Tech  / Felieton

Znowu Scroogled? Microsofcie, to się robi żałosne!

Microsoft z uporem maniaka przekonuje nas, że Google analizuje i sprzedaje wszystko, co nas dotyczy. To prawda, ale sposób przedstawienia całej sprawy to kpina, a ostatni wpis na oficjalnym blogu Binga spowodował, że skończyła się moja cierpliwość.

W Internecie mało co jest darmowe. Wydaje ci się, że wyszukiwarka Google, poczta na Onecie, Facebook i inne tego typu serwisy pracują charytatywnie? Oczywiście, że nie. Wystarczy się uważnie wczytać w regulamin usług. Twórcy tych usług żyją z, dosłownie, śledzenia wszystkiego, co robisz w ich obrębie, a czasem nawet i poza nimi.

Analizują treść twoich maili. Sprawdzają jakie produkty chętnie kupujesz. Badają twoje zwyczaje i nawyki. Przyglądają się uważnie zdjęciom, które wykonujesz. Przetwarzają zapytania do wyszukiwarki. Każdy strzępek informacji na twój temat jest brany pod lupę i poddawany dokładnej analizie. To właśnie dlatego firmy takie jak Google czy Facebook są tak bogate i potężne. Bo dysponują niesamowitą wiedzą na temat każdego (a przynajmniej większości) swoich użytkowników. A ci liczeni są w dziesiątkach, czasem nawet setkach milionów.

Po co im to? Czy chcą przejąć kontrolę nad światem. To na pewno ;-) Ale przede wszystkim wiedząc o tobie tak dużo, znając nie tylko twoją powierzchowność, ale czasem nawet i bardzo prywatne sprawy, mogą zaserwować ci… reklamę. Reklamę, która z dużym prawdopodobieństwem cię zainteresuje. Która bardzo możliwe, że zachęci cię do zakupu jakiegoś produktu lub usługi. Taki ktoś, taka firma, jest wymarzonym rajem dla reklamodawców. Idyllą. Dlatego ci chętnie płacą Facebookowi, Google’owi i innym. Bo tych pieniędzy lepiej już wydać nie mogą.

Liderem rynku jest Google. Po pierwsze bo oferuje bardzo dobre usługi. Kłóciłbym się, czy we wszystkich kategoriach są najlepsze (korzystam z wielu odpowiedników od konkurencji), ale z całą pewnością są bardzo dobre. A skoro są bardzo dobre, to wybierają je setki milionów użytkowników. A tak wielka baza odbiorców tak dobrze spersonalizowanej reklamy nie wymaga dalszej zachęty dla reklamodawcy.

Microsoft, jak to ma w zwyczaju, przespał tę rewolucję internetową. Teraz agresywnie ją nadrabia. Czasem wyjątkowo umiejętnie (SkyDrive, Outlook, Office Web Apps, przejęcie Skype), czasem dużo mniej (Bing, Internet Explorer i duże braki wobec oferty konkurencji). Problem w tym, że mimo agresywnej ekspansji na niektóre rzeczy jest już dużo za późno. Co z tego, że Bing w kilku krajach jest naprawdę dobrą wyszukiwarką, jak, po pierwsze, ludzie są przyzwyczajeni do znakomitego Google’a, a na dodatek w reszcie krajów (w tym w Polsce) Bing jest nieużywalny. Microsoft łoży olbrzymie pieniądze zarówno w sam rozwój produktu, jak i jego marketing. Dogadał się nawet z Yahoo!, a i tak na rynku reklamy internetowej radzi sobie bardzo słabo i zazdrośnie patrzy na Google’a.

Nie mogąc pokonać rywala swoją ofertą (swoją drogą, radzę wypróbować, niektóre usługi Microsoft ma serio świetne), rozpoczął swój agresywny marketing, który tylko przy okazji promuje produkty z Redmond, a przede wszystkim koncentruje się na mieszaniu z błotem firmy Google.

Bardzo lubię agresywny marketing. Obejrzyjcie chociażby tę reklamę, również od Microsoftu. Nabija się ona z iPada. Ale robi to dowcipnie, ze smakiem. Ataki na Google’a są owego smaku pozbawione. Tu mamy szpileczkę wbitą w Apple’a, a na Google’a, tak po prostu, wylewane jest wiadro pomyj. Kampania Scroogled koncentruje się bowiem na tym, jak to Google nas szpieguje, jak „kosi” na nas, biednych użytkownikach, wielkie pieniądze. Google czyta naszą pocztę, Google nas śledzi, Google traktuje nas jak bydło, Google to, Google tamto. W skrócie: Google to wredny, podły sukinkot. Tak się nie robi…

Microsoft nie kłamie w swojej kampanii (a przynajmniej nie dostrzegłem czegoś takiego, nie śledziłem wszystkiego), ale za to perfidnie manipuluje. Tak, zgadza się, automaty Google’a czytają nasze maile, skanują nasze dokumenty. Tak, Google zarabia na tym, że nas szpieguje. I tak, potęga tej firmy zaczyna być nieco przerażająca (przyznam, że jak Larry Page podczas swojego przemówienia na I/O zaczął mówić o stworzeniu własnego kraju, utopii, gdzie „głupie prawo” nie obowiązuje i panuje „wolność myślenia”, to poczułem wielki niepokój, mieliśmy już wielu wizjonerów, co chcieli świat zmieniać, niektórzy nawet wywoływali Wojny Światowe…).

Tyle że i tak muszę korzystać z wyszukiwarki Google, bo Bing jest w moim kraju nieużywalny. Gdybym kupował internetową reklamę, w stronę Microsoftu nawet bym się nie obejrzał. A co do szpiegowania? No cóż, czekam aż Windows Phone będzie miał coś w rodzaju Google Now. Bez „szpiegowania” zrobić się tego, tak po prostu, nie da.

A już co do samych podsłuchów… drogi Microsofcie. Czy to nie jest tak, że zbierasz „anonimowe dane” na temat instalowanych i uruchamianych przeze mnie aplikacji? Czy nie sprawdzasz klikanych przeze mnie linków za pomocą swojej chmury, by chronić mnie przed złośliwymi skryptami? Obie rzeczy objęte są ochroną SmartScreen, w której nie widzę nic złego, żeby była jasność. Ale tak samo nie widzę nic złego w tym, co robi Google. Bo zasady gry są jasne. Owszem, były karygodne przypadki (chociażby afera z samochodami Street View, które rejestrowały dane z otwartych sieci Wi-Fi, do dziś jestem tym wyjątkowo zbulwersowany), ale ty nie o tym nas ostrzegasz. Więc co robisz? Zazdrościsz. Nie jesteś w stanie podbić rynku internetowej reklamy, więc domyślnie włączasz w systemowej przeglądarce Windowsa mechanizm DNT, by nie tylko nas chronić, ale i utrudnić życie rywalowi. Na Internecie tracisz olbrzymie pieniądze, więc piszesz o przebrzydłym, wścibskim Google.

Z Google ja mam swoje zatargi. Kiedyś darzyłem go wielką sympatią, obecnie polityka tej firmy i sposób prowadzenia biznesu mi zupełnie nie odpowiadają. Korzystam z ekosystemu produktów i usług Microsoftu i z większości jestem bardzo zadowolony. Ale Google w wielu rzeczach jest od Microsoftu dużo lepszy i nic tego nie zmieni. I tak jak nie miałbym nic przeciwko uszczypliwościom, bo jak już wspominałem, lubię złośliwe reklamy, tak kolejne wiadra pomyj wylanych na Google, pełnych jadu a nawet hipokryzji, powodują reakcję odwrotną od zamierzonej: zniechęcenie do giganta z Redmond.

A skąd ten mój cały „bulwers”? Kampania Scroogled przecież trwa od wielu miesięcy. Żyłka mi pękła po przeczytaniu najnowszej notki na oficjalnym blogu Binga. Podsumowuje ona nowości zaprezentowane na I/O 2013. – Będą zwracać większą uwagę na to, gdzie jesteś. Będą analizować twoje zdjęcia i zamieniać je w animowane gif-y. Chcą uznania za innowacje, a nie wspominają o tym, że wszystkie te twoje prywatne dane dają im więcej możliwości, by serwować ci reklamy – czytam na blogu. Przypominam, że Microsoft przegląda wszystkie moje zdjęcia na SkyDrive, w poszukiwaniu golizny, która jest zabroniona. Aż się prosi o kontratak w postaci spotu prezentującego grubego, spoconego dziada siedzącego w ciemnym pokoju przed monitorem, przeglądającym biusty, tyłki i przyrodzenia na zdjęciach użytkowników SkyDrive. Absurd? Tak, ale dokładnie taki sam, jaki Microsoft prezentuje w kampanii Scroogled.

Dalej czytam, że Bing usuwa zgromadzone adresy IP po pół roku, a Google po 1,5 roku. Przepraszam, ale co za różnica? Obie firmy mnie śledzą i przetwarzają informacje na mój temat. W obu przypadkach jestem „obdarty z prywatności”. Google przynajmniej ma szansę to lepiej wykorzystać. A sam koniec notki jest już szczególnie smakowity.

- Wiecie, niektórym to odpowiada – umowa zawarta z Googlem jest dla nich w porządku. To tak jak przestrzeń osobista w zatłoczonej windzie: różni ludzie mają różne poziomy tolerancji tego, jak blisko druga osoba może obok niej stać, i różną tolerancję na to, czy ta osoba nie jest przypadkiem korporacją, która nie używa dezodorantu – czytam.

Widzicie użytkownicy Google’a? Wy po prostu, zdaniem Microsoftu, lubicie smród spoconej pachy. Wstyd i żenada, Microsofcie.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst