Gry / Felieton

Dostajesz namiot i dług do spłacenia. Ekonomia w Animal Crossing: New Horizon jest niepokojąco realistyczna

Zaskakującym wygranym sytuacji związanej z koronawirusem jest gra Animal Crossing: New Horizon. Ta minimalistyczna gierka zdobyła chyba więcej zagorzałych zwolenników, niż na to zasługuje. Być może to właśnie ciekawy efekt psychologiczny towarzyszący izolacji, jakiej się wszyscy poddaliśmy.

W czasach niepewności i przymusowego siedzenia w domu, dobrze jest mieć coś prostego, powtarzalnego i przynoszącego satysfakcję. To właśnie daje od lat seria Animal Crossing. Jednak po raz pierwszy w nowej odsłonie, otrzymujemy zupełnie pustą, egzotyczną wyspę, którą musimy zasiedlić.

To doskonała metafora pionierskich czasów Ameryki, w trakcie których przedsiębiorczy ludzie brali się za tworzenie czegoś z niczego i pokonywali trudności w postaci dzikiej przyrody i chorób. Jednak ta sielankowa opowieść o pionierach ma drugie, nieco niepokojące dno.

Stałą postacią występującą w grach z serii Animal Crossing jest Tom Nook. Tom Nook to przedsiębiorczy tanuki, czyli jenot azjatycki.

W New Horizon Tom jest twórcą, właścicielem, i szefem Nook Inc. - firmy, która wysyła za opłatą naszego bohatera (jedynego człowieka pośród postaci) na bezludną wyspę. Kieruje tam też rozwojem wyspy i działaniami poszczególnych postaci.

Zaraz po przybyciu, nasz bohater otrzymuje namiot i dług do spłacenia. Bo przecież Nook Inc. przywiozła go na wyspę! Po kilku dniach zasuwania w pocie czoła przy karczowaniu drzew, zbieraniu owoców i łowieniu ryb, otrzymujemy mały domek oraz kolejną hipotekę. Sytuacja bycia ciągłym dłużnikiem Nooka jest stałym tematem gry.

Nook prowadzi też wszystkie sklepy na wyspie, oraz jedyne lotnisko.

Cokolwiek robimy czy kupujemy, płacimy Nook Inc. Oprócz typowej dla serii Animal Crossing waluty bells, za niektóre towary płacimy specjalnymi kuponami o nazwie Nook Miles. Nie, żeby ten szop był jakimś megalomanem, prawda?

W pewnym momencie, w trakcie gry, palce zamarły mi na kontrolerze i przypomniała mi się klasyczna piosenka z lat 40. - Sixteen Tons. Utwór o górniku, który mimo przerzucenia tytułowych 16 ton węgla jest z kasą do tyłu, bo wszystko musiał zostawić w tzw. company store - sklepie firmowym. I owe my soul to the company store.

I wtedy mnie olśniło - przedsięwzięcie naszego dzielnego szopa to właśnie taka kopalnia z początku XX wieku.

Według Wikipedii, sklepy firmowe, było to typowe zjawisko z czasów „dzikiego kapitalizmu”, w branżach w których pracownicy nie mieli żadnych praw i byli łatwo zastępowalni. Do cech tego zjawiska należało:

  1. sprzedaż za kupony i inne bony bez wartości poza firmą
  2. zatrudnienie i własność sklepu jest tą samą firmą, która zatrudnia klientów
  3. odległa lokalizacja, uniemożliwiająca robienie zakupów gdzie indziej
  4. windowanie cen tak, aby pracownik musiał ciągle odpracowywać swoje zakupy (jak mówi polskie anonimowe tłumaczenie piosenki „Co dzień szesnaście ton, I co z tego mam? Tym więcej mam długów. Im więcej mam lat.”)
  5. mieszkanie jest pracownikowi wynajmowane przez firmę, i potrącane z pensji.

Oczywiście tak skonstruowane przedsięwzięcia nie są jedynie przeszłością. Nie tak dawno temu czytałem, że w podobny sposób zdarza się wciąż nabierać pracowników sezonowych, zajmujących się np. zbiorem truskawek we Włoszech. Odległa lokalizacja, brak innych sklepów i możliwości noclegu, a często pozbawienie pracowników dokumentów (Nook też cię z wyspy nie wypuści), sprzyja możliwości zorganizowania sobie własnego company store.

Nie wiem, jak wam, ale mi to przypomina świat gry, w której większość moich znajomych lubi się ostatnio codziennie zagrywać.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst