RTV  / Felieton

Piotr Lipiński: JAK GRAJĄ CHINY, czyli Andy na Himalajach

Kiedy człowiek śpi, śnią mu się genialne rzeczy. Na przykład fenomenalne zdanie: „śmierć cebuli, czyli straszne skutki nocy z piątku na sobotę”. Niestety owa genialność zachwyca najdłużej do momentu, gdy człowiek się obudzi.

Dość często podobną sytuację miewamy w przypadku tanich urządzeń. Cieszą aż do momentu, kiedy płacimy za nie w kasie. W domu po rozpakowaniu pudełka budzimy się z myślą: dlaczego znowu dałem się nabrać? Dlaczego uwierzyłem, że kaszanka to tańszy kawior? Dlaczego ucieszyłem się z wygranych wakacji na Marsie, choć muszę pokryć koszty przelotu? Naiwność ludzka przypomina Wszechświat, który wciąż się rozszerza.

A ja tymczasem miałem wakacje bardzo chińskie. Ale wcale nie dlatego, że wybrałem się do Państwa Środka, choć z przyjemnością bym to zrobił, bo uwielbiam obżarstwo. Niewiele jest miejsc na świecie, gdzie robię to z równą przyjemnością, co w najludniejszym kraju na świecie.

Tym razem jednak Chiny zawładnęły moimi doznaniami nie z gatunku kulinarnych, ale dźwiękowych.

Zaczęło się od chińskich słuchawek Noontec Zoro (co opisałem w tekście). Doświadczenia były tak dobre, że postanowiłem bliżej przyjrzeć się innym dźwiękowym chińskim wynalazkom. Bo jak wówczas zauważyłem, Chińczykom chyba znudziło się kopiowanie i postanowili robić własne, oryginalne a na dokładkę dobre urządzenia.

Powód tego zainteresowania był dość prosty. Moje poważne kolumny marnieją, a ja całymi dniami słucham muzyki z głośników komputerowych. Pogodziłem się z myślą, że źródłem muzyki w najbliższych latach będą inne urządzenia, niż jeszcze kilka lat wcześniej. W kąt idą potężne wzmacniacze, amplitunery, odtwarzacze CD, wielkie kolumny. W ich miejsce panoszą się smartfony i komputery. Cóż, świat się zmienia i po prostu wypada to zauważyć, aby rozpaczać, że dawniej było lepiej. Bo jak wiadomo, niezależnie od wieku, zawsze najlepiej było wówczas, gdy byliśmy młodzi.

muzyka sluchawki spotigy wimp rdio deezer

Ale skoro tak komputerowo wygląda przyszłość, to może warto zastanowić się, jak ulepszyć brzmienie słuchanej codziennie muzyki? Prawdziwy gadżeciarz powinien przecież być w każdej chwili gotów na nowe wyzwania.

Kiedyś muzyka z komputera oznaczała mp3 z bitratem 128 i tandetne głośniczki-„pierdziawki”. Pamiętam pewnego adwokata, który aby zrobić na mnie wrażenie, włączył w laptopie Santanę. Na wewnętrznych głośnikach. Brzmiało to tak, że zęby bolały. Przeżycie musiało być dla mojego słuchu na tyle traumatyczne, że pamiętam go po kilkunastu latach. Ale adwokatowi pewnie się podobało. Tyle, że on miał nawet „komórkę” Ericssona w plastikowej, drewnopodobnej obudowie. Elegancją przypominało to noszenie białych skarpetek do garnituru - modę, którą w Polsce wprowadzili postkomuniści, gdy zapragnęli być światowi. Zresztą na początku lat 90. wszyscy Polacy byli dziećmi. Uczyli się, co to sałatka z cykorii. A później nawet, co to sushi.

Dziś, kiedy urosły dyski twarde i pojawiły się serwisy streamingowe, możemy do woli słuchać muzyki w bezstratnych formatach. A i głośniki, nawet te dedykowane do komputerów, a nie do dużych zestawów, potrafią zagrać całkiem nieźle.

Pora więc sięgnąć do portfela i wyciągnąć parę złotych, żeby było jeszcze lepiej. Tak kombinując trafiłem na chińską firmę FiiO, która produkuje wzmacniacze słuchawkowe. A te przy okazji nadają się też do ulepszenia brzmienia komputerowych głośników aktywnych.

Firma FiiO jest zdecydowanie chińska, co oznacza, że tania. Ale jej produkty są zaskakująco dobre.

Kupiłem najpierw coś, co ma długawą nazwę FiiO E07K Andes. To urządzenie wielkości paczki papierosów. Możemy go podłączyć do smartfona i wówczas odgrywa rolę przenośnego wzmacniacza słuchawkowego. Całkiem dobrego. Spędziłem z nim wiele godzin na wakacjach, choć z reguły wówczas, gdy słuchałem muzyki na plaży albo w hotelowym pokoju. Targać ze sobą nie chciało mi się, choć to pudełeczko jest z założenia przede wszystkim właśnie przenośnym urządzeniem, Dostaniemy do niego w komplecie gumowe wdzianko ochronne a nawet dwie folie zabezpieczające. Bardzo dobrze. Pierwszej - jak zwykle - nie uda nam się dobrze, bez bąbli, zamocować. A z drugiej zrezygnujemy.

Owo urządzenie jeszcze lepiej sprawdza się wówczas, gdy przez usb podepniemy je do komputera. Wówczas zaczyna odgrywać – dosłownie – rolę zewnętrznego DAC-a.

Harman Kardon SoundSticks

Po umieszczeniu FiiO pomiędzy komputerem a głośniczkami różnica w dźwięku jest spora. Nagle wokaliści stają się mniejsi, a przez to łatwiejsi do umieszczenia na scenie muzycznej. Wcześniej śpiewała do mnie wielka nalana gębą, teraz wokal jest bardziej odchudzony, skoncentrowany. Tak jakbyśmy nagle zamiast tłustego rapera zobaczyli wycieniowaną Madonnę. Co ma tylko odniesienie do ich gabarytów, a nie sposobu śpiewania czy też ględzenia do mikrofonu.

Muszę przyznać, że byłem zdumiony, jak wiele można poprawić korzystając z FiiO i moich dość lichych głośników Harman Kardon SoundSticks. Co prawa stoją już w nowojorskim Museum of Modern Art, ale przecież ze względu na wygląd, a nie dźwięk. Co prawda zdobywają całkiem niezłe recenzje, ale przecież to tylko komputerowe „pierdziawki”. Jak się jednak okazało, zawsze trochę ich nie doceniałem. W połączeniu z FiiO Andes szczególnie cieszył mnie twardy, skoncentrowany bas. A ten jeszcze lepiej brzmiał, gdy na głowę zakładałem jakieś przyzwoite słuchawki.

Znalazłem tylko jedną przypadłość – FiiO Andes w połączeniu z moim głośnikami potrafiło nerwowo posykiwać.

Audiofile nazywają to sybilantami czy jakoś tak. Te w nadmiarze potrafią irytować. Ale i na to FiiO znalazło dla mnie rozwiązanie. Otóż do kompletu możemy kupić dodatkowy wzmacniacz FiiO E09K Qogir. U góry wtykamy do niego naszą przenośną zabawkę i dźwięk się nagle uspokaja.

Żeby się nam nie poplątały te urządzenia, warto zrozumieć o co chodzi w nazewnictwie. To mniejsze urządzenie, Andes, to po prostu Andy. A to większe, Qogir, to nazwa himalajskiego szczytu, który my znamy jako K2. Łatwo więc zapamiętać, że K2 jest większe od Andów. Ale jak wyobrazić sobie, że Andy siedzą na górze K2?

Wzmacniacze FiiO E07K Andes oraz FiiO E09K Qogir.

Można się zastanawiać, czy nie lepiej – bo taniej – poprzestać na jednym tylko urządzeniu. Przynajmniej kurzyłoby się o połowę mniej. Ale moje ucho podpowiada, że oba urządzenia są tak sprytnie zaprojektowane, iż połączone razem grają jeszcze lepiej, niż każde z osobna. To u góry (FiiO E07K Andes) staje się wówczas zewnętrznym DAC-iem, a to na dole (FiiO E09K Qogir) wzmacniaczem trochę lepszym niż ten u góry. Bo przypomnę, że przecież FiiO E07K Andes sam z siebie również może pełnić funkcję wzmacniacza i pod tym względem urządzenia się dublują.

Bardzo zręczne połączenie. Całość może stać na biurku i dawać z siebie wszystko.

A jeśli ktoś chce się cieszyć świetnym brzmieniem poza domem, wystarczy zabrać górę. Bez odłączania jakichkolwiek kabelków. Sprytne.

Zaleta jest też taka, że poruszamy się w dość niskich przedziałach cenowych. Mówimy tu bowiem o dwóch urządzeniach, które w sumie kosztują koło 700 złotych. I to jest właśnie dowód na to, że coś względnie taniego i chińskiego nie musi oznaczać kiepskiego. Tym razem nasza radość z dobrego zakupu trwa znacznie dłużej, niż do odpakowania urządzenia. Chyba, że mój zachwyt, to efekt wakacyjnego dobrego humoru.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

Dwa pierwsze zdjęcia pochodzą z Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst