Gry  /  Recenzja

Ciągle czekam na Fight Night, ale UFC 4 naprawdę daje radę. Jest prościej, no i ta kariera! - recenzja

Picture of the author

EA Sports wyrzuciło z gry moduł Ultimate Team, uprościło walkę w klinczu oraz parterze, stworzyło czytelniejsze samouczki i dodało do produkcji elementy cRPG. To tylko pudrowanie poobijanego zawodnika z zeszłego sezonu, ale przerwa między kolejnymi rundami dobrze mu zrobiła. EA UFC 4 jest odczuwalnie lepsze od poprzedniej części.

Moja fascynacja prawdziwym oktagonem zakończyła się wraz z końcem kariery Mirko Cro Copa. Mimo tego EA UFC pozostaje jedną z naszych ulubionych „domówkowych“ serii gier. Gdy wpadają znajomi, turnieje w wirtualnej klatce są elementem stałego rytuału. Rytuału, który będzie teraz powtarzany o wiele częściej, ponieważ UFC 4 bardzo przypadnie do gustu mniej doświadczonym wojownikom, otwierając serię na niedzielnych graczy.

Klincz i parter dla każdego. UFC 4 upraszcza skomplikowane mechanizmy walk w klatkach.

Chociaż to stójka jest ulubioną formą walki większości graczy, w prawdziwym MMA kluczowy jest parter. Umiejętne chwyty, dźwignie, przejścia czy duszenia odróżniają doświadczonego sportowca od ulicznego zawadiaki. Problem polega na tym, że w grach wideo ten element nigdy nie były przesadnie emocjonujący ani lubiany. Wirtualna walka w parterze przypomina najczęściej tarło dwóch nieporadnych fok, przesuwających się po macie w nienaturalnych spazmach i podrygach.

UFC 4 nie urealnia parteru. Sprawia za to, że ten staje się po pierwsze prostszy, po drugie nieco przyjemniejszy. Wszystko dzięki nowemu, łatwemu (i możliwemu do wyłączenia) systemowi kołowemu. W nim nie wybieramy już konkretnych ruchów ani chwytów. Zamiast tego decydujemy się na jeden z trzech kierunków działań: zmiana pozycji na lepszą, próba poddania, wstanie. Zakreślamy wojownikowi taktykę, a ten wybiera optymalną ścieżkę jej realizacji. Dzięki temu nowy gracz nie musi wiedzieć co to armbar czy balacha, aby zmusić przeciwnika do odklepania.

Podoba mi się także pomysł na poddania. Banalnie prosty, a niezwykle grywalny. Gdy przeciwnik chce nam założyć dźwignię, każdy z wojowników otrzymuje własny pasek (czerwony lub niebieski) na diagramie (poziomym lub kołowym). Atakujący musi pokrywać swój pasek z paskiem obrońcy, z kolei broniący się musi uciekać własnym paskiem przed tym atakującego. Jednocześnie zbyt nagłe i chaotyczne ruchy powiększają własny pasek, przez co później łatwiej w niego trafić przeciwnikowi. Kapitalna metafora oddechu i kondycji w parterze.

UFC 4 jest pierwszą odsłoną serii, w której moi znajomi stosowali obalenia.

Grając w poprzednią odsłonę, część mniej doświadczonych znajomych bardzo frustrowała walka w parterze. Nie rozumieli jej. Stąd regularne prośby o turnieje rozgrywane wyłącznie w klinczu i stójce. Najnowsza odsłona kompletnie zmieniła sytuacje. Gdy grałem z przyjaciółmi, ci z uśmiechem na twarzach obalali się, wykręcali sobie ręce i przepychali na deskach oktagonu. Parter nareszcie stał się na tyle prosty i ciekawy, aby niedzielny gracz mógł wdrożyć go do swojej taktyki walki. A to zmienia wszystko.

Jeśli więc nie planujecie spędzić setek godzin w trybach sieciowych, a EA UFC kupujecie głównie z myślą o turniejach offline, nowa odsłona będzie strzałem w dziesiątkę. Jako gra imprezowa UFC 4 spisuje się znacznie lepiej od poprzedniczki. Wciąż nie tak dobre jak Fight Night Champion, ale trudno rywalizować z ideałem. Do tego z innej dyscypliny sportowej.

Stworzyłem sobie Radzewicza. Kariera jest świetna dzięki treningom i rozwojowi.

Gruby, powolny, z takim sobie zasięgiem i fatalną kondycją. Taki był wirtualny Szymon Radzewicz, gdy zaczynał swoją karierę w UFC. Karierę, która tym razem w wyjątkowy sposób koncentruje się na treningach, utrzymywaniu kondycji oraz przygotowywaniu do walki. Jak mawiał Bruce Lee: jak trenujesz, tak będziesz walczył. Popularny cytat jest również mottem trybu kariery, w którym rankingowe walki to zaledwie część całego modułu dla jednego gracza.

Wiem, wiem, początkowo może to brzmieć strasznie. Przecież w FIFA zawsze pomijacie dni treningowe, nie mogąc się już doczekać samego meczu. W UFC 4 treningu pominąć się nie ta i wbrew pozorom to cholernie dobra wiadomość. Z naszym szkoleniem jest bowiem powiązany system quasi-cRPG, odpowiadający za każdy aspekt naszego awatara: kondycję, siłę, a nawet znajomość poszczególnych ciosów i chwytów.

Wojownik UFC 4 jest jak heros z Dungeons and Dragons.

Sportowiec posiada własną „kartę postaci” złożoną ze statystyk, biernych umiejętności oraz umiejętności aktywnych, które sami wybieramy. Niczym zaklęcia czarodzieja i czarnoksiężnika, gracz przydziela wojownikowi ciosy pod poszczególne przyciski i kombinacje. Każdy z takich ciosów ma własne poziomy wtajemniczenia. Im częściej z nich korzystamy, tym szybciej rośnie nasza biegłość w posługiwaniu się nimi. Trochę jak w TES III: Morrowind.

Najszybszym sposobem na rozwijanie biegłości są właśnie treningi. Podczas nich możemy rozwijać rozmaite ruchy z wysokim dodatkowym modyfikatorem doświadczenia. Po każdym treningu otrzymujemy również punkty, które wydajemy na zakup umiejętności pasywnych, a także powiększania statystyk naszego wojownika. Z kolei nowe ciosy poznajemy, ucząc się ich od innych sportowców. Zapraszamy wojownika na trening, płacimy mu sporo kasy, a ten uczy nas ruchu, który potem możemy przypisać do karty postaci i zwiększać jego biegłość.

System działa zdumiewająco dobrze. Wciąga, motywuje do treningów i sprawia, że zawsze jest coś do zrobienia między walkami. Mój Radzewicz rozwinął się niczym larwa motyla, zamieniając z pokraki w czterogwiazdkowego weterana klatki. Zdobyłem pas UFC, a potem broniłem go walcząc z takimi legendami jak Daniel Cormier czy Francis Ngannou. Do trybu kariery powracam po dziś dzień, walcząc o pierwsze miejsce z kolejnymi pretendentami.

Co zamiast Ultimate Team?

Electronic Arts ma za sobą fatalny, kompromitujący epizod, w którym wydawca próbował wcisnąć moduł Ultimate Team do wszystkich swoich produkcji, od serii UFC po Dragon Age. Kierownictwo EA wskazywało podległym studiom deweloperskim przykład FIFA i tego, ile ta seria zarabia na mikro-transakcjach. Ci na górze oczekiwali, że inne marki będą zarabiać podobne sumy przy użyciu podobnych mechanizmów. To nigdy się nie udało, ale EA zabiło w ten sposób wiele świetnie zapowiadających się projektów.

Na szczęście ktoś w megakorporacji poszedł po rozum do głowy i dał podległym studiom więcej swobody twórczej. Dzięki temu z UFC 4 wypadł tryb Ultimate Team, który i tak pasował do tej serii jak pięść do nosa. Zamiast tego w grze pojawia się sieciowa liga UFC z globalnym rankingiem, pozbawiona mikro-transakcji, nachalnych reklam oraz paczek z losową zawartością. Jest prościej, jest przejrzyściej i jest bardziej kameralnie. Dzięki temu UFC 4 nabiera własnej tożsamości, własnego charakteru. To gra od fanów MMA dla fanów (również niedzielnych!) MMA, bez próby udawania czegoś, czym nie jest.

Jedyne mikro-transakcje dostępne w grze dotyczą zawodników premium oraz elementów kosmetycznych. Za paywallem znalazł się m.in. Bruce Lee (w kilku kategoriach wagowych) oraz Tyson Fury. Jeśli zaś chodzi o kosmetykę, tutaj producenci naprawdę sobie pofolgowali. Neonowa odzież, arena w ogrodzie za domem, średniowieczne hełmy - jest na co wydawać wirtualną walutę zarobioną w modułach online i offline, a także kupioną za prawdziwą gotówkę.

Tylko ta grafika…

Nigdy nie sądziłem, że to właśnie ringowa bijatyka EA będzie podawana za wzór archaicznej, odstającej od dzisiejszych standardów oprawy wizualnej. W czasach Xboksa 360 oraz PlayStation 3 tego typu tytuły były wzorowymi benchmarkami, jeśli chodzi o szczegółowość modeli wojowników. EA Sports stosowało prostą sztuczkę „ciemnego tła” na arenie, dzięki czemu większość zasobów konsol była przeznaczana na wielokąty sportowców. Do teraz pamiętam zachwyty nad modelami w Fight Night.

Od tamtych czasów minęła już dekada, a bijatyki EA jak gdyby stanęły w miejscu. Co prawda wirtualni sportowcy przypominają swoich prawdziwych odpowiedników, ale oprawie bliżej jest do najnowszej FIFY na Nintendo Switchu niż współczesnej wysokobudżetowej produkcji. Archaiczna oprawa, usunięcie modułu Ultimate Team i mała liczba nowych elementów pozwalają mi przypuszczać, że UFC 4 było robione po kosztach. EA zrezygnowało z oczekiwania wielkich przychodów z serii, ale również przestało przeznaczać na nią wielkie budżety produkcyjne. Trochę szkoda, bo Czwóreczka posiada wspaniałe filary. Nieco za mało jest w niej samego mięsa, ale fundamenty są stabilne jak nogi kickboxera.

Największe zalety:

  • Nareszcie łatwa walka w parterze
  • Brak trybu Ultimate Team
  • Kariera dla jednego gracza
  • System treningów i rozwoju
  • Lokalne turnieje offline
  • Królowa domówek

Największe wady:

  • Archaiczna oprawa wizualna
  • Mało zawartości
  • Dyskusyjny balans sportowców
  • Gdzie mój Right Night? :(

Świetna gra imprezowa, znośna gra w parterze, lepszy produkt niż poprzednia odsłona i solidny pomysł na kampanię - to filary UFC 4, dzięki którym każdy fan walk w klatach będzie zadowolony z najnowszej odsłony. Nie, żeby miał jakieś wyjście, gdy Electronic Arts posiada wyłączność licencyjną UFC.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst