Sprzęt  /  Felieton

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo tęskniłem za portami w laptopie

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo tęskniłem za portami w laptopie

Po raz pierwszy od prawie dwóch lat włożyłem kartę SD do laptopa i poczułem ulgę. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo przeszkadzało mi „życie na przejściówkach”.

No dobra, to jest ten moment, w którym przyjdzie mi uderzyć się w pierś i powiedzieć „myliłem się”. Przez ostatnie pięć lat korzystałem z komputerów przenośnych, w których producenci zdecydowali się wykastrować większość standardów łączności przewodowej – najpierw był to Surface Pro, potem MacBook Pro 16.

Teraz pracuję na laptopie, który ma portów aż nadto i wiecie co? Tak powinno być.

Odwaga Apple’a przyniosła nam życie na przejściówkach.

Zaczęło się w 2015 r., gdy Apple pokazał nowego, 12-calowego MacBooka wyposażonego w jeden (!) port USB-C. Tim Cook nazwał to posunięcie „odwagą”, tak jak usunięcie gniazda słuchawkowego z iPhone’ów. Ta „odwaga” przyniosła nam potem odmienionego MacBooka Pro, z którego zniknęły wszystkie porty prócz gniazd Thunderbolt 3 (i gniazda słuchawkowego), a tzw. „dongle life”, czyli życie na przejściówkach, stało się powszechne.

Producenci laptopów z Windowsem niestety rzadko używają własnego rozumu; zwykle kierują się instynktem stadnym, kopiując poczynania Apple’a, co w tym przypadku poskutkowało usuwaniem portów z kolejnych komputerów. Dziś obecność pełnowymiarowego portu HDMI w laptopie to rzadki widok, zaś pełnowymiarowy slot na kartę SD znajdziemy w zasadzie wyłącznie w garstce najdroższych, największych laptopów dla twórców.

Jest jednak pewna nisza, w której producenci kierują się zupełnie innymi pryncypiami niż wytwórcy laptopów dla twórców czy biznesmanów – to nisza laptopów dla graczy. Tam porty nigdzie nie odeszli, bo gracze wywieźliby na taczkach takich producentów, gdyby ci usunęli z laptopów szereg portów USB-A, gniazdo Ethernet czy wyjście HDMI.

I taki laptop – a konkretnie Razer Blade 15 Advanced – stoi na moim biurku od kilku tygodni. Oczywiście w międzyczasie wiele razy testowałem sprzęt z bogatą selekcją portów, jednak pierwszy raz od dwóch lat mam taki wybór w urządzeniu, który służy mi (przez jakiś czas) na co dzień. Ten tekst nie jest jednak o konkretnym sprzęcie. A o tym, że życie na przejściówkach nie powinno być normą, do której się przyzwyczajamy.

Forma kontra funkcja.

Jednym z kluczowych powodów, dla których porty zaczęły znikać z komputerów przenośnych, jest chęć ich odchudzenia ponad wszelką miarę. Nie da się odchudzić laptopa, jeśli trzeba w nim zmieścić pełnowymiarowe wejście na kabel RJ-45. Nie da się ścisnąć obudowy, a jednocześnie zachować dość przestrzeni pod pulpitem roboczym, by weszła tam duża karta SD.

Przez lata uważałem to podejście za słuszne. I przez lata nie miałem większego problemu z życiem na przejściówkach. W domu podłączam laptopa do wszystkich akcesoriów stacją dokującą Thunderbolt 3. Łączy się ona z laptopem przy pomocy jednego przewodu USB-C i voila – wszystkie akcesoria podłączone. Gdy wyjeżdżam, zawsze wrzucam do plecaka prosty adapter USB-C i on też załatwia problem braku portów. Huby USB-C są do tego tak tanie, że w zasadzie nie istnieje powód, by takowego nie kupić.

Ktoś spyta – po co w ogóle hub USB-C, skoro wszystkie akcesoria można już mieć na USB-C? Otóż… niestety, nie wszystkie. Producenci akcesoriów nie nadążyli za „odwagą” Apple’a i nadal zdarzają się np. dyski zewnętrzne, które podłączyć można tylko przez USB-A. Monitorów na USB-C również jest mniej niż tych z wyjściem HDMI czy Display Port, a zgrywanie zdjęć idzie nieporównywalnie szybciej przez wyjęcie karty SD i włożenie jej do czytnika, niż podłączając aparat do komputera przewodem.

Innymi słowy: każda czynność wymagająca podłączenia zewnętrznego akcesorium do laptopa trwa o jeden krok dłużej niż powinna. Zawsze dochodzi ten jeden dodatkowy punkt do odhaczenia na liście zadań – podłącz przejściówkę zanim podłączysz cokolwiek innego.

Przez ostatnie lata tak bardzo przywykłem do tego stanu rzeczy, że nawet się nad tym nie zastanawiałem. Aż do tego tygodnia, kiedy najpierw zapomniałem spakować hubu USB-C do plecaka, a potem zepsuła mi się stacja dokująca.

Gdybym nadal pracował na MacBooku Pro, byłoby pozamiatane. Zapomniałem przejściówki podczas wyjazdu do teściów na wieś, a miałem mnóstwo zdjęć do obrobienia na dysku zewnętrznym z USB-A. Na wsi jak to na wsi, w sklepach nie mają zbyt wielu urządzeń elektronicznych. Gdybym miał ze sobą MacBooka Pro, zawaliłbym termin realizacji zlecenia.

Miałem jednak inny laptop, więc po prostu… podpiąłem dysk do laptopa. I tyle. Poszedłem nawet zrobić kilka dodatkowych zdjęć i – uwaga – włożyłem kartę SD prosto do komputera!

W ten weekend zaś, zapewne z powodu koszmarnie wysokich temperatur, moja stacja dokująca od CalDigit przestała działać. Dock już jest w serwisie, ze zdiagnozowanym przegrzaniem, wróci do mnie za kilka tygodni. Gdybym nadal pracował na MacBooku, właśnie gorączkowo szukałbym stacji dokującej po znajomych lub zaprzyjaźnionych firmach, lub pracował na samym laptopie do czasu powrotu stacji dokującej z serwisu. Ale że mam pod ręką laptop wyposażony w szereg portów, po prostu podłączyłem monitor złączem HDMI, adaptery bezprzewodowe do klawiatury i myszki wpiąłem w porty USB-A, i jeszcze mam zapas portów USB-C, na wypadek gdybym potrzebował podłączyć coś więcej. Nie wygląda to może zbyt estetycznie, ale działa i jest o niebo prostsze, niż kombinowanie z przejściówkami.

Ta historia ma tylko jeden morał – myliłem się. A przy okazji przekonałem się, jak łatwo człowiek przyzwyczaja się do drobnych upierdliwości i zapomina o tym, że można inaczej.

Zmierzch ery przejściówek może być bliski.

Czas życia na przejściówkach może na szczęście przeminąć i przyczyni się do tego ta sama firma, która dała mu początek. Wieść niesie, iż w tegorocznych MacBookach Pro Apple przywróci porty, które sam usunął pięć lat temu. Czyli obok portów Thunderbolt zobaczymy też porty USB-A, HDMI, a nawet czytnik kart SD!

Jak ten niewierny Tomasz – uwierzę, jak zobaczę. Byłoby to wszakże zachowanie skrajnie sprzeczne z etosem Apple’a, mówiącym „my wiemy najlepiej, czego potrzebujesz”, a też firma nie ma w zwyczaju przyznawać się do błędu. Tymczasem nowy MacBook Pro zapowiada się na jedno wielkie przyznanie się do błędu. I oby faktycznie MacBook Pro był taki, jakim zapowiadają go rozliczne przecieki, bo jest to zapowiedź rychłego odejścia przejściówek w niepamięć. Jeśli Apple powróci do szerokiego wachlarza złącz w swoich laptopach, konkurencja nie będzie miała innego wyjścia, jak zrobić to samo. I tym sposobem po pięciu latach bujania się z adapterami możemy w końcu wrócić do pracy, która nie będzie od nas wymagała każdorazowego pamiętania o zabraniu ze sobą przejściówki.