REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Technologie
  3. Gry

Gran Turismo 7 stawia na kampanię. Najlepsza odsłona od dekady - recenzja

Twórcy wzięli sobie do serc krytykę, jaka spadła na nich po premierze GT Sport, silnie zorientowanego na rozgrywkę wieloosobową. Gran Turismo 7 to przede wszystkim rozbudowana i wielomodułowa kampania dla jednego gracza. No i bardzo dobrze, to najlepszy z możliwych kierunków.

Gran Turismo 7 recenzja
REKLAMA

Wiem, że mam tylko jedną szansę. Nie będę mógł wcisnąć przycisku "wstecz", jak w innych grach wyścigowych. Muszę wejść w zakręt perfekcyjnie, znajdując złoty środek między redukcją prędkości, punktem startowym manewru, stopniem skrętu oraz gazem przy wychodzeniu z wirażu. Tylko w ten sposób mój Fiat 500F z 1968 roku wtoczy się pod górę. Inaczej nie mam szans dotrzeć do mety jako pierwszy. Inaczej nici ze złotego pucharu za osiągnięcie. Wielkich emocji na tak technicznych manewrach nie potrafi zbudować żadna inna gra wyścigowa. W Gran Turismo 7 każde złoto smakuje po prostu lepiej.

REKLAMA

Gran Turismo 7 = GT Sport + sensowna kampania dla jednego gracza, na którą od lat czekali fani.

Nie dziwi mnie, że Polyphony Digital kilka lat temu odjechało w kierunku rozgrywek wieloosobowych przy GT Sport. Wydawało się to racjonalną i perspektywiczną decyzją, idącą w parze z trendami w branży. Gran Turismo od dekad posiada zaangażowaną społeczność turniejową, a GT Sport miało stawiać ją na piedestale, polewając wszystko e-sportowym sosem. Brak ciekawej kampanii dla gracza solo okazał się jednak tak dotkliwy, że gra dla PlayStation 4 to dzisiaj jedna z najgorzej ocenianych odsłon w całej historii Gran Turismo.

Teraz Polyphony dokonuje rehabilitacji, serwując GT7. Najnowszy symulator jest skupiony przede wszystkim na doświadczeniach dla jednego gracza. Twórcy wykorzystali sieciowe rozwiązania z GT Sport, odtwarzając je niemal jeden do jednego w nowej grze, a następnie obudowali ją większą liczbą kampanijnych aktywności niż kiedykolwiek wcześniej. Znane fanom licencje oraz cupy to tylko wierzchołek góry lodowej. Gran Turismo 7 ma dla gracza solo znacznie, znacznie więcej atrakcji. Jednocześnie gra kładzie wielki nacisk na zabawę fair play w trybach multi, serwując kary za uderzanie czy blokowanie innych kierowców.

W Gran Turismo 7 nowy tryb Cafe spisuje się na medal, ale moim ulubionym elementem są o wiele bardziej zróżnicowane Misje.

Cafe to zupełnie nowy moduł Gran Turismo. Tytułowa kawiarnia pełni rolę narracyjnego huba kampanii. To tutaj otrzymujemy zlecenia - w postaci restauracyjnego menu - zapoznające z poszczególnymi trybami oraz aktywnościami GT7. Cafe jest jak ładna i rozbudowana lista zadań, motywując do poznawania gry w pełnym wymiarze. Od prostego wyścigu, przez wizytę u mechanika i pierwszą modyfikację pojazdu, po odblokowywanie nowych trybów - Cafe prowadzi gracza za rękę, tłumacząc wszystkie zawiłości.

Świetnie działa to w praktyce. Gracze zawsze wiedzą co robić i nie są pozostawieni sami sobie. Dzięki Cafe Gran Turismo 7 stanowi świetną ofertę dla tych, którzy nie grali w żadne poprzednie GT. Polyphony Digital nigdy wcześniej nie oferowało tak ciekawego i kompleksowego nawigatora. Wielu moich znajomych odbiło się od GT Sport po kilku godzinach jazdy, tracąc motywację do startowania w kolejnych wyścigach. Cafe naprawia ten błąd, przeplatając rozmaite wyzwania konkretnymi nagrodami.

Główne kampanijne tryby przez które prowadzi nas Cafe to doskonale znana szkoła jazda ze swoimi licencjami, pojedyncze wyścigi, mistrzostwa złożone z kilku wyścigów oraz moje ulubione misje. Te pojawiały się w GT Sport, ale wyzwania zaprojektowane dla nowej odsłony są o wiele ciekawsze i bardziej zróżnicowane. Wcześniej wspomniana jazda Fiatem pod górkę, nocna przeprawa jeepami przez las czy slalom między busami w środku miasta to wszystko techniczne i odświeżające wyzwania. Część z nich przechodziłem kilkadziesiąt (!) razy, byle sięgnąć po złoto. Gran Turismo 7 jest pełne kampanijnych perełek. Wyzwań tak unikalnych, że szkoda je spoilować, by nie psuć wam frajdy.

Jako gracz kampanijny, przy Gran Turismo 7 czuję się syty. Do tego cieszy mnie tryb dla dwóch graczy przed jednym TV.

Znikło to poczucie niedosytu, charakterystyczne dla GT Sport w momencie premiery. Poza wcześniej wymienionymi trybami, GT7 oferuje wyzwania typu drag oraz drift, wyścigi time trial, klasyczny tryb arcade, własne wyścigi w unikalnymi zasadami, a nawet szkoleniowy moduł circuit experience, gdzie do perfekcji opanujemy kluczowe zakręty i odcinki dla KAŻDEGO toru dostępnego w grze. We wszystkich trybach mamy medale i nagrody. Głównie finansowe, pozwalające kupować kolejne pojazdy. Kupować z kolei warto, bo zwiększając poziom kolekcjonera odblokowujemy dostęp do nowych elementów gry.

Niby nic wielkiego, ale bardzo spodobało mi się, że twórcy GT7 pozwalają bawić się dwóm osobom przed jednym telewizorem. Klasyczny tryb z podzielonym ekranem to dzisiaj niesłuszna rzadkość w grach wyścigowych i cieszę się, że Japończycy wciąż oferują możliwość przejechania się wspólnie z rodzeństwem czy odwiedzającym nas znajomym. Szkoda tylko, że w parze z solidnym wsparciem jednego gracza nie idzie wsparcie użytkownika offline. GT7 wymaga stałego podłączenia z siecią by w pełni działać. Twórcy tłumaczą, że chodzi o eliminację oszustów.

Model sterowania to GT Sport na sterydach. Twórcy chwalą się bardziej złożoną symulacją, ale rewolucji nie poczułem.

Fizyka jazdy wydaje się niemal dokładnie taka sama, jak w poprzedniej odsłonie na PS4. Największe różnice czuć podczas jazdy w deszczu i zaraz po opadach. Kałuże pojawiające się na torach (ale niestety nie wszystkich) stawiają odczuwalny opór. Świetnie czuć to pod palcami, gdy brutalnie rozbijamy cząsteczki wody pojazdem. To jednak wciąż nie ten sam mistrzowski poziom co water pooling z Forzy Motorsport. Do tego wjazdom w kałuże towarzyszą przeciętne efekty wizualne. Woda tryskająca pod kołami prawie zawsze wygląda tak samo. Efekt bywa komiczny, gdy jedziemy kałuża za kałużą.

Mam wrażenie, że pojazdy są wrażliwsze na krzywiznę terenu oraz tunele aerodynamiczne niż kiedykolwiek wcześniej. Szukając zmian w modelu jazdy nieco na siłę, wskazałbym również na sposób hamowania. Jednak co do zasady, to po prostu GT Sport na sterydach. Jeśli podobał ci się sposób prowadzenia samochodów w poprzedniej grze, będziesz zadowolony. Jeśli chciałeś fundamentalnej zmiany, raczej nie. Oczekiwanie wywrócenia systemu jazdy w Gran Turismo do góry nogami to jednak nieco dziwne życzenie. Polyphony stworzyło model najbliższy realnym osiągom kierowców na prawdziwych torach. Trudno, by twórcy symulatora zrezygnowali z takiego dorobku.

Jestem za to nieco rozczarowany tym, jak został wykorzystany kontroler DualSense. Spodziewałem się, że dzięki haptycznym wibracjom oraz oporom spustów poczuję pod palcami całe spektrum rozmaitych doznań. Chciałem czuć opór pedału gazu. Chciałem czuć charakterystyczny ruch opon podczas silniejszego hamowania. Zamiast tego Polyphony postawiło na symulację nie tyle samochodu, co powierzchni pod nim. Progi zwalniające. Żwir. Piasek. To wszystko czuć doskonale. Zabrakło mi jednak lepszego - chociaż może nazbyt efekciarskiego - sprężenia silnika i pedałów jak w Forzy czy nowym Dircie.

Przez większość czasu grałem w GT7 korzystając z zestawu Logitech G923. Wsparcie kierownicy jest niemal wzorowe. Gra od razu ją rozpoznaje, zapewniając pełną konfigurację z uwzględnieniem unikalnych cech tego konkretnego modelu. Manetki, nitro, światła - cały komplet. Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko możliwości szybkiego skalowania efektu TrueForce, który na szczęście jest wspierany w Gran Turismo 7. Wszystko inne - trakcja, moment obrotowy - mogłem regulować przy pomocy pokrętła.

Będąc przy modelu jazdy: tak, Gran Turismo 7 to kolejna odsłona bez poważnego modelu zniszczeń i nie, nie przeszkadza mi to. Na temat braku modelu zniszczeń postanowiłem napisać osobny, dłuższy tekst, który pojawi się na Spider's Web zaraz po opublikowaniu tej recenzji. Dlatego tutaj pozwolę sobie tylko zaznaczyć: w GT7 model zniszczenia jest głównie kosmetyczny. Samochody odbijają się od barierek, a skasowanie pojazdu nie jest możliwe. To nie Wreckfest ani nawet nie TOCA.

Jestem rozdarty oprawą audio-wideo. Pojazdy wyglądają świetnie, ale Gran Turismo 7 na PS5 straszy surowością.

Zeszłoroczna Forza Horizon 5 - chociaż adresowana do innej grupy kierowców - pokazała całemu światu, jak wygląda gra wyścigowa wykorzystująca moc nowych konsol. Meksyk z piątego Horizona to zupełnie nowa jakość na wielu różnych obszarach: zasięgu renderowania, szczegółowości tekstur czy poziomu detali. Z tej perspektywy GT7 zostaje mocno w tyle. Drugi i trzeci plan w grze Japończyków to momentami późna era PS3/wczesna era PS4. Od strony oprawy wizualnej między grami na PlayStation i Xboksa zieje przepaść.

To nie tak, że Gran Turismo 7 jest brzydkie. Ono po prostu bywa bardzo surowe. Japończycy jak zwykle mają problem z poziomem detali oraz dalszymi planami. Czuć próby poprawy na tym polu, ale to tylko pojedyncze strzały tu i tam, w postaci ładnego strumyczka czy górskiego szczytu w wyższej rozdzielczości. Indywidualne wysepki na morzu graficznego niedosytu. Grając w Gran Turismo 7 na PlayStation 5, czułem się niemal jak w grze dla PlayStation 4. Gdyby nie szybciutkie czasy wczytywania torów i natywna rozdzielczość 4K przy 60 klatkach na sekundę, mógłbym się pomylić w ocenie platformy.

GT7 jak najbardziej ma swoje wizualne momenty. Świetnie wyglądają zwłaszcza wszelkiego rodzaju efekty świetlne: promienie zachodzącego słońca odbijające się od karoserii czy bardzo jasne, wręcz oślepiające reflektory pojazdów. Jeśli jednak liczyliście, że Polyphony wrzuci wyższy bieg pod względem oprawy graficznej, to wciąż nie ten moment. Podobnie nierówna jest oprawa audio, jak zwykle stanowiąca dziwną mieszankę muzyki klasycznej, "utworów z windy" oraz kawałków popowych, w dużej mierze azjatyckich artystów.

Tak powinien wyglądać dobry system progresji. Jeśli masz mocną furę i pobawisz się pod maską, dla rywali nie ma zmiłuj.

Jednym, z najbardziej frustrujących elementów nowej Forzy Horizon jest skalowanie pojazdów przeciwnika. Niezależnie jaki pojazd wybierzemy, rywale zawsze wsiadają w samochody o podobnych parametrach. Przez ten zabieg znika połowa frajdy ze zdobywania nowych maszyn. Po co mi one, skoro przeciwnik zawsze będzie dobierał własny pojazd pod to, czym aktualnie jeżdżę? O wiele bardziej trafia do mnie taki system progresji, w którym musimy zdobywać lepsze wózki, by nadążyć za coraz szybszymi rywalami. Dokładnie tak to działa w GT7.

Tutaj każdy pojazd ma swój parametr PP, określający jego całościowy potencjał. Jeśli wydamy sporo oszczędności na tuning maszyny, radykalnie przekraczając PP samochodów rywali, twórcy nie mają nic przeciwko. Wydałeś środki u mechanika, poczuj różnicę. W Gran Turismo 7 możesz dublować kierowców podkręconą ma maksa rakietą i żadne skalowanie nie wejdzie ci w drogę. Działa to również w drugą stronę: rywale nie będą na ciebie czekać tylko dlatego, że twoja fura jest wolniejsza, a ty chwilowo nie masz środków na tuning bądź kupno nowego wózka. Bardzo mi się podoba takie podejście.

Żadne złoto nie smakuje tak dobrze jak w Gran Turismo. W żadnej innej grze nie bawi mnie wybór nowych opon.

Surowa oprawa wizualna, brak modelu zniszczeń, bardzo nierówna ścieżka dźwiękowa, niedostateczne wykorzystanie potencjału kontrolera DualSense - przez te składowe możecie mieć wrażenie, że Gran Turismo 7 to produkcja niespełniająca pokładanych w niej oczekiwań. Jest kompletnie inaczej. Nowa gra Polyphony sprawiła, że kilkadziesiąt razy podchodziłem do jednego wyzwania. Zarwałem przez nią kilka nocek. Niemal godzinę uczyłem się odcinka na pamięć, by sięgnąć po złoto. Żadna inna gra wyścigowa nie potrafi tak zaangażować. W żadnej innej sukces i zwycięstwo nie smakuje tak dobrze.

Zdobywając złoto w GT7, machałem z radości rękoma. Gdy byłem poza konsolą, myślałem, jak lepiej mógłbym pokonać zakręt, skracając czasy o kolejne setne sekundy. Nie jestem fanem motoryzacji. Samochody nie zajmują mnie jak kolegów z Autobloga, ale nie mogę się oderwać od nowego Gran Turismo. To jedyna seria, w której ze szczerą ciekawością czytam opisy pojazdów. Poznaję ich historię. Grzebię im pod maską. W żadnej innej produkcji nie chce mi się zmieniać opon, a następnie wyjeżdżać na tor i je testować. Tylko Japończycy z Polyphony są w stanie sprawić, że taki motoryzacyjny żółtodziób jak ja czerpie przyjemność z instalacji turbosprężarki i wymiany oleju. To GIGANTYCZNE osiągnięcie.

Największe zalety Gran Turismo 7:

  • Najlepsze Gran Turismo od dekady
  • W końcu kampania dla jednego gracza na jaką zasługujemy
  • Nowy tryb Cafe świetnie wprowadza żółtodziobów w świat GT
  • Nowe, kreatywne, ciekawsze niż kiedykolwiek Misje
  • Szybkość działania na PlayStation 5
  • Świetne wsparcie kierownicy na konsoli (Logitech G923)
  • Złoto w Gran Turismo smakuje lepiej niż w innych wyścigach
  • Moduły sieciowe wyrastające z rozbudowanego GT Sport

Największe wady GT7:

REKLAMA
  • Surowa oprawa wizualna (chociaż pewne zabiegi zostały podjęte)
  • Niewykorzystany w pełni potencjał pada DualSense
  • Schnące tory, opady punktowe i nowe kałuże tylko na części tras
  • Bardzo nierówna oprawa audio
  • Konieczność połączenia z siecią, nawet grając solo
  • Wciąż tylko jedna kamera zza bolidu
  • (dla części graczy) brak poważnego systemu zniszczeń

Gran Turismo 7 rehabilituje studio Polyphony Digital. Gra wykorzystuje sieciowe rozwiązania GT Sport, obudowując je kampanią dla jednego gracza na jaką od początku zasługiwaliśmy. To najlepsza odsłona serii w jaką grałem od czasu świetnego Gran Turismo 5 dla PlayStation 3, wydanego ponad dekadę temu. Chociaż produkcja na wielu polach wydaje się archaiczna względem konkurencji, daje satysfakcję z wygranego wyścigu jak żadna inna.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA