widać już, że Chińskie Biuro Polityczne – najwyższy organ decyzyjny partii komunistycznej – nie będzie się patyczkować. Po decyzji o wzmocnieniu działań antymonopolowych z końca ubiegłego roku niemal natychmiast zostało wszczęte dochodzenie w sprawie holdingu Alibaba, właściciela m.in. AliExpress, za rzekome praktyki monopolistyczne. Co więcej, w ślady Partii zaczął podążać sam cyfrowy biznes. ByteDance, czyli właściciel TikToka, złożył w zeszłym tygodniu pozew przeciwko Tencentowi, oskarżając go o wykorzystywanie platform WeChat i QQ do nadużywania pozycji rynkowej. Jack Ma twórca Alibaby od listopada tylko raz pokazał się publicznie. Zniknął nawet z listy czołowych przedsiębiorców zajmujących się nowymi kierunkami technologii opublikowanej kilka dni temu przez państwowyy Shanghai Securities News.

Co te wszystkie decyzje oznaczają tak dla Chin, jak i reszty technologicznego świata? Dlaczego Jak Ma, do niedawna twarz nowoczesnych, cyfrowych Chin zamknął się w domu gdzie „ćwiczy kaligrafię"? Czy chińskie Big Techy czeka teraz ostry państwowy nadzór? O to wszystko zapytaliśmy dr Michała Bogusza, eksperta ds. Chin w Ośrodku Studiów Wschodnich, autora bloga Za Wielkim Murem, który studiował i pracował w Chinach przez blisko dziewięć lat.

Czyżby Chiny ruszyły podobną ścieżką do Stanów Zjednoczonych? Też zauważyły, że ich wielkie cyfrowe korporacje stały się za wielkie i zaczęły im przykręcać śrubę?

dr Michał Bogusz: Takie może być rzeczywiście skojarzenie. Tyle że to jest kompletnie fałszywa analogia.

Ale wygodna dla samych Chin? 

Ależ oczywiście. Propagandowo idealna do przedstawiania w ten sposób: „Zobaczcie w demokracji sobie nie radzicie, nie kontrolujecie wielkiego kapitału, a u nas, w naszym modelu politycznym, jesteśmy w stanie go upilnować”. Taki jest spin na zagranicę tego, co się dzieje.

A dzieje się tak, że w Stanach Zjednoczonych z Twittera (za sprawą szefa serwisu – Jacka Dorseya) zniknęło konto urzędującego wtedy jeszcze prezydenta Donalda Trumpa, a w Chinach zniknął Jacka Ma, szef Alibaby, jednej z ważniejszych firm technologicznych. 

Tylko że w Stanach Zjednoczonych mogul skasował prezydenta wirtualnie, a w Chinach prezydent może skasować mogula w realu. 

Świat zainteresował się Jackiem Ma, bo jego zniknięcie było rzeczywiście symboliczne. Szef jednej z najważniejszych firm technologicznych wygłosił przemówienie krytykujące chiński system bankowy, a w efekcie po kilku dniach jego firma musiała wycofać się z ogromnego debiutu giełdowego. Sam Ma przez trzy miesiące nigdzie się nie pojawiał. Ale co nam tak naprawdę mówi ta sytuacja? Czy Ma tylko zniknął z oczu opinii publicznej do czasu, aż przycichnie awantura wokół niego i jego firmy AntGroup? Czy może jednak naprawdę Partia Komunistyczna zajęła się niepokornym biznesmenem?

Tuż przed tym, jak Ma przestał się publicznie pokazywać, jeden z ważnych chińskich urzędników publicznie odradził mu podróżowania za granicę. To jasno pokazuje, że nie mamy do czynienia z samodzielnie podjętą decyzją, by zejść z oczu i nie drażnić. To jest prawdopodobnie jakiś rodzaj aresztu domowego. Niekoniecznie jest tak, że dostał twardy nakaz. Raczej doradzono mu, żeby siedział w domu. Tyle że w Chinach taka rada jest tym samym, co nakaz sądowy. Pewnie bezpieka i tak siedzi pod jego domem, mając na niego oko. Albo wręcz robią to ochroniarze Ma. W chińskich realiach ochroniarze tych wielkich biznesmenów też są w jakiś sposób powiązani z bezpieką. Kiedy w końcu się pojawił, to w jednominutowym wystąpieniu wideo z domu chwalił osiągnięcia partii w walce z ubóstwem i nie zająknął się o swojej sytuacji. Widać, że już się poddał. Jednak prawda jest taka, że historia Jacka Ma jest bardzo skomplikowana i zarazem bardzo ważna, bo mówi nam dużo o tym, co dzieje się w dzisiejszych Chinach. 

Wiemy już, że zarówno chińskie firmy, jak i rząd mają globalne ambicje pod kątem technologii i cyfryzacji. Wiemy też, że Partia Komunistyczna choć stawia na ten element gospodarki, to nie chce pozwolić, by tamtejsze Big Techy zdobyły nazbyt dużą siłę.

Tak, ale do tego dochodzą ważne zmiany polityczne w obrębie samej partii. Jack Ma wpadł pomiędzy trzy konflikty w partii. Pierwsza to rozdziobywanie frakcji tzw. Ropucha, czyli Jiang Zemina – byłego przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej. Jiang Zemin ma taki przydomek, który jest jak najbardziej pozytywny. Ropuch mający w ustach monetę, siedzący na kupie monet, to w chińskiej mitologii symbol bogactwa, majątku, powodzenia. Generalnie Chińczykom lata Jiang Zemina kojarzą się z szybkim wzrostem gospodarczym, szybkim bogaceniem się kraju. On też wprowadził ludzi biznesu do partii zgodnie z Zasadą Trzech Reprezentacji. Od jego czasów partia miała reprezentować już nie tylko klasę robotniczą, ale też przodujące elementy społeczeństwa chińskiego, w tym przedsiębiorców i ludzi kultury oraz sztuki. Wtedy Jack Ma i wielu innych ludzi biznesu zostało „zaproszonych” do partii.

Konferencja VivaTech w Paryżu, w 2019 roku. Fot. Frederic Legrand - COMEO / Shutterstock.com


Ale gdy dwa lata temu ujawniono, że Ma jest członkiem Partii, było to spore zaskoczenie dla Zachodu. Świat postrzegał Alibabę i jej założyciela jak zwykłego biznesmena równego Muskowi czy Bezosowi.

Takiego „zaproszenia” do Partii w Chinach nikt nie może odrzucić. A zresztą czy dopiero startujący wtedy chiński biznes technologiczny chciałby je odrzucić? Przecież Ropuch rozpostarł parasol ochronny nad całym sektorem nowych technologii. Ale równocześnie nie bardzo go rozumiał, bo był już posunięty w wieku – w końcu to rocznik 39. On i jego ludzie patrzyli na technologie jak na rozrywkę, jakieś gry i żądali tylko jednej rzeczy: żeby ten internet nie stał się miejscem, gdzie schronienie będzie mogła znaleźć opozycja, dysydenci czy pojawi się pornografia. Choć ta ostatnia i tak się pojawiła. Więc tak długo, jak Big Tech kontrolował treści (by nie były sprzeczne z myślą partii), zostawiano im wolną rękę. Co więcej, stosując wszelkiego rodzaju środki protekcjonistyczne, wycięto konkurencję dla chińskich graczy technologicznych. Dlatego Alibaba nie mając konkurencji choćby w postaci Amazona, mogła swobodnie rozwinąć się w Chinach.

Czyli tak naprawdę stworzono im całkiem komfortową sytuację.

Chińskie Big Techy partia hodowała w takiej szklarni. A że był to początek XXI wieku, czyli czas boomu gospodarczego w Chinach i łatwego dostępu do kapitału, to można było rzeczywiście sporo zdziałać. Dochodziło jeszcze polityczne wsparcie zbliżone do tego, jak w starożytnym Rzymie wyglądała sytuacja wyzwolonych niewolników. Oni z automatu stawali się klientami swojego byłego pana. Podobnie biznesmeni i cały technologiczny sektor wpuszczany do partii przez Ropucha stał się częścią jego sieci klientelistycznej. Cała ta piramida zaczęła się rozpadać, gdy nowym przewodniczącym został Hu Jintao. Wtedy jednak jeszcze w strukturach partii funkcjonował Zeng Qinghong – wiceprzewodniczący ChRL, na początku XXI wieku taka szara eminencja i bliski człowiek Jiang Zemina, niezwykle wpływowy polityk. Pozycja Qinghonga wynikała z faktu, że jego matka, weteranka Długiego Marszu, założyła sierociniec dla dzieci kadr partyjnych, których rodzice nie przeżyli wojny domowej. Te dzieci później trafiły do struktur partii na różnych szczeblach i stały się klientami Zeng Qinghonga. Kiedy więc ten razem z Ropuchem wymyślili, że na kolejnego przywódcę namaszczą Xi Jinpinga, to pozwoliło im uchronić swoje wpływy. Teraz jednak obaj mają już ponad 80 lat i demencja starcza spowodowała, że zaczęli tracić kontrolę nad frakcją, w której wielu ludzi albo próbowało się usamodzielnić, albo podporządkowało się Xi Jinpingowi. Jack Ma i inni biznesmeni zostali politycznie osieroceni.

Ale chyba to osierocenie miało miejsce już dobrych kilka lat temu. A Jack Ma popadł w niełaskę teraz.

W Chinach nic nie dzieje się z dnia na dzień. Powolne przejmowanie frakcji Jiang Zemina przez Xi Jinpinga to było takie wydziobywanie jednej szyszki za drugą. Nie jest tak, że przyjmując jakiegoś wasala od razu przyjmuje się całą jego sieć zależności. Kolejnych graczy i tak trzeba na nowo zwasalizować. Nie wszystkich da się przejąć, bo są za ambitni, a wtedy należy ich wykończyć, np. doprowadzając do aresztowania za korupcję. Po takim osieroceniu frakcji następuje wyścig po wpływy. W tej układance cały sektor nowych technologii miał bardzo duże ambicje i nie był zainteresowany tym, by komuś ważnemu w partii podlegać. Chcieli awansować w hierarchii partyjnej i jak najbardziej się usamodzielniać. 

Xi Jinping, fot. Gil Corzo / Shutterstock.com

Nie byli chyba tacy ambitni bez uzasadniania? Przecież i ta wspomniana szklarniowość, i naprawdę fenomenalny rozwój myśli technologicznej w Chinach, i nowoczesne modele monetyzacyjne spowodowały, że dziś nowe technologie odpowiadają za blisko jedną trzecią PKB Chin.

Tak i tutaj pojawia się druga płaszczyzna rozgrywki wokół Big Techów. W pierwszej, czyli partyjnej, trwa gra o władzę. Jack Ma mniej lub bardziej mimowolnie stał się częścią tej gry. On był twarzą jednej z frakcji wewnątrz partii, która postanowiła zawalczyć o lepszą pozycję. Jego głośne wystąpienie w październiku w Szanghaju, po którym popadł w niełaskę, to nie były tylko jego słowa. On stał się ustami całej grupy ambitnych ludzi. Im się wydawało, że mogą zaistnieć w partii jako samodzielna siła. Nie mogą. Nie zrozumieli, że są w partii tylko po to, żeby partia mogła ich kontrolować, a nie po to, żeby odgrywać samodzielną rolę. Okazało się, że Ma i ludzie za nim stojący przeszacowali swoje polityczne zdolności.

Ale przecież równolegle mamy moment zderzenia ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie właśnie technologiczna siła obu gigantów jest kluczowa. Nic dziwnego więc, że chińskie cyberkorporacje czują swoją potęgę. 

Mogą ją sobie czuć, ale ważniejsze jest to, jak partia je postrzega. A partia oczywiście zauważyła znaczenie nowych technologii. Młodsze pokolenie przywódców lepiej rozumie ich rolę we współczesnym świecie. Tyle że równolegle mają poczucie, że państwo pozwoliło technologicznym biznesom wyrosnąć na zbyt dużą samodzielność. A przecież partia musi przewodzić we wszystkich wymiarach, więc musi także przewodzić w sektorze technologicznym. Dodatkowo od lat w partii pojawiały się krytyczne głosy wskazujące na to, że cały nowoczesny sektor de facto robi trywialne rzeczy. Tysiące najzdolniejszych chińskich informatyków zajmuje się rozwijaniem gier, sklepów albo jakichś durnych aplikacji na telefony, a przecież powinna być budowana sztuczna inteligencja, która będzie konkurowała z amerykańską na polu walki. Coraz silniejsze jest więc przekonanie o konieczności przejęcia zasobów ludzkich i kapitałowych Big Techów po to, żeby je ukierunkować na pożądane przez państwo kierunki. I cóż, szefowie tych firm nie zrozumieli gigantycznej zmiany w myśleniu partii, która chce wyznaczać cele rozwoju. Utrącenie Jacka Ma ma pokazać całej branży, że to nie wolny rynek od tej pory kieruje ich działaniami. 

Mówi pan o „trywialnych produktach”, ale jednak i one są pod kontrolą – co pokazały choćby regulacje nakładane na rynek gier przed trzema laty, a które popsuły sporo krwi Tencentowi. Na pewien czas wręcz w ogóle wstrzymano wydawanie nowych gier, co rząd uzasadniał koniecznością ochrony młodych przed uzależnieniami od ekranów i westernizacją. 

Te regulacje były elementem paradygmatu wcześniejszego myślenia. Tego pilnującego, by technologia nie stała się miejscem rozwoju wrogich partii sił, takich jak pornografa, seks, promowanie hedonizmu, postaw niepatriotycznych itd. Owszem, to jest bardzo ważne, ale stare. Nowy paradygmat wskazuje zaś, że trzeba się skupiać na celach według partii strategicznych, czyli sztucznej inteligencji, 5G, Big Data – tych rozwiązań, które pomogą choćby w lepszej kontroli społeczeństwa. 

Siedziba Tencent w Shenzhen, fot. Yijing Liu / Shutterstock.com

Pod koniec 2020 roku Pekin ujawnił szczegółowy plan działań na najbliższe pięć lat, a w nim zapowiedzi regulacji sektora nowych technologii. Przebija w nim filozofia, którą słyszymy na całym świecie – o konieczności uporządkowania tego, jak funkcjonuje sfera cyfrowa, która stała się za silna, wręcz samowolna. 

W Chinach to jest tylko narracja, a tak naprawdę chodzi o to, żeby partia mogła ręcznie sterować rozwojem nowych technologii; żeby one szły w tym kierunku, w którym partia chce. 

Ale czy partia ma w ogóle takie możliwości, umiejętności, świadomość konkretnych kroków?

A kiedy ostatni raz coś takiego partii przeszkadzało w podjęciu decyzji?

Decyzję podjąć można, ale może będą tylko sami siebie oszukiwać, że te Big Techy kontrolują?

To jak z Wielkim Skokiem. Partia każe, to będzie zrobione. Partia każe sadzić ryż na torach, to nie ma znaczenia, czy urośnie, czy nie urośnie. A dziś przykładowo partia zabroniła sprowadzać węgiel z Australii, to nie sprowadzamy. Są wyłączenia prądu? Są. Ludzie nie mają ogrzewania w domu? Nie mają. No i co z tego?

Tyle że przez lata była nadzieja i to nie tylko Zachodu, ale także wewnątrz Chin, że racjonalność działań, która jest kluczowa w przemyśle cyfrowym, będzie zmieniała też ChRL. 

Tak było we wspomnianych czasach Jiang Zemina i Hu Jintao. Ale działo się tak dlatego, że jak już mówiliśmy, partia nie traktowała tego przemysłu zbyt poważnie. Kiedy jednak władzę w 2012 roku przejął Xi i w pierwszej kadencji podporządkował sobie struktury partii, to w kolejnej zaczął robić porządki też pozapartyjne. I wtedy odkrył pozostawiony samemu sobie sektor nowych technologii. A nie może być tak, że my kosimy trawnik wszędzie, a tu po lewej stronie jest jakaś trawa, która sobie rośnie, jak chce. Partia musi w tym rogu ogródka przystrzyc trawę tak, jak trzeba.

I teraz wyciągnęła kosiarkę? 

Kunming, Chiny. Fot. Chutharat Kamkhuntee / Shutterstock.com

To, co się dzieje z Jackiem Ma, jest pierwszym sygnałem pokazującym Big Techom, że zaczęło się koszenie. Kosiarka właśnie wjeżdża na ten trawnik.

Nie przystrzyże przypadkiem też cyfrowego impetu Chin?

Myślę, że tak. Tylko że skutki tego będą opóźnione w czasie. Bo to się nie dzieje z dnia na dzień. Firmy cały czas działają, rozwijają technologie, inwestują w badania, nowe produkty. Ich kolejne wynalazki będą się pojawiały. Może być nawet takie zjawisko fałszywego sukcesu partii. Za to za 5-10 lat ujawnią się negatywne skutki tego ograniczania swobody cyfrowych korporacji. Tak jak Wielki Skok: był w jednym roku, a głód dopiero w kolejnych.

Czyli tak naprawdę to sama partia stopując chińskie cyfrowe giganty, spełnia życzenie Zachodu przerażonego tym, jak bardzo rozwinęło się Państwo Środka pod kątem technologicznym. Czyżby władze Chin okazały się być większym wrogiem niż była administracja Donalda Trumpa?

W dłuższej perspektywie tak. Oczywiście może się też stać tak, że partia będzie jednak sprawnie zarządzać ręcznie. Może się okazać, że wyznaczą do tego kogoś obeznanego i on będzie neutralizował negatywne skutki, opóźniał je, ale one i tak są nieuniknione w dłuższej perspektywie czasu. I jeszcze jedno: błędy popełniane przez partię nie rozwiążą problemów Zachodu. Ten i tak będzie musiał sam się z nimi zmierzyć.

Co to właściwie oznacza dla nas? Bo – wracając do analogii amerykańskiej – regulacje w Stanach Zjednoczonych mogą mieć dla klientów w Europie konkretne efekty. Z jednej strony możemy mieć lepszą ochronę prywatności, praw konsumenckich, a z drugiej mogą się jednak pojawić ograniczenia w dostępie do pewnych usług. Jeżeli będą regulacje funkcjonowania chińskich Big Techów, to czy konsumenci w Europie też je odczują?

Regulacje nie dotyczą konsumentów, bo partia w ogóle się nimi nie interesuje. Podobnie jak kwestiami ochrony prywatności. Wręcz przeciwnie – chce wiedzieć jak najwięcej o jak największej liczbie ludzi także spoza Chin. Oczywiście mogą być jakieś regulacje pozorujące działania dla powodów czysto propagandowych. Ale tak naprawdę KPCh interesuje kontrola. Nad Big Techami, ich zasobami, wiedzą, bazami danych, ludźmi. Z punktu widzenia zagranicznego konsumenta chińskich technologii nic się nie zmieni, a jeżeli się zmieni, to tylko na gorzej. 

Rozwój technologii rozpoznawania twarzy jest jednym z ważnych elementów planu Made In China 2025. fot. helloabc / Shutterstock.com

Czyli zamiast wprowadzać pewne ograniczenia, choćby w zbieraniu danych osobowych przez daną firmę, to może się raczej pojawić wymóg kontroli zebranych danych przez publiczne instytucje chińskie?

One już mają taki dostęp. Ale za to rzeczywiście mogą na przykład wymagać, żeby firmy zbierały jeszcze więcej szczegółowych informacji, uzasadniając to choćby kwestiami bezpieczeństwa narodowego. Im więcej cyberkorporacja wie, tym lepiej, bo tym więcej wie partia. 

Rozumiem ambicje Partii Komunistycznej do kontroli tak ważnego elementu gospodarki, ale przecież równolegle Pekin musi jakoś reagować na to, jak Stany Zjednoczone i ich sojusznicy traktują kolejnych chińskich gigantów? ZTE pod wpływem ograniczeń nałożonych przez administrację USA praktycznie wypadło z rynku sieci 5G. Od trzech lat trwa walka z Huawei. Latem ubiegłego roku prezydent Trump groził TikTokowi banem w Stanach, a ledwie zaczął się ten rok, to pojawiły się groźby w stosunku do Xiaomi. Naturalnie więc Partia powinna chronić swoje cyberkorporacje, a nie dodatkowo utrudniać im życie. 

Musimy wejść w logikę Partii. Z punktu jej widzenia: „Moja kontrola nad procesami, nad firmami nie jest czymś złym, ona jest pozytywna. Przecież ja, jako partia, wiem lepiej. Ja, jako partia, jestem depozytariuszem naukowej wiedzy marksizmu, leninizmu, ducha narodowowyzwoleńczego narodu chińskiego, skupiam w sobie geniusz 5 tys. lat historii chińskiej. Jestem szczytowym elementem rozwoju społeczeństwa, nie ma nic lepszego niż ja. Więc ja się nie mogę mylić. Jeżeli ty nie rozumiesz, że ja wiem lepiej, to musisz to zrozumieć lub zginąć”. Tej logiki nie rozumie Zachód, ma klapki na oczach i wciąż uparcie chce robić biznesy z Chinami. 

Mamy w ogóle szansę na te biznesy?

Dopóki partia będzie nimi zainteresowana, to tak. Tyle że z jej strony te zachodnie biznesy będą zakładnikami.

Ale chyba jednak nie ma co tak umniejszać świadomości Zachodu. Przecież przebija się wiedza o tym, jak działa Pekin i jakie ma ambicje względem własnych firm. A skoro jesteśmy coraz bardziej wrażliwi na kwestie ochrony użytkowników i ich praw w zderzeniu z cyfrowymi graczami, to silniejszy nadzór Partii Komunistycznej nad tamtymi firmami może tak naprawdę popsuć ich interesy za granicą. Będzie dowodem na te wszystkie ostrzeżenia Stanów Zjednoczonych. 

Pod tym względem tak – stanowczo możemy stać się mniej ufni do chińskich usług i produktów. Ale dla partii to jest drugorzędna sprawa. Xi Jinping wyznaczył cel: Chiny muszą się stać niezależne technologicznie. Żeby ten cel osiągnąć, muszą przejąć kontrolę nad rozwojem technologii i nad Big Techami. Koniec kropka. To jest cel nadrzędny. Jeżeli chińskie firmy zapłacą jakąś cenę za to w swoich biznesach zagranicznych, to jest ich problem, nie państwa. Przecież mogą rozwijać się w Chinach, mają parasol ochronny Partii, niech więc zarabiają pieniądze w Chinach czy w państwach trzeciego świata, których część została już mniej lub bardziej zwasalizowana, choćby w Afryce. 

Nie muszą działać w Ameryce, w Europie? Przecież to są wciąż najbogatsze rynki. 

Jak tam natrafią na jakieś kłopoty, to oczywiście Partia będzie próbowała przeciwdziałać tym kłopotom. I już to robi, ale na pewno nie podporządkuje swojego podstawowego celu interesom prywatnych korporacji. To tak, jak z tym już wspomnianym węglem. Celem nadrzędnym jest ukaranie Australii za nawoływanie do śledztwa w sprawie pandemii, więc Chiny wstrzymały import węgla. Ludzie cierpią? Trudno. Ale partia dała przemysłowi wolną rękę w sprowadzaniu węgla z jakiegokolwiek innego miejsca na świecie poza Australią. Nie może znaleźć? No to trochę ludzi zmarznie.

Jak może wyglądać to przejmowanie kontroli nad cyfrowymi korporacjami? Partia wsadzi jakiegoś swojego człowieka w miejsce Jacka Ma? Przecież on już jest teoretycznie na emeryturze.

To nie musi być kontrola fizyczna. To będzie raczej wprowadzenie jednoznacznej świadomości, że jeżeli w kolejnym planie pięcioletnim wyznaczone będą takie, a nie inne cele technologiczne, to one mają być zrealizowane. Biznes zaś ma przeznaczyć na to odpowiednie środki i cele. Jack Ma siedzi teraz w areszcie domowym, żeby wszyscy zrozumieli, gdzie jest ich miejsce w szeregu. To jak w tym chińskim powiedzeniu: „zarżnąć kurczaka, żeby przestraszyć małpy”, czyli poświęcić jedną osobę, by dać wyraźny sygnał wszystkim innym. W tym wypadku następuje może nie zarżnięcie, ale podduszenie jednej z „małp” tak, by pozostałe zrozumiały, że skończyły się czasy fikania na dowolnych drzewach. Teraz partia wyznaczy kolejność fikania na konkretnych drzewach.

A czy za tym „podduszeniem małpy” może również nastąpić jeszcze silniejszy kurs partii w stronę cenzury? Nawiązując do zbanowania Donalda Trumpa, wielu publicystów grzmiało, że jest to „cenzura jak w Chinach”...

Tyle że w Chinach to partia, władza cenzuruje, a nie prywatne, choćby bardzo silne firmy. I pod tym względem nasilenie działań cenzorskich już się odbywa. Dodatkowo wymaga się, żeby do statutów przedsiębiorstw wpisywać przewodnią rolę partii. Powstają kolejne komórki partyjne w prywatnych firmach. Komórki partyjne dostają prawo głosu, przedstawiciele partii zasiadają w zarządach... A ten, kto dyskutuje z takimi zmianami, ląduje w więzieniu i koniec.

Przecież Ma w swoim przemówieniu na szczycie w Szanghaju nie dyskutował z samą pozycją Partii, a z tym, jak wygląda chiński system finansowy. Namawiał do jego reformy, odejścia od konserwatywnych, starych banków w stronę nowoczesnych algorytmów i fintechów.

I tu wchodzimy na trzecią płaszczyznę tego, co się dzieje z cyfrowym sektorem w Chinach. Jack Ma miał ambicje stworzenia z AntGroup, która jest teraz platformą płatności mobilnych i mikropożyczek, gigantycznego banku wirtualnego. Takiej instytucji, która wykorzystywałaby zasoby deponowane przez płatników jako zabezpieczenie bankowe do udzielania pożyczek online. I ten de facto parabank miał być notowany na giełdach w Szanghaju i Hong Kongu, a jego wartość giełdowa mogłaby być większa od największego banku w Chinach. Partia się tego naprawdę przestraszyła. System finansowy w Chinach jest bardzo wrażliwy, więc gdyby tak wielki bank powstał i potem upadł, to pociągnąłby za sobą cały sektor finansowy. 

Fot. Piotr Swat / Shutterstock.com

Rząd Chin przestraszył się niestabilności systemu finansowego, a nie tego, że pojawiłaby się konkurencja do kontrolowanego przez partię sektora bankowego?

Tu jest pewnie nieporozumienie. To Zachód patrzy w ten sposób. Partia się tego nie bała, bo Jack Ma jest przecież członkiem partii, więc mogłaby po prostu wsadzić swoich ludzi do wewnątrz tego nowego tworu i w ten sposób go kontrolować. Więc naprawdę bardziej przestraszono się wielkości finansowego przedsięwzięcia i tego, że jego ewentualne kłopoty zdestabilizowałyby cały sektor finansowy. Takie fintechowe twory zapewne i tak powstaną w Chinach. Ale nie pod kontrolą Jacka Ma, tylko jakiegoś przedsiębiorstwa państwowego z sektora technologicznego. Rynek zostanie podzielony pomiędzy kilka mniejszych banków czy parabanków fintechowych i będzie z jednej strony nowocześniej, a z drugiej bezpieczniej. Jack Ma i jego patroni w partii mieli ambicję, żeby zrobić gigantyczny bank do wzmocnienia swojej pozycji. Okazali się politycznie za słabi i przegrali. Bo tak naprawdę mimo majątku i światowej pozycji Ma jest dla Pekinu tylko małym pionkiem. On osobiście, będąc bardzo popularną osobą w Chinach, był już i tak na celowniku przywódcy Chin Xi Jinpinga. Najgłupsza rzecz, jaką można zrobić, to bycie bardzo popularnym w kraju, w którym jest właśnie rozwijany kult jednostki.

Ma po chińsku oznacza „koń”, ale ten konik już sobie nie pobryka.