Bezpieczeństwo  /  Artykuł

Czyżby przebudzenie? Nastawiona na prywatność wyszukiwarka DuckDuckGo notuje rekordowe wyniki

Zryw prywatności. DuckDuckGo notuje rekordowe wyniki
530 interakcji
dołącz do dyskusji

Dla większości populacji wyszukiwarka internetowe = Google. Względnie Bing, w niektórych rejonach świata i na campusach Microsoftu. Rosnąca liczba użytkowników patrzy jednak w stronę alternatywy, takiej jak DuckDuckGo.

DuckDuckGo, dla tych, którzy z jakiegoś powodu nie są świadomi istnienia tej usługi, to istniejąca od 12 lat wyszukiwarka internetowa, nastawiona na prywatność i wyświetlanie jednakowych wyników wyszukiwania wszystkim użytkownikom.

DuckDuckGo nie zbiera żadnych danych o użytkowniku. Nie śledzi go, a dzięki temu jego wyniki nie mogą być manipulowane przez algorytmy, które podsuwają treści zależnie od zainteresowań, czy raczej dolarów zapłaconych przez reklamodawców.

Przez lata DuckDuckGo tkwiła w niszy, aż w końcu w 2020 r. coś się zmieniło. Od sierpnia wyszukiwarka notuje regularnie 2,5 mld zapytań miesięcznie, zaś w ostatnich dniach udało się jej pobić kolejny rekord - 100 mln wyszukiwań w ciągu zaledwie jednego dnia.

Rekord DuckDuckGo pokazuje, że walka o prywatność w Sieci nie umarła.

Wg danych za wrzesień 2020 r., DuckDuckGo ma 4 mln użytkowników na całym świecie, co na tle kilku miliardów Google’a może wyglądać śmiesznie, ale… pokazuje, że wciąż są ludzie, którzy nie godzą się na dyktat współczesnych gigantów tech.

Wyszukiwarka nie jest zresztą jedyną usługą skupiającą się na ochronie prywatności, która pobiła rekord w ubiegłym tygodniu. Po rewelacjach o zbieraniu danych przez Messengera i nowej polityce prywatności WhatsAppa, komunikatory Telegram i Signal zanotowały drastyczny wzrost użytkowników. Ten pierwszy w ubiegłym tygodniu dobił do 500 mln zarejestrowanych osób, zaś ten drugi przeżył takie oblężenie pod napływem milionów nowych użytkowników, że firmie padły serwery i musiała dokupić więcej przestrzeni.

Prywatność czy wygoda? To pytanie wciąż pozostaje aktualne.

Nie da się ukryć, że porzucenie pewnej dozy swojej prywatności w sieci jest po prostu wygodne. Gdyby nie to, żadna z najpopularniejszych usług na świecie nie działałaby tak dobrze - Google nie podsuwałby tak trafnych wyników wyszukiwania, Facebook nie wyświetlałby reklam dopasowanych do naszych zainteresowań, ba, nawet Spotify nie podsuwałby nam tak dobrze dobranej muzyki, gdyby nie nasza zgoda na drobne „szpiegowanie”. Trudno się dziwić, że większość z nas godzi się na oddawanie swoich danych gigantom tech, bo ci odwdzięczają się ułatwianiem naszego życia na każdym kroku.

Z roku na roku rośnie jednak niesmak, z jakim spoglądamy na to, co tak naprawdę dzieje się z naszymi danymi. Bo dzieje się bardzo dużo, a zbierający je giganci tech rzadko zatrzymują te dane dla siebie: najczęściej sprzedają je podmiotom trzecim, lub wykorzystują je do tworzenia zaawansowanej analityki behawioralnej. Dane jednego użytkownika może nic nie znaczą. Ale dane setek milionów są bezcennym skarbem, który może pomóc „zaprogramować” nasze zachowanie w Sieci, skłonić do zakupu produktu X, lub nawet (co pokazały wybory w USA w 2016 r.) przechylić szalę zwycięstwa na korzyść konkretnego kandydata w wyborach na prezydenta.

Ta sytuacja trwa od lat i nic nie wskazuje na to, by trend miał się odwrócić. Rekordy DuckDuckGo, Signala i Telegrama pokazują jednak, że na świecie nadal są miliony ludzi, którzy nie godzą się na szastanie informacjami o nich i którzy nie godzą się na to, by giganci tech bogacili się kosztem naszej prywatności. A to doskonała wiadomość. Bo dziś żadna z powyższych usług nie może rywalizować z największymi, nie mają na to ani zasobów, ani możliwości. Im więcej jednak będzie im przybywać użytkowników, tym większa szansa, że kiedyś staną się niemal tak dobre, jak usługi gigantów.