Gry  / Artykuł

Prawie 400 godzin z Animal Crossing. Redakcyjne spotkanie uzależnionych od sadzenia drzew i łowienia ryb

Finito. Praca ku chwale Spider's Web została na dzisiaj zakończona. Można złapać oddech, przeciągnąć się i… ruszyć do kolejnej pracy. Animal Crossing: New Horizons to nie jest zabawa. To jest codzienna orka na połowę etatu.

Przecież owoce same się nie zbiorą, ryby nie złowią, a chwasty nie wyplewią. Trzeba jeszcze spłacić kolejny kredyt u Pana Nooka.

Ponad 100 godzin. Tyle spędziłem z grą Animal Crossing: New Horizons na konsoli Nintendo Switch. To tak, jak gdybym przez ponad cztery dni leżał i patrzył w sufit. Czy było warto? Jak cholera. Czy potrzebuję pomocy? Jak cholera. Nie potrafię się jednak oderwać od tej skromnej wizualnie, opartej na prostych mechanizmach aplikacji. Zresztą, nie tylko ja. ACNH kilka dni temu pobiło światowy rekord. To najszybciej sprzedająca się gra konsolowa w cyfrowej dystrybucji. W historii. Żadne GTA, żadne RDR i żaden CoD nie ma startu.

Komercyjny sukces Animal Crossing: New Horizons to kolejny przykład na to, że w grach wideo wcale nie chodzi o teraflopy i rozdzielczości. Jednak w przeciwieństwie do innych ponadczasowych gier Nintendo, od tej wyjątkowo nie potrafię się oderwać. Jeśli nie zajrzę chociaż na kilka minut na swoją wyspę, czuję się nieswojo. Czuję, że coś mnie omija. Wszystko to wina misternie zaplanowanego zegara światowego, zsynchronizowanego z czasem za oknem. Jeśli nie uruchamiałeś Switcha w ostatni wtorek, to automatycznie tracisz dzień w Animal Crossing. A czas to pieniądz.

Zwłaszcza, gdy masz na karku wirtualnego kredytodawcę - Pana Nooka.

Na czym polega fenomen Animal Crossing: New Horizons?

Pod względem rozwoju postaci, możliwości budowania czy projektowania wnętrz gra jest obiektywnie mniej dopracowana niż The Sims. Z perspektywy zarządzania wyspą i budowania aglomeracji tytuł ma się nijak do Tropico, SimCity czy Cities: Skylines. Porównania do symulatorów polowania czy Minecrafta nawet nie trzeba dokonywać. Biorąc pod uwagę sam kod, same możliwości, same spektrum działania, ACNH jest mniejsze i węższe od innych gier na rynku. Jednak to nie tamte gry biją rekordy sprzedaży, a właśnie Animal Crossing.

Szaleństwo związane z ACNH dopadło nie tylko mnie. Chociaż mam już ponad 100 godzin w świecie gry, moi redakcyjni koledzy i koleżanki są niewiele w tyle. W wir pożyczek Toma Nooka dała się porwać m.in. Asia Tracewicz - prowadząca serwisu Rozgrywka.blog, nasz spec od fotografii Marcin Połowianiuk, poważny ojciec, mąż i programista Hubert Taler, a także wyznawca kultu Tima Cooka - Piotr Grabiec. Różne osoby, różne profile, różne historie. Ten sam garb wyhodowany od pochylania się nad Nintendo Switchem, sadząc kwiatki na wirtualnej wyspie. Postanowiłem spytać moich redakcyjnych przyjaciół, gdzie jest jakaś logika w tym szaleństwie. Co takiego ma ta gra? Dlaczego tak trudno się od niej oderwać? Gdzie tkwi fenomen?

Pierwsze redakcyjne posiedzenie nieanonimowych uzależnionych uważam za rozpoczęte. Zdaje się też, że mamy jakiegoś nieproszonego gościa!

Piotr Grabiec, skromne 50 godzin w grze. Wyspa: Falenica

Mój wynik może nie jest tak imponujący, jak u Szymona oraz pozostałych członków naszej redakcji, ale to głównie dlatego, że swój wolny czas muszę dzielić teraz pomiędzy Animal Crossing i Fire Emblem, do którego niedawno powróciłem (i w które też wsiąkłem jak w bagno). Cierpią na tym oczywiście moje pozostałe dwie “duże” konsole, których od przeprowadzki na Wyspę - nazwaną na cześć mojej rodzinnej miejscowości, bo dopiero później wpadłem na znacznie lepsze pomysły nawiązujące do Domu z papieru, a nazwy zmienić się nie da - praktycznie nie odpalam.

Falenica graniczy na północy z Miedzeszynem, na południu z miastem Józefowem. Jej zachodnią granicę stanowi Wisła. Falenica jest położona w otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Leży na tzw. linii otwockiej – ciągu miejscowości położonych przy szlaku kolejowym w kierunku Lublina.

Co ciekawe, w życiu bym się nie podejrzewał, że będę poświęcał czas na handlowanie rzepą (w minioną niedzielę nawet nastawiłem budzik, żeby nie przegapić odwiedzin Daisy…) oraz sadzenie wirtualnych kwiatków, tak jak nigdy nie umiałem się zmusić do Minecrafta i nie budowałem baz nawet w ostatnich Falloutach, a tu proszę - cóż za miłe zaskoczenie! Wykonywanie w Animal Crossing tych wszystkich niby głupiutkich aktywności, wbijanie osiągnięć i zbieranie mil jest... odprężające. New Horizons przypomina mi pod tym względem nieco niedocenionego Mad Maksa, w którym woziłem się czasem bez celu po pustyni, bo mnie to relaksowało, a także ostatnie dwa Assassin’s Creedy, gdzie miło spędzałem czas zerując metodycznie znaki zapytania na mapie.

Oczywiście nie ma róży bez kolców, bo kilkakrotnie miałem ochotę rzucić w ścianę Switchem, gdy mój awatar znowu zebrał kwiatki zamiast kopać dołek. Zarządzanie ekwipunkiem jest zaś znośne tylko na tle absolutnie archaicznego systemu multiplayer, ale co z tego - szykowanie tej wyspy i odwiedzanie się nawzajem ze znajomymi daje masę frajdy, która przykrywa wszystkie niedogodności. Tyle dobrego, że nie ma tu mikropłatności, bo bym chyba zbankrutował. W przeciwieństwie do Marcina, który jest naszym redakcyjnym podróżnikiem w czasie, nie stać mnie jeszcze na ani jeden dodatkowy most, a kredyt za 500 tys. dzwoneczków ciągle leży niespłacony, bo zamiast biec do borsuka Nooka z sakiewkami w garści, gram oszczędnościami na rzepowej giełdzie...

Hubert Taler, 65 godzin w grze, Wyspa: Talerowo

New Horizons nie jest moją pierwszą grą z serii Animal Crossing, wiedziałem więc mniej więcej, czego się spodziewać, i z przyjemnością powitałem trochę znajomych elementów. Jak mógłbym jednym zdaniem wytłumaczyć fenomen tej gry komuś, kto w nią nie grał? Wyobraź sobie grę na urządzenia mobilne, w której sztucznie wprowadzone są ograniczenia treści - po prostu niektóre rzeczy możemy zrobić dopiero kolejnego dnia, która polega na dekorowaniu wyspy, kontaktach z NPC i na zbieractwie. A teraz usuń z niej wszelkie mikropłatności i wprowadź wątek ekonomiczny. Właśnie stworzyłeś AC: New Horizons, grę szalenie minimalistyczną ale bardzo wciągającą.

Gra zawsze pozostawia niedosyt, ale prawie zawsze obiecuje coś na kolejny dzień, więc zaglądamy tam ponownie. Jej sporą zaletą jest właśnie to ograniczenie - AC:NH nie próbuje zostać twoją główną grą na wiele godzin. Bardzo podoba mi się też tzw. wsparcie posprzedażowe - twórcy mają zaplanowane różne zdarzenia i festiwale w świecie gry, które mogą przyciągnąć ponownie znudzonych graczy. Przykładowo: majowy labirynt (znany z odsłony New Leaf), stworzony za pomocą dostępnych każdemu środków był świetną zabawą. Już oczami wyobraźni widzę, jak niektórzy gracze będą próbować budować takie rzeczy na swoich wyspach. Natomiast największą wadą: naprawdę uboga interakcja z przedmiotami i otoczeniem.

Joanna Tracewicz, ponad 80 godzin życia grania. Wyspa: Chill Land

Myślisz, że ogarniasz swoje życie, bo masz mieszkanie, względny porządek, zarabiasz pieniądze i spłacasz regularnie kredyt? Nie rozśmieszaj mnie. Nic nie wiesz o PRAWDZIWYM życiu. A to toczy się na wyspie. Na mojej wyspie, Chill Land. Niech ta nazwa cię nie zwiedzie. Kiedy ją wybierałam, też myślałam, że gra w Animal Crossing: New Horizon na Nintendo Switch będzie zabawą. Bułką z masłem. Odstresowującym elementem dnia. Przecież to raj! Okolicę porastają piękne kwiaty, drzewa owocowe, a ląd otaczają wspaniałe plaża i ocean. To fasada. Tom Nook tylko czyha na twoje pieniądze i twój czas. I nagle okazuje się, że sadzenie kwiatów i drzew, zbieranie muszli, przekopywanie wyspy, łapanie motyli i ryb to ciężka orka tylko po to, żeby spłacać kolejne kredyty zaciągane u Nooka w setkach tysięcy belli, czyli ichniejszej walucie.

Pomyślisz, gdzie w tym wszystkim zabawa? Sama się nad tym zastanawiam, ale satysfakcję daje każdy złapany motyl, wykopana skamielina czy zestrzelony balonik, do którego przyczepiony jest prezent. Największą frajdą w tej grze jest odkrywanie świata i nowe niewiadome. Każdy dzień może przynieść coś innego – pojawi się ktoś nowy na wyspie, może mieszkaniec, a może handlarz, odkryjemy nowe gatunki roślin i zwierząt, a także zdobędziemy nowe przedmioty, którymi będziemy przystrajać wyspę i swój dom. Lubię gry, które pozwalają coś tworzyć, rozwijać świat, bohaterów – lata temu zagrywałam się w The Sims, Spore, Twierdzę, RollerCoaster Tycoon, Theme Park. Tak, to było dawno temu. A teraz mam Animal Crossing: New Horizon.

Marcin Połowianiuk, ponad 80 godzin w grze. Wyspa: Bali

Miało być na chwilę, trochę z kaprysu, trochę z ciekawości (Switcha mam od niedawna), trochę na fali hype’u obserwowanego w mediach społecznościowych. Nie wiedzieć kiedy minęło pierwsze 40 godzin, po których gra zmieniła się diametralnie wraz z możliwością terraformowania wyspy. Nowe funkcje wciągnęły mnie na kolejne 40 godzin.

To był dobry czas. Animal Crossing zastąpił u mnie bezmyślne scrollowanie mediów społecznościowych, zwłaszcza, że grę można włączyć równie dobrze na godzinę, co na 10 minut. Zamiast chwili bezmyślnego gapienia się w smartfon, włączałem ACNH i miałem poczucie, że coś buduję. Rozgrywka wiele zyskała na tym, że w redakcji SW gramy w kilka osób, odwiedzając się, wysyłać sobie przedmioty, itd. Taki społecznościowy aspekt dodaje smaku.

Największe zalety? Prostota, sielankowy klimat, niespieszne tempo. Największe wady? Powtarzalność i brak pomysłu na nowe mechaniki wzbogacające rozgrywkę. Po 80 godzinach mam już rozbudowany dom oraz całą wyspę i… wręcz nie wiem, co jeszcze mógłbym zrobić. Poczekam na nadchodzące aktualizacje dodające nową zawartość i być może tytuł zyska nowe życie. A jeśli nie, i tak było warto!

Dawid Kosiński, 0 godzin w grze. Wyspa: Brak

Nie spędziłem w tej grze nawet minuty, a mimo to wiem, że musi być rajem każdego zbieracza. Widzę to po swojej drugiej połówce. Trudno oderwać ją od konsoli i spędza przy niej zdecydowanie za dużo czasu. Kiedy ja kładę się spać, ona porządkuje wyspę, kiedy ja robię śniadanie, ona łowi ryby, a kiedy ma krótką chwilę przerwy na Home Office, oczywiście siedzi z konsolą.

Normalne 30-latki mają dom, dzieci, kredyt na głowie. Moja ma wyspę na Nintendo i poświęca na dbanie o nią kilka godzin dziennie. To chore uzależnienie, od którego uwolnić może tylko rozładowany akumulator Switcha. Reasumując, mam dość tej gry, mam dość tej konsoli, wreszcie mam dość głosu Asi Tracewicz, który ostatnio słyszę zbyt często, bo przecież kwestia ceny rzepy na wyspie wymaga omówienia z koleżanką. Przez telefon. W trybie głośnomówiącym. Argh.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst