Gry  / News

Prawie pół godziny z Beyond Good & Evil 2 budzi we mnie więcej obaw niż nadziei

Czy to na pewno jest sequel Beyond Good & Evil, na który czekaliśmy?

Zauważam, że im głębiej w produkcyjny las wyczekiwanego latami Beyond Good & Evil 2, tym trudniej mi się tą grą cieszyć. Od początku mam wrażenie, że Michel Ancel wraz z resztą ekipy Ubisoftu ma zupełnie inną wizję tego, jak powinien wyglądać sequel klasyka z 2003 roku.

Okej, świetnie wyreżyserowane zwiastuny CGI robią wrażenie, ale co z tego, jeśli to tyko CGI? I co z tego, że na jednym z nich widzę zaskakująco złowieszczą Jade, jeśli historia i tak ma być prequelem, a ja wcielę się w pozbawioną charyzmy, wygenerowaną przez siebie postać? Pełnokrwisty, dwudziestopięciominutowy pokaz rozgrywki, którym ostatnio podzielił się Ubisoft, tylko pogłębił moje obawy.

Z jednej strony wszystko, co tam widzimy, robi wrażenie. Oto dwójka deweloperów roztacza przed nami wizję potężnej gry w otwartym świecie, stawiającej na jak najpełniejsze zrealizowanie fantazji bycia gwiezdnym piratem. Sami tworzymy naszą postać, wybierając jej rasę, płeć i umiejętności. Sami tuningujemy nasz statek i wybieramy swoją załogę.

Skala gry jest przytłaczająca.

W demie zaczynamy od wnętrza świątyni w sercu wielkiej metropolii. Potem wychodzimy na ulice miasta, przemierzając je latającym skuterem. Później przesiadamy się do naszego statku i lecimy w kosmos. Bez absolutnie żadnego ekranu ładowania, w ciągu kilku sekund, jesteśmy na orbicie planety i możemy obejrzeć jej kontynenty pełne mniejszych miast, placówek i zadań. Na koniec natomiast deweloperzy oddalają kamerę i pokazują, że ta ogromna planeta to zaledwie jedna z wielu planet układu słonecznego, który twórcy oddają do naszej dyspozycji. Na każdej z nich znajdziemy kolejne miasta, krajobrazy, zadania. Wszystkie te ważne miejsca będą też przygotowane ręcznie.

Czuć, że twórcy są dumni z wielkości tego uniwersum i wolności, jaką nam oddają - zarówno w kwestii eksploracji, jak i tego, co akurat chcemy robić. Pokazują walkę rodem z action RPG opartą na specjalnych zdolnościach, prezentują, jak działa policja (bo i na nią jest tutaj miejsce), wspominają o cyklu dnia i nocy czy najróżniejszych zadaniach pobocznych...

I normalnie oglądając coś takiego, chyba nawet bym się podekscytował. Jeśli bowiem połączyć fundusze i możliwości Ubisoftu z wizją artystyczną Ancela i spółki, tak absurdalnie ambitny projekt może się rzeczywiście udać. Jest taka szansa.

Tylko gdzie jest nasza kameralna historia?

Z Beyond Good & Evil najlepiej pamiętam Jade i jej świńskiego przyjaciela, relację między nimi, niezwykle klimatyczny świat i intrygę, którą próbujemy rozwikłać jako zwykła, odważna dziennikarka. Wszystko tam miało o wiele mniejszą skalę, było starannie przygotowaną opowieścią o konkretnej bohaterce. Tutaj natomiast dostajemy rozbuchany symulator gwiezdnego pirata z pierdyliardem kilometrów kwadratowych do zwiedzenia, z całym kosmosem, edytorem postaci i generalnie bardzo otwartą filozofią. Przy pierwszych dwudziestu pięciu minutach rozgrywki deweloperzy próbują pokazać mi jak ambitny jest to projekt, ale ja myślę tylko: gdzie jest moja historia? Moje charyzmatyczne postacie? Co mnie obchodzi ta kosmiczna piaskownica, GTA w kosmosie?

Nie mówię nawet, że tych rzeczy, których mi brakuje, nie będzie. Nie wykluczam, że Beyond Good & Evil 2 będzie miało jeszcze lepszy scenariusz niż jedynka. Ale niepokoi, że to nie na tym skupiają się pierwsze pokazy, że deweloperzy zdają się ekscytować zupełnie innymi aspektami swojej gry.

No dobrze, jest jedna rzecz, która na tym etapie naprawdę robi na mnie wrażenie - Ganesha, niezwykle urokliwe miasto z pokazu. Oglądając je, mam poczucie, że jest to faktycznie metropolia z uniwersum Beyond Good & Evil. Świetne wrażenie robią choćby murale, będące częścią akcji, w której artyści z całego świata mogą zgłosić swoje prace do gry. Dzięki temu już na tym wczesnym etapie miasto ma swój wyjątkowy charakter. Oddycha. Jeśli pozostałe miejscówki utrzymają taki poziom i zostaną wypełnione twórczością utalentowanych fanów, to końcowy efekt faktycznie może zrobić kolosalne wrażenie.

Drogi Ubisofcie - pokaż mi jakąś misję fabularną, jakieś interakcje między postaciami.

Coś, co udowodni, że Beyond Good & Evil nie wpadło w waszą maszynkę, która przemiela wszystko na mdłą grę jako usługę z otwartym światem i multiplayerem. Tutaj póki co twórcy na szczęście podkreślają, że funkcje wieloosobowe są kompletnie opcjonalne i gra pozostaje doświadczeniem przede wszystkim dla pojedynczego gracza. Oby nie było to tylko cukrowaniem. Tego dowiemy się jednak w dalekiej przyszłości, bo przed Beyond Good & Evil 2 najprawdopodobniej jeszcze długa droga do półek sklepowych.

I dobrze, niech się nie śpieszą. Niech to rzeczywiście będzie tak niesamowita gra, jaką lata temu wymarzył sobie Michel Ancel. Niech to będzie Beyond Good & Evil.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst