Tech

Nowy Myspace oskarżony o piractwo

To była piękna premiera. Co prawda dopiero wersji beta, ale nowy Myspace i wygląda zjawiskowo, i ma mocny, porządny marketing. Wszystko byłoby dobrze, gdyby się nie okazało, że portal wspierany przez Timberlake’a… wykorzystuje utwory bez zgody właściciela praw do nich.

Myspace’a wspominam z naprawdę dużym rozrzewnieniem. To, o czym mało kto pisze, w tym na Spider’s Web, to fakt, że to było jedno z najciekawszych miejsc w Internecie. Z mojego punktu widzenia, dzięki zrównaniu garażowych artystów z tymi wydającymi miliony płyt. Wszyscy mieli dokładnie takie same prawa, przez co przeglądając profil Metalliki miałem łatwy dostęp do początkujących, polecanych przez społeczność fajnych kapel w podobnych klimatach. Świetne remixy znanych kawałków mistrzów elektroniki, wymieszane z początkującymi gwiazdkami pop, które dzięki Myspace uzyskały szanse na rozgłos. To było dobre miejsce.

Facebook jednak załatwił Myspace’a, który sam również się pogubił, nie będąc pewien, czy chce być portalem o muzyce, czy też typową „społecznościówką”. Portal stał się przeładowany, ciężki, nieprzyjazny. A wtedy (tak, były takie czasy!) Facebook był leciutkim, czystym, przyjemnym miejscem. Myspace nie powtarza błędów swojego poprzedniego wcielenia, tym razem jasno dając do zrozumienia, że to miejsce dla fanów muzyki.

Problem w tym, że jak się wraca z taką pompą, robiąc takie nadzieje użytkownikom, a także, przy okazji, walcząc o przeżycie, to wszystko powinno być zapięte na ostatni guzik. Niestety, to najwyraźniej przerosło władze portalu. A dopadła ich nie wielka grupa muzyczna, a względnie mniej istotny przedstawiciel około tysiąca malutkich, niezależnych wytwórni muzycznych. Nazywa się Merlin i twierdzi, że Myspace udostępnia objęte jego ochroną utwory, bez jego zezwolenia.

Myspace miał podpisaną umowę z Merlinem, ale ta wygasła w 2011 roku. Władze portalu nie zdecydowały się jej odnowić. A dziś, odnowiony Myspace, zdaniem Merlina, udostępnia piosenki należące do ponad stu wytwórni, między innymi Merge, Domino i Beggars.

Myspace przypomina w swoim oświadczeniu, o które został poproszony przez media, że każdy może umieścić na nim muzykę. Każdy, kto podaje się za artystę, może umieścić we wbudowanym odtwarzaczu piosenki, by móc prezentować je na swoim profilu. Jak twierdzi Myspace, utwory które może mieć na myśli Merlin, zapewne pochodzą z tego źródła.

Odnowiony Myspace zapomniał, że to już nie jest rok 2008, kiedy osiągał szczyt popularności. Wtedy batalia o prawa autorskie nie była tak ostra. Koncentrowano się w tych czasach na sieciach P2P, zamiast na witrynach internetowych. Teraz, kiedy te albo zostały rozbite, albo walka z nimi nie jest w praktyce możliwa (BitTorrent), gniew wytwórni płytowych został skierowany właśnie na portale. Myspace, jak wynika z całego zamieszania, nie ma żadnego algorytmu sprawdzającego czy dany utwór nie jest chroniony.

Z jednej strony trzeba napiętnować Myspace’a. Prawo jest prawem, a to duże niedopatrzenie. Według tego prawa wytwórnie i artyści mogą domagać się rekompensaty za potencjalnie stracone zyski. Z drugiej jednak strony pamiętam charakter starego Myspace’a, na którym serio nie chodziło o piractwo, a o promowanie dobrej muzyki. Działało to pięknie. To smutne, że w dzisiejszych czasach nie jest to łatwe i, być może, możliwe…

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst