Tech  / Felieton

Piotr Lipiński: ODKRYŁEM ŻYŁĘ ZŁOTA, czyli poczytaj mi Deezerze

Nic tak bardzo nie cieszy, jak wygrana na loterii. Zwłaszcza, gdy nie kupiło się losu.

Dwa lata temu nieoczekiwanie dowiedziałem się, że do mojego abonamentu „komórkowego” Orange dorzucił Deezera. Gratis. Ucieszyłem się jak dziecko na widok pokoju wypełnionego Xboksami piętrzącymi się na Playstationach i Nintendach.

Łatwo powiedzieć, że w tym momencie mój kupon nie był wcale darmowy. Przecież płaciłem co miesiąc za telefon. Ale rzecz była bardziej złożona. Kiedy kilka tygodni wcześniej przedłużałem umowę, nie obejmowała Deezera. Ten pojawił się nagle jak błysk fotoradaru. Objawił się na raz i los, i od razu wygrana.

Przez te dwa lata Deezer stał się moim podstawowym odtwarzaczem muzyki. iTunes płacze w docku, że przestałem go klikać. Płyty CD usychają z żalu na półkach. Winyle wiją się z bólu, że się już chyba nigdy nie zakręcą.

Na dokładkę muzyki słucham więcej, niż kiedykolwiek. Przecież cała siedzi w zasięgu myszki i kilku naciśnięć klawiatury. Wygodniej jeszcze nigdy nie było. Nawet jak w poprzednim wcieleniu byłem sułtanem. Ostatnio Deezer podsumował mój kolejny miesiąc i zalecił, abym udał się do lekarza. Już ja ich znam, pewnie za dużo do mnie dokładają!

Być może dlatego też ukryli przede mną – ale też przed innymi słuchaczami – niezwykłe bogactwo. Jakby się obawiali, że gdy tylko się o nim dowiem, to niechybnie doprowadzę ich do bankructwa. Trzeba więc zakraść się w głębokie czeluści, znać hasło tajemnego sezamu, aby dotrzeć do owego dostatku. A na imię mu: audiobooki.

nowy deezer 05

Przyznam się całkiem szczerze – gdyby mi kolega o nich nie powiedział, w ogóle bym ich w Deezerze nie szukał. Bo nie przyszłoby mi to do głowy. Na zdrowy rozum - gdyby serwisy streamingowe miały chociaż z dziesięć audiobooków, to powinny się tym chwalić na prawo i na lewo. Wszak to cała kategoria treści (po nowemu zdaje się mówiąc: contentu), oprócz muzyki! Skoro Apple potrafi się szczycić, że wynalazło nowy kabelek, to Deezer i Spotify powinny się przekrzykiwać w zachwalaniu, u którego lepiej czyta Barciś.

Serwisy streamingujące nie reklamują jednak audiobooków. Co jest tym bardziej dziwne, że wiele z tych „dźwiękoksiążek” kosztuje na rynku więcej, niż miesięczny streamingowy abonament.

Na dokładkę Deezer i Spotify to serwisy jakby stworzone do „konsumpcji” audiobooków. Po jednorazowym wysłuchaniu pożytku z nich mamy przecież tyle, co ze zużytych znaczków pocztowych. Oczywiście jakiś kolekcjoner może mnie teraz przywołać do porządku i włączyć komputer albo smartfona celem kontemplowania zgromadzonych kolorowych okładek. Albo pochwalić się, że co wieczór odsłuchuje przed snem ulubione fragmenty. Wszystko to możliwe. Nasz świat jest tak dziwny, że nie przylatują do niego żadni kosmici.

Mało jednak, że serwisy streamingowe nie chwalą się audiobookami, to na dokładkę znaleźć je równie trudno jak śrubokręt, gdy tylko jest potrzebny. Audiobooki to w serwisach streamingowych nieodkryte złoża, na widok których czujemy się jakbyśmy trafili na żyłę złota. W Deezerze i Spotify znajdziemy ich setki. Tylko czemu u licha owe serwisy stremingowe traktują audiobooki jak kukułcze jajo? Jakby się wstydziły, że je posiadają? Dlaczego nie ułatwiają życia słuchaczom?

spotify

Nie znajdziemy ich jako jakiejś kategorii, takiej jak płyty czy playlisty. W tej sytuacji przeglądanie na przykład samych horrorów czy kryminałów to marzenie Syzyfa, że mu wprowadzą wolne soboty. Nie wystarczy nawet wpisać w wyszukiwarkę słowo „audioobok”.

Metody na znalezienie są dwie. Albo znamy tytuł i po prostu szukamy według niego. Proste jak wakacje z biurem podróży „Sejm”. Albo - jak radzą źródła Wszystkowiedzącego Internetu - wpisujemy magiczne zaklęcie „polska wersja językowa” i z kapelusza zamiast króliczka Playboya wyskakuje pokaźny zbiór audiobooków. Możemy też jeszcze głębiej sięgnąć do czeluści Internetu i wygrzebać listę.

Niestety korzystając z tych sposobów nie skorzystamy z żadnych podpowiedzi serwisu, sugerujących, jakie audiobooki cieszą się szczególnym powodzeniem.

A przecież w przypadku muzyki to wielka zaleta serwisów streamingowych. Podrzucają słuchaczowi mnóstwo nowości, które mogą mu się spodobać.

Niestety, w przypadku audiobooków znów musimy sięgnąć po pokrętną metodę. Zobaczyć na przykład, co się cieszy popularnością w Audiotece. Przypomina to wyprawę do Media Marktu, żeby pomacać rzecz, którą i tak kupimy później w Internecie.

Potem jest jeszcze gorzej. Obsługa audiobooków w serwisach streamingowych przypomina budowanie domku z kart, kiedy zapomniało się zdjąć rękawice bokserskie. Audiobooki nie zapamiętują miejsca, w którym przerwaliśmy słuchanie. To koszmar z ulicy Wiązów. W przypadku muzyki owo miejsce nie ma szczególnego znaczenia. Ale przy audiobooku to trochę tak, jakbyśmy dostali samochód bez silnika. Albo go puścimy z górki i nie będziemy się zatrzymywać. Albo musimy go wciąż popychać.

nowy deezer 02

I tak właśnie musimy też ręcznie „popychać” audiobooki. Jeśli posłuchamy jakiejś książki, a potem włączymy muzykę, to następnym razem sami musimy znaleźć miejsce, od którego trzeba rozpocząć dalsze słuchanie. A na przykład audiobooki w iTunes zapamiętują to newralgiczne miejsce i automatycznie wznawiają odtwarzanie.

W Deezerze sami musimy to wszystko zrobić – i zapamiętać miejsce, i potem do niego „przewinąć”. Na pamięć znalazłem pokrętne rozwiązanie - gdy przestaję słuchać, robię zrzut ekranu z audiobookiem. Inaczej musiałbym chyba zapisywać na karteczce, a tą przecież i tam zaraz bym zgubił. Przy czym moja metoda jest równie elegancka, jak białe skarpetki do garnituru – zestawienie, które w epoce analogowej spopularyzowali posłowie PSL.

Podsumowując więc sprawę audiobooków w Deezerze i Spotify wypada żałować, że serwisy streamingowe posiadają diamenty, ale nie potrafią ich oszlifować.

Generalnie rzecz biorąc z audiobookami i ze mną coś jednak jest nie w porządku. O co już nie winię streamingowców, ale ogólnie ludzi los. Co prawda w dzieciństwie miałem książeczki z serii „Poczytaj mi, mamo”, ale i tak czytałem je sobie sam. Może dlatego też zaliczyłem kilka podejść do słuchania książek i każde kończyło się jak dzieje Napoleona pod Waterloo. Klęski były tyleż spektakularne, co przewidywalne.

Kiedyś dostałem od wydawcy „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” na płytach. O rany, co to się działo! Jeżdżąc samochodem co jakiś czas traciłem wątek – ewentualnie miałem do wyboru potrącenie wszystkich nieoświetlonych rowerzystów. A zgubienie wątku w tej książce to jakby stracić nić Ariadny w labiryncie. Na płycie ciężko było w czasie jazdy cofnąć do miejsca, w który się zatraciłem. Skończyło się tym, że książki słuchałem głównie na parkingach, gdy na kogoś czekałem.

spotify streaming

Potem próbowałem w samolotach. Z jeszcze mniejszym powodzeniem. Pod koniec pewnej książki zorientowałem się, że słuchałem jej już kilka lat wcześniej, również w samolocie. Opowiadała o katastrofie lotniczej.

Potem jeszcze usiłowałem słuchać audiooboków podczas biegania. Ale szybko zacząłem się obawiać, że jak mnie wciągnie akcja, to skończę pod jakimś samochodem.

Teraz słucham przy treningach na orbitreku. Ale kolega poucza, że powinienem skoncentrować się na ćwiczeniach, bo robię je bezmyślnie. Tylko jak tu poważenie myśleć o machaniu rękami i nogami w jednym miejscu?

Wygląda jednak na to, że w moim przypadku przyswajanie książek jest czynnością niepodzielną. Za bardzo je lubię, aby pozwalać się rozpraszać innym czynnościom.

Prawdę mówiąc doskonałego audiobooka miałem tylko jednego. Dziadka. Oczywiście jako czytającego bajki w moim dzieciństwie.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Część grafik pochodzi z Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst