Tech  / Felieton

Nie ma dziś żadnego powodu, by artysta nie zarabiał. Są tysiące powodów, by nie tworzył

Często myślę sobie, że zmiany, jakie nastąpiły w technologiach na przestrzeni ostatnich 10 lat, szczególnie upowszechnienie się Internetu, to największe błogosławieństwo, jakie spotkało artystów i kastę „kreatywną”. Z drugiej strony… nic nie jest tak skuteczne w mordowaniu kreatywności, jak Sieć i nowe technologie.

Internet i dostępność niezbędnych narzędzi na wyciągnięcie ręki sprawił, że artyści nie muszą nikogo prosić o pozwolenie, by docierać ze swoją twórczością do tłumów.

Pisarz nie potrzebuje wydawcy, by opublikować swe opowieści. Ma przecież Sieć i mnogość opcji self-publishingowych.

Muzyk nie potrzebuje już kontraktu z wytwórnią. Większą bazę fanów zbuduje na YouTubie.

Malarz/grafik nie musi już trzymać zaciśniętych kciuków, że jego obrazy przygarnie pobliska galeria i zarekomenduje je innym. Może sam pokazać swą twórczość w Sieci i tym samym kanałem pozyskiwać klientów.

Kreatywni nie muszą już szukać mecenatu i instytucyjnych grantów. Jeśli zbudują wokół swej twórczości społeczność, to ona będzie ich najlepszym mecenasem.

Aspirujący rzemieślnicy sztuk wszelakich nie muszą już zabiegać o miejsce w drogich, prestiżowych szkołach, by nauczyć się rzemiosła. Internet sprawił, że cała wiedza tego świata dostępna jest na wyciągnięcie ręki.

Zaawansowane technologie pozwalają tworzyć bez konieczności wydawania setek tysięcy złotych na drogi sprzęt, zajmowania wielkich przestrzeni na miejsce do pracy czy noszenia ze sobą kilogramów ekwipunku.

Internet i technologie stworzyły niespotykane wcześniej możliwości. Jednocześnie… stając się największym wrogiem kreatywności.

Przez Internet i media społecznościowe spędzamy więcej czasu konsumując treść, niż ją tworząc.

Czytamy setki niewiele wnoszących tekstów dziennie, zamiast napisać jeden wartościowy, własny.

Spędzamy długie godziny w odmętach YouTube’a, zamiast tworzyć i nagrać własną muzykę.

Zatracamy się w cudzym życiu i podglądamy cudze zdjęcia na Instagramie, zamiast wyjść z domu z aparatem i uwieczniać własną rzeczywistość.

Przewijamy obrazki ze śmiesznymi podpisami, a szczytem wizualnej kreatywności staje się mem.

Zamiast poświęcać czas tworzeniu, poświęcamy go niezliczonym godzinom porównywania narzędzi pracy, w poszukiwaniu nieistniejącego ideału.

W końcu… widząc, jak wiele już zostało zrobione i jak zaszumiona jest współczesna kultura, popadamy w zwątpienie, czy jest jeszcze w ogóle sens tworzyć cokolwiek.

Internet otworzył artystom drzwi, za przejście przez które trzeba było dotąd słono zapłacić. Technologie dały im możliwości, o jakich nie śniło się poprzedniemu pokoleniu.

I choć stworzyć coś jest dziś łatwiej, niż kiedykolwiek, to stworzyć coś jest też dziś trudniej, niż kiedykolwiek.

Dlatego Internet i nowe technologie są zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem współczesnego artysty.

A przecież nastały piękne czasy dla ludzi kreatywnych. Nie ma dziś żadnego powodu, by nieznany nikomu malarz z Pcimia Dolnego stał się światowej sławy osobowością, publikując owoce swojej pracy w mediach społecznościowych. Nie ma też żadnego powodu, by nie zakopać w ziemi terminu „głodujący artysta”, bo dziś twórcy nie muszą być od nikogo zależni i czekać na czyjekolwiek przyzwolenie, by zacząć zarabiać na swoich dziełach.

Każdy twórca, z odpowiednią dozą samozaparcia i chęcią przyswojenia podstaw prowadzenia biznesu może zarabiać na swojej sztuce. Kasta kreatywna na całym świecie nigdy nie miała się lepiej. Nie wierzysz? Zajrzyj np. na stronę The Abundant Artist, prowadzoną przez Cory’a Huffa, gdzie setki artystów dzi0elą się swoimi sposobami na zarabianie w Internecie. Najlepsza część? O tych zarabiających najlepiej prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś, bo są tak zajęci swoją pracą i realizacją zamówień na dzieła, że nie mają czasu na brylowanie w mediach.

To dzięki Internetowi artyści wszelkich dziedzin są wstanie budować wokół siebie społeczność oddanych fanów i bazę odbiorców chętnych zapłacić za wszystko, co stworzą. I nie mówimy tu o gronie liczonym w milionach; czasem wystarczy niewielka, ale oddana grupa ludzi skupionych wokół artysty, by ten mógł spokojnie tworzyć, zarabiać na swej twórczości i wpływać nią na innych.

I pomimo tego, że Internet składa się w 99 proc. z szumu, a w 1 proc. z wartościowych treści, nawet pośród odbiorców tego jednego procenta każdy artysta tworzący dzieła warte uwagi (to podstawowy warunek!) może stworzyć swoje miejsce i znaleźć swoich fanów. A stamtąd iść dalej. To błogosławieństwo Internetu.

Niestety, szum bywa przytłaczający.

Przekleństwem Internetu jest jednak nieustanny strumień zalewającej nas treści, która… cóż, w znakomitej większości nie jest warta uwagi. Nic więc dziwnego, że staje się tylko szumem tła, przez który mniej lub bardziej bezmyślnie się przeklikujemy, buszując godzinami w mediach społecznościowych.

Takie natężenie szumu sprawia, że artysta, choć ma tak wiele opcji, musi włożyć dużo więcej pracy w to, by przebić się przez tło. Dołączyć do tego jednego procenta wartościowych treści w Sieci. Niestety, wielu artystów nie potrafi tego zrobić. Albo poddają się w połowie drogi, albo nawet nie próbują się przebić, uznając z góry, że są skazani na porażkę. Że za nic nie będą w stanie znaleźć odbiorców dla swej sztuki.

Łatwo jest uznać, że przy takim natężeniu treści świat nie potrzebuje kolejnej książki, kolejnego obrazu, kolejnego zdjęcia i kolejnych piosenek. Może po części to prawda, ale idąc dalej tym tropem… już przed erą Internetu ludzkość wygenerowała więcej dóbr kultury, niż ktokolwiek jest w stanie skonsumować w całym swoim życiu i już w ubiegłym stuleciu, szczególnie na rynku wydawniczym, mówiło się o przesycie nowych pozycji.

I chociaż dziś liczba powstających treści jest jeszcze bardziej zmultiplikowana, to ma też znacznie większy zasięg. Szczególnie że sztuka nie zna bariery językowej, tak jak Internet.

Internet może być zaszumiony, może być pełen śmieci, ale stwarza też możliwość docierania z treściami do wszystkich krańców świata. Dziś malarz nie jest uwiązany do galerii sztuki w swoim mieście. Muzyk nie musi jechać do Nashville, by rozpocząć międzynarodową karierę. Internet sprawił, że swojej wiernej rzeszy fanów artysta może szukać gdziekolwiek na świecie.

Nie da się zliczyć przypadków, kiedy np. youtuberzy tworzący w Stanach Zjednoczonych w ogóle nie są oglądani w Ameryce. Mają za to przebogatą bazę odbiorców w krajach azjatyckich czy bliskowschodnich.

Ilu jest artystów, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w Polsce, ale wystarczyło im przyjęcie anglojęzycznego brandu, by dotrzeć do społeczności w innych regionach świata? Ile razy natrafiłeś na niesamowitą muzykę/obraz/zdjęcie by się przekonać, że stworzył je ktoś żyjący po drugiej stronie globu, o którym bez Internetu nigdy byś nie usłyszał?

Nie ma dziś wymówek, by nie tworzyć, nie docierać ze sztuką do ludzi i nie zarabiać na swoich dziełach. I zarazem istnieje mnóstwo wymówek, by nie tworzyć, nie docierać ze sztuką do ludzi i nie zarabiać na swoich dziełach.

Facebook.

Twitter.

Instagram.

Snapchat.

9gag.

YouTube.

[Wpisz dowolne].

Każde z powyższych może być niesamowicie użytecznym narzędziem w rękach sprawnego artysty/biznesmena, które pozwoli mu żyć dostatnio ze swych dzieł i budować wokół siebie oddane grono fanów.

A jednocześnie każdy adres, jaki wpisujemy w pasek przeglądarki, może być równocześnie wymówką, by dać się pochłonąć istniejącym 99 proc. treści i popaść w marazm, zamiast dołożyć się własną twórczością do jednego procenta, który pozostawi po sobie w odbiorcy coś więcej, niż tylko echo kliknięcia myszki.

Nie ma dziś żadnego powodu, by artysta nie zarabiał. Są tysiące powodów, by nie tworzył.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst