Apokalipsa pracy jeszcze nie teraz. Ale ludzie i tak mają dość
Kiedy słyszymy opowieści prezesów firm technologicznych wieszczących koniec pracy i masowe bezrobocie, należy zapytać, dlaczego mówią to, co mówią. I komu ta narracja służy.

Kiedy słyszymy opowieści prezesów firm technologicznych wieszczących koniec pracy i masowe bezrobocie, należy zapytać, dlaczego mówią to, co mówią. I komu ta narracja służy.

Kilka dni temu skończyłem 38 lat i powiem wam jedno: nie chciałbym być dziś młodszy. A na pewno młodym nie zazdroszczę, szczególnie momentu wchodzenia w świat pracy.
Kiedy prawie dwadzieścia lat temu zdawałem maturę i wybierałem studia, a więc i przyszły zawód, kierowałem się marzeniami. I niczym więcej. Nie tym, czy z tym dyplomem będę miał pracę i ile zarobię, ale wizją tego, co będę w życiu robił. A dziennikarstwo niosło obietnicę ciekawego życia zawodowego wśród interesujących ludzi i ważnych spraw. Oczywiście już wtedy dziennikarstwo to nie był wybór specjalnie mądry. Są w końcu branże stabilniejsze, prace bezpieczniejsze i mniej stresujące. Są także i łatwiejsze sposoby, aby zarabiać dobre pieniądze niż praca dziennikarza. To ostatnie zresztą nie jest specjalnie trudne.
Mogłem jednak wybrać zgodnie z moimi marzeniami, bo istniały wciąż pewne fundamenty, na których można było budować i planować przyszłość. Tak, i wtedy, kiedy wchodziłem na tak zwany rynek pracy, przyszłość była niepewna. Bezrobocie w kraju przekraczało 11 procent, a w województwie lubelskim, gdzie stawiałem pierwsze zawodowe kroki, było nawet o dwa punkty procentowe wyższe. Powszechne były darmowe staże i śmieciówki. I nie jest to kolejna kombatancka opowieść o tym, jak było nas jedenaścioro, żyliśmy w jeziorze, a matka kroiła wiatr, bo i tak mieliśmy lepiej. Bo mogliśmy marzyć. A najskrytsze sny jeszcze czasem się spełniały.
Dziś fundamenty coraz mocniej podmywa fala sztucznej inteligencji. To, co było stabilne, zamienia się w ruchome piaski. Zbudowaliśmy młodym świat, w którym niewiele jest już pewne, i zadowoleni z siebie każemy im być elastycznymi. Sam wiele razy ten frazes słyszałem. Mądrości, aby się dostosowywać. Być niczym wypluta na chodnik guma do żucia, która dopasowuje się do otworów w podeszwie, kiedy ktoś na nią nadepnie. Tylko w naszych czasach podeszwa miała określoną formę. Przy odrobinie szczęścia można było się wcisnąć, uparcie trzymać, a nawet poczuć coś na kształt bezpieczeństwa. Że oto tak wygląda dorosłe, dostatnie życie klasy średniej. Teraz nie wiadomo, jak wygląda podeszwa.
I nie dziwi mnie, że młodzi coraz częściej mają dość.
Tak wynika z szeregu badań sondażowych, ale też zwykłych, podejmowanych coraz szerzej decyzji świadczących o pewnym trendzie.
Młodzi, czyli pokolenie Z, są coraz bardziej sceptyczni co do sztucznej inteligencji. Pokazują to badania Walton Family Foundation. Wynika z nich choćby to, że nastolatkowie i dwudziestolatkowie coraz mniej ekscytują się AI – w rok nastąpił spadek z 36 do 22 procent. Podobny zjazd widać, kiedy są pytani o nadzieje związane ze sztuczną inteligencją. W ubiegłym roku odczuwało je 27 proc. ankietowanych, teraz już tylko 18 procent. Rośnie za to odsetek respondentów czujących złość na myśl o AI – 31 proc. w porównaniu do 22 procent rok temu.
– Ten gniew może być napędzany przez AI, która pogarsza ich perspektywy jako pracowników na początkowych stanowiskach – tłumaczył w Axios Zach Hrynowski, badacz ds. edukacji w Instytucie Gallup.
W tym kontekście nie dziwią więc kolejne doniesienia. Tym razem badanie Workplace Intelligence opisujące, że pracownicy z generacji Z tak bardzo obawiają się, że sztuczna inteligencja odbierze im pracę, że… celowo sabotują wdrażanie sztucznej inteligencji w swoich firmach. O ile do sabotażu, czyli m.in. ignorowania zatwierdzonych narzędzi, wprowadzania błędnych danych czy fałszowania recenzji, by system wypadł gorzej niż w rzeczywistości, przyznaje się 29 proc. pracowników ogółem, o tyle wśród młodych odsetek ten rośnie bardzo mocno, bo aż do 44 procent.
Skąd taka postawa? To właśnie lęk, że AI zabierze pracę, jest najczęściej wskazywanym powodem (30 proc. odpowiedzi), ale oczywiście są też inne przyczyny, jak poczucie, że narzędzia obniżają wartość lub kreatywność pracownika czy zwyczajnie zamiast pomagać, zwiększają nakład pracy. Sabotaż nie jest więc złośliwością, lecz racjonalnym z ich perspektywy działaniem, które ma ich uchronić przed najgorszym.
Strategie przetrwania są zresztą różne. W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii media od miesięcy opisują trend, w którym młodzi ludzie przekwalifikowują się albo rzucają studia na kierunkach, po których otrzymają fach łatwy do zautomatyzowania. Zamiast pracy biurowej i umysłowej wybierają tradycyjne zawody, w których więcej zależy od pracy ich rąk, empatii, zaangażowania. Porzucają księgowość, finanse, marketing i zostają cukiernikami, elektrykami czy opiekunkami dzieci nieraz w imię poczucia bezpieczeństwa godząc się na niższe wynagrodzenia.
I to wszystko w momencie, kiedy nawet nie wiemy, czy apokalipsa AI w świecie pracy w ogóle nastąpi. Spoiler: prawdopodobnie nie.
Dlaczego? Bo zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce dane mówią co innego niż sprzedawane nam narracje.
Wystarczy posłuchać cyfrowych magnatów technologicznych, czyli ludzi odpowiedzialnych za rozwój sztucznej inteligencji, aby nabrać przekonania, że świat pracy, jaki znamy, zwyczajnie się kończy.
Dario Amodei, szef Anthropica, rzucił niedawno, że w ciągu najbliższych 5 lat zniknie nawet połowa miejsc pracy dla pracowników umysłowych na poziomie podstawowym.
Jeszcze śmielszą wizję miał Mustafa Suleyman, dyrektor generalny Microsoft AI. Uważa on, że większość zadań pracowników umysłowych „zostanie w pełni zautomatyzowana przez sztuczną inteligencję w ciągu najbliższych 12–18 miesięcy”.
Zaś OpenAI, na którego czele stoi Sam Altman, opublikowało dokument programowy wzywający do 32-godzinnego tygodnia pracy, aby uchronić nas przed masowym bezrobociem wywołanym przez sztuczną inteligencję.
Cudnie, prawda? Nic dziwnego, że potem ludzie boją się, że przyjdzie AI i ich zje. Nie dziwi też to, że społeczeństwo coraz bardziej nie znosi branży sztucznej inteligencji, co ta odkrywa ze sporym zdziwieniem.
To opowieść, a teraz rzeczywistość, czyli dane. W Stanach Zjednoczonych, gdzie adopcja narzędzi AI jest o wiele wyższa niż w Polsce, specjalnej katastrofy nie widać. Stopa bezrobocia w marcu wyniosła 4,3 proc., czyli mniej niż w marcu 2020 roku – nie tylko przed erą ChatGPT, ale i pandemią. Stabilny pozostaje też poziom zarobków.
W Polsce bezrobocie wyniosło w marcu 6,1 procent. A w urzędach pracy zarejestrowanych było 949,8 tysięcy osób. Z kolei w marcu 2020 stopa bezrobocia wynosiła 5,4 proc., zaś w urzędach zarejestrowanych było 909,4 tys. osób. Różnica to ledwie 40 tysięcy osób. I raczej tylko niewielka część z nich to osoby, które mogłyby o sobie powiedzieć, że pracę zabrała im sztuczna inteligencja. Szczególnie, że za niedawny wzrost bezrobocia odpowiada między innymi zeszłoroczna zmiana prawa, a konkretnie inny sposób rejestracji bezrobotnych. Jeśli AI wpłynęła niekorzystnie na rynek pracy, to zmniejszając liczbę ofert pracy.
Zwolnienia ze względu na AI, choć oficjalnie wymieniane są jako przyczyna zwolnień jak ostatnio w RASP, czyli wydawcy Onetu, to zazwyczaj bywają wygodną dla firm wymówką, czy wręcz AI washingiem, niżeli faktycznym ich powodem. Polakom AI rzadko odbiera pracę, bo zwyczajnie mało, które przedsiębiorstwo w Polsce z tej technologii korzysta. Jak na dłoni widać to w danych Eurostatu. Mówią one jasno, że tylko 8,4 proc. polskich przedsiębiorstw wykorzystuje AI, co było jednym z najniższych wyników w Unii Europejskiej. Nasz kraj wyprzedził tylko Rumunię (5,2 proc.), a średnia unijna to 20 proc. Dla porównania najlepsze pod tym względem państwa, czyli Dania i Finlandia, osiągnęły odpowiednio 42 i 37,8 proc. Powiedzieć, że to przepaść, to nic nie powiedzieć.
Kiedy więc słyszymy opowieści szefów biznesów wciskających wszystkim AI o tym, że za chwilę połowa miejsc pracy zniknie albo praca, jak uważa Elon Musk, będzie opcjonalna, należy zapytać, dlaczego mówią to, co mówią. Nie, nie dlatego, że tak świetnie znają się na rynku pracy, lecz po to, by przedstawić giełdowym inwestorom historię, która albo ich uspokoi, albo rozpali ich wyobraźnię. A najlepiej obie te rzeczy. Słowem: sprzedają narrację o potężnym wpływie ich produktu na świat, bo chcą, by inwestorzy dalej wkładali miliardy dolarów w ich biznes. Biznes, który potrzebuje jeszcze bimbalinów monet i lat, jeśli nie dekad, aby w ogóle stać się rentownym.
Tę wojnę narracji świetnie opisał jeden z moich ulubionych publicystów – Derek Thompson.
„Nikt tak naprawdę nie wie, co się stanie z AI w tym roku, w przyszłym roku i kolejnym. Nie ma sekretnego pokoju wypełnionego dymem z cygar, gdzie siedzą elity mające unikalny dostęp do autentycznej pocztówki z przyszłości. Gdy spojrzysz głębiej, ponad przechwałki, strach i niepokój, u podstaw wszystkiego jest jedynie autentyczna niepewność. Próżnia, w którą wlewa się narracje” – pisał Thompson, przekonując, że rozmowa o sztucznej inteligencji stała się de facto targowiskiem konkurencyjnych wobec siebie narracji.
A narracja o czekającej nas rzezi miejsc pracy w świecie, w którym pewna jest jedynie niepewność, przyjęła się świetnie. Szczególnie że to opowieść przyjazna biznesowi. Bo kiedy boisz się o swoje miejsce pracy, to nie przyjdziesz po podwyżkę, nie będziesz walczył o dodatkowy czas wolny czy inne benefity. Nie przeciwstawisz się też, kiedy pracodawca zechce na twoim służbowym komputerze zainstalować system kontrolujący każdą sekundę twojej pracy i zbierający na twój temat wszelkie dane, w tym haki potrzebne, gdy zajdzie taka potrzeba. Ba, nie założysz związku zawodowego, aby wspólnie walczyć o pracowniczy interes, bo związkowców w tym kraju zwalnia się jako pierwszych, nawet jeśli są chronieni prawem.
Nic dziwnego więc, że zasiany lęk jest nie tylko rzeczywisty, ale i wręcz namacalny. Szczególnie że faktycznie nikt nie wie, co nas czeka.
Badacze w niedawnym artykule w Harvard Business Review ukuli już nawet określenie zjawiska, w którym się znajdujemy. Otóż uważają oni, że wszyscy wpatrujemy się we „mgłę AI”. A największym szokiem związanym z AI może być właśnie to, że nikt już nie potrafi wycenić przyszłości. Zakres rezultatów może być tak szeroki, że nikt już nie ma pewności, czego się uczyć i czy cenione dziś umiejętności, produkt czy model biznesowy nadal będą cokolwiek warte za kilka lat. Ukrytym efektem ekonomicznym AI nie jest więc sama automatyzacja, ale upadek przewidywalności.
„Współczesny kapitalizm opiera się na założeniu, że jutro będzie na tyle podobne do dziś, by uzasadnić wielkie, długofalowe inwestycje. Podejmowanie zobowiązań takich jak zdobywanie wykształcenia, planowanie zatrudnienia, budowa fabryk czy wycena oprogramowania ma sens tylko wtedy, gdy przyszłość pozostaje czytelna” – piszą badacze.
I wyjaśniają, że mgła AI najpierw uderza w pracowników, bo nie wiadomo, ile będzie warta ich wiedza czy dyplom studiów wyższych, którego zdobycie kosztowało ich lata nauki.
Ten strach może za chwilę dotknąć już nie tylko młodych, którym trudniej jest zdobyć pierwszą pracę. Może dosięgnąć także tych siedzących na drabinie kariery kilka stopni wyżej, którzy dziś nie czują się bezpośrednio zagrożeni. Tych, którzy myślą o sobie, że doczłapali się do jako takiej pozycji zawodowej. Może i wykonują bulshitjobs, pół życia dłubią coś w Excelu albo przygotowują bezsensowne prezentacje wyświetlane na spotkaniach, które mogłyby być e-mailem, ale przynajmniej mają stabilne, dość bezpieczne życie. Mają umowę o pracę, pieniądze pozwalające pojechać na wakacje dwa razy w roku i wziąć kredyt na mieszkanie. I cóż z tego, że jego ostatnia rata przypada tuż przed emeryturą.
Szeroka implementacja AI i na nich może wywrzeć presję. A kiedy fala zacznie chlapać im na buty, zaczną się nerwowe ruchy. Lęk jest wyczuwalny już teraz. A gniew przybiera namacalną formę, choćby w przypadku fizycznych ataków na bossów rewolucji AI. Nie piszę tego, aby straszyć, lecz z troską o wspólne dobro.
Bo nie mam wątpliwości, że obawy białych kołnierzyków staną się niebawem kluczowym tematem politycznym. Być może jednym z ważniejszych obok toczącej się tuż za naszymi granicami wojny. W końcu lęk ludzi czujących na plecach oddech maszyny, tracących ekonomiczne bezpieczeństwo, solidne zarobki, prestiż awansu społecznego, ktoś w końcu zagospodaruje, a jego paliwo spożytkuje. Tak samo jak frustrację ludzi, którym nikt nie pomógł. Nie rozstawił poduszki zapewniającej miękkie lądowanie. Nie zadbał o to, aby rewolucja AI była trochę bardziej ludzka. Mniej społecznie kosztowna. A kiedy uświadomią sobie, że państwo się na nich wypięło, tak jak wcześniej zawsze wypinało na klasy niższe, np. robotników w latach 90. XX wieku, tym bardziej się od niego odwrócą.
W końcu całe życie płacą podatki, składki, daniny, a jak przyszło co do czego, to okaże się, że państwowy system oferuje rozmowę z chatbotem z urzędu pracy. Po co im więc takie państwo?
Może być więc tak, że rewolucja AI nie zabierze im pracy, lecz resztki zaufania do wspólnoty.