SW+

Tsunami pracy platformowej pochłania kolejne zawody. Jak szybko przejmie twój?

Tsunami pracy platformowej pochłania kolejne zawody. Jak szybko przejmie twój?

To już nie tylko kierowcy Ubera czy kurierzy dostarczający jedzenie na aplikację. Praca fuch, praca platformowa, praca zarządzana przez aplikacje. Zwał jak zwał, kluczowe, że staje się coraz powszechniejsza. Tylko czy to faktycznie odpowiedź na zmieniającą się gospodarkę, czy raczej tykająca bomba przyszłych problemów społecznych i emerytalnych?

Z wygodnego miejsca za ekranem smartfona widać to tak: żółte, pomarańczowe i zielone pudła mkną na plecach rowerzystów. Szybko i tanio dostarczą tłuściutkiego burgera na kaca, aromatyczną pizzę dla dzieciaków czy zestaw sushi na fancy kolację ze znajomymi. Tyle że te bijące po oczach mocnymi kolorami torby są czymś więcej niż tylko termicznymi plecakami za 200 złotych. To tak naprawdę symbol nowego rodzaju pracy, która drobnymi kroczkami wkracza w nasz świat i przewraca istniejące w nim zasady rządzące stosunkiem pracownik – pracodawca.

Witajcie w świecie platformowych pracowników.  I nie odwracajcie głów, bo za chwilę i wy możecie dołączyć do tego nowego ładu.

– Zjawisko pracy platformowej rozlewa się na kolejne sektory gospodarki. Im łatwiej rozczłonkować naszą pracę na konkretne czynności, wyodrębnić z niej pojedyncze zadania, tym szybciej może ulec ona splatformizowaniu. Wtedy nie będziemy mieli już zawodu, ale portfolio umiejętności, które będziemy mogli sprzedać przez aplikację – mówi prof. Renata Włoch z Digital Economy Lab Uniwersytetu Warszawskiego, która zajmuje się badaniem cyfrowych społeczeństw i gospodarek.

Kolejne badania próbujące oszacować skalę pracy platformowej przekonują, że to wciąż margines dotyczący najwyżej kilku procent wszystkich pracowników. To, ile osób pracuje w ten sposób, w 2018 roku próbowała zbadać Komisja Europejska. Wyniki? Co dziesiąty pracownik skorzystał z platformy w procesie szukania zleceń, ale tak znaleziona praca była głównym źródłem utrzymania dla nie więcej niż 2 proc. siły roboczej w 14 zbadanych krajach europejskich.

Nisza. – To niewiele, ale liczba tych pracowników szybko rośnie. Szacuje się, że w tempie nawet 20 proc. rocznie – mówi prof. Włoch.

To już kwestia kilku lat, by stali się poważnym elementem pracowniczego obrazu świata, który nas otacza.

Niewidzialna masa

Jak szybkie są te wzrosty, pokazują wyniki badań, które prowadzą dr Dagmara Nikulin z Politechniki Gdańskiej i dr Maciej Beręsewicz z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu oraz Urzędu Statystycznego w Poznaniu. Wykorzystali oni dane firmy Selectivv, aby oszacować liczbę pracowników platformowych w Polsce w dwóch najpopularniejszych segmentach: taksówkarskiego oraz dowozu żywności. Z ich analiz wynika, że pod koniec 2020 roku w Polsce było ok. 45 tys. kierowców Ubera i blisko 40 tys. kierowców Bolta.

– Jednak tych liczb nie można sumować, bo mogą być to kierowcy jeżdżący za pomocą obu aplikacji – mówi dr Maciej Beręsewicz. Wzrosty widać też w liczbie kurierów dostarczających jedzenie za pomocą jednej z aplikacji. – Przykładowo liczba kurierów w Pyszne.pl od 2018 r. do końca 2020 r. wzrosła z 7 do 14 tys. Rosło również Glovo, które pod koniec 2020 r. miało ok. 7 tys. kurierów. Wolt Kurier dysponował zaś ok. 5,7 tys. – mówi dr Dagmara Nikulin i podkreśla ponownie, że tych danych nie można sumować.

Obecnie praca platformowa dotyczy głównie dwóch skrajnych grup na rynku pracy. Pierwsza, mniej liczna, to pracownicy mający mocną pozycję, będący najbardziej uprzywilejowani pod względem kompetencji, czyli np. programiści, którzy mogą stawiać pracodawcom warunki. W drugiej są osoby o niskich, łatwo zastępowalnych kompetencjach, godzący się na najniższe stawki i trudne warunki pracy, często imigranci. 

– Słowem tacy pracownicy, których koszt szkolenia, rozwoju i utrzymania na stanowisku jest wyższy niż koszt znalezienia ich zastępcy. W przypadku tej grupy najczęściej chodzi do bezpośredniego, brutalnego wyzysku – mówi prof. Włoch.

Opowiada też, że kilka lat temu badała środowisko polskich kierowców Ubera, wśród których było wielu przybywających zza wschodniej granicy imigrantów. – Nie mogli oni w żaden sposób się przeciwstawić wyzyskowi. Nie mogli się zorganizować ani zaprotestować. Spali w samochodach, w nieludzkich warunkach. Całkowicie wypadli poza soczewkę służb, które mogłyby im pomóc. A ich jedyny, pozorny zresztą, wybór sprowadzał się do tego czy pracować, czy też nie – mówi prof. Włoch.

Wolność i „bycie własnym szefem”, które rzekomo oferują platformy, była więc głównie pustym sloganem. Doskonale ukazał to znany z społecznych zainteresowań brytyjski reżyser Ken Loach w filmie „Nie ma nas w domu”. Już w pierwszej jego scenie jesteśmy świadkami rozmowy o pracę. Zdesperowany kandydat starający się o pracę kuriera dostarczającego przesyłki wymienia swoje wcześniejsze doświadczenia, podkreśla zalety. Mówi nawet, że prędzej umrze z głodu niż pójdzie na zasiłek. – Miło to słyszeć – kwituje szef i kiedy decyduje się dać mu robotę, wyjaśnia, że nie zatrudnia go, lecz „bierze na pokład”, a on nie będzie pracował „dla niego, tylko z nim”. Nie będzie więc jeździł „dla niego, a wykonywał usługę”. Nie ma stałych godzin pracy. Kurier jest po prostu dostępny lub nie. – Jesteś panem swojego losu – mówi szef.

Szybko jednak okazuje się, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Kurier musi wykonywać wszystkie polecenia, nie może sam decydować o zleceniach, odmówić nadgodzin, stanąć w obronie kolegi czy wziąć użetki, bo grożą za to finansowe kary. Choć w teorii jest niezależnym przedsiębiorcą, to o żadnej wolności nie ma mowy. O wszystkim decyduje szef, a właściwie algorytm aplikacji, który w ciągu kilkunastu godzin pracy nie zaplanował nawet krótkiej przerwy na sikanie – dlatego „pan swojego losu” musi załatwiać swoje potrzeby w butelkę.

Pierwszy. Kurier

Praca platformowa rewolucjonizuje rynek pracy. I choć póki co jej skala jest niewielka, już teraz wyznacza nowe standardy i rodzi wiele pytań o to, jak zapewnić godne warunki i podmiotowość osobom, których partnerem w codziennych zadaniach nie jest żywy człowiek, a informatyczny system.

Fot. Viewimage / Shutterstock.com

Pierwszy o pracy dla aplikacji opowie Hubert, rowerowy kurier z Warszawy. Utrzymuje się w ten sposób od kwietnia zeszłego roku po tym, jak stracił pracę w branży eventowej. Wcześniej zajmował się organizacją targów czy imprez firmowych. Kiedy na początku pandemii cała jego branża stanęła, nie przedłużono mu umowy. Zamiast czekać na koniec posuchy, chwytał to, co było dostępne.

– Miałem trochę oszczędności i mógłbym przez kilka miesięcy szukać czegoś w swoim fachu. Ale nie jestem typem osoby, która lubi siedzieć w miejscu i czekać na zasiłek, więc wyciągnąłem z piwnicy rower i zacząłem pracować jako kurier. Wtedy myślałem, że to na chwilę. Ale pandemia trwa już ponad rok i nie wiadomo, kiedy będę mógł wrócić do pracy w swojej branży – mówi Hubert i dodaje, że pracuje od 6 do nawet 10 godzin przez pięć lub sześć dni w tygodniu. W lepszych miesiącach, kiedy ma siłę pracować dłużej, zarabia trochę ponad 3 tys. złotych na rękę, w gorszych w okolicach 2 tys. – Wszystko zależy od wielu zmiennych: pogody, ruchu w aplikacji, ilości zleceń i tego, jak szybko uda się je zrealizować, aby wziąć następne. W godzinę można zrobić przeciętnie dwa dowozy. Jeśli za każdy mam 6 albo 7 złotych, to wychodzi 12-14 złotych na godzinę. Moja pensja idzie na ratę kredytu i opłaty, a żyjemy z pensji żony. Wcześniej co miesiąc udawało się coś zaoszczędzić, teraz wszystko wydajemy na bieżąco.

Kurierzy nie mają stałych wypłat, bo poziom ich zleceń i stawek reguluje algorytm aplikacji. Kiedy jeżdżących jest mniej, czyli w jesienią i zimą, to mogą złapać więcej zleceń. W święta czy sylwestra system dodatkowo zachęca do pracy promocjami, bonusami i wyższym mnożnikiem za wykonany kurs. Zazwyczaj jednak trzeba jeździć za podstawową stawkę. 

Kurierzy nie mogą liczyć też na stałe umowy, płatne urlopy czy zwolnienia lekarskie. Dlatego na taką pracę godzą się zwykle ci, którzy nie mają większego wyboru, czyli np. imigranci – głównie Ukraińcy i Hindusi. – Polacy to mniejszość, ale znam kilka osób, które zaczęły tak jak ja, w pandemii – mówi kurier. Dodaje, że w tej pracy przeszkadza mu brak podmiotowości, uczucie, że nikt się z nim nie liczy.

– Tu nie ma żadnych opcji negocjacji. Wielu kurierów nie chcąc zakładać działalności gospodarczej, bo to co miesiąc duże koszty, pracuje tak jak ja podpięci pod partnerów, czyli pośredników zatrudniających na czarno lub w najlepszym razie na śmieciówce, więc nie są w ogóle stroną w dyskusji. Tu nawet nie ma komu wykrzyczeć, że chcę podwyżkę. Możesz jedynie jeździć albo nie – dodaje. Z aplikacją nie da się negocjować. Można wysłać e-mail, ale odpowiedź to i tak najczęściej automat.

Dlatego Hubert z dużą nadzieją kibicował ostatnio kurierom Glovo z Gdańska i Białegostoku, którzy zorganizowali strajk, nie chcąc godzić się na zmiany zmniejszające im wynagrodzenia. – Platformy zwykle nie negocjują, co było widać po tym, że zablokowano strajkujących. Potem zrobiono krok w tył, zaczęto zgadzać się na negocjacje, ale nie mam wątpliwości, że ostatecznie to Glovo będzie górą. Takie firmy zawsze są górą. Mogę założyć się, że system, przeciw któremu strajkowali kurierzy w Gdańsku, za kilka miesięcy będzie obowiązywał w całej Polsce – mówi gorzko mężczyzna. 

Według niego będzie tak, bo kurierzy nie są zjednoczeni. Jako rowerowy kurier Hubert należy do facebookowej grupy zrzeszającej pracujących w ten sposób. Wspomina, że kiedy tylko pojawiały się informacje nt. przygotowań do strajku, a potem o jego rezultatach, to większość komentarzy była nieprzychylnych.

– Wyśmiewano tych, którzy chcieli protestować. Zniechęcano zaangażowanych stwierdzeniami, że to się nie uda. Brakuje solidarności, a przecież za chwilę wszystkich nas to może dotknąć – mówi zrezygnowany. Jak dodaje, kurierom trudno się zorganizować również dlatego, że wielu traktuje tą pracę tymczasowo, więc nie widzi sensu walki choćby o lepsze zarobki. 

Jako że lwią część kurierów stanowią migranci zazwyczaj nieznający biegle polskiego, to są oni dodatkowo wykluczeni z komunikacji. – Często nawet nie wiedzą, że jakiś strajk się odbywa. Cieszą się, że z jakiegoś powodu stawki są wyższe, ale nie szukają przyczyn. Zabrzmi brutalnie, ale zachowują się jak łamistrajki, choć to plecenie pętli na własną szyję – twierdzi. 

My tylko pośredniczymy

– Platformy wykorzystują luki w prawie i udają, że nie są pracodawcami. Jednak z pracodawcami łączy ich to, że kupują od pracowników ich umiejętności i czas w zamian za wynagrodzenie i kontrolę nad pracą – mówi prof. Adam Mrozowicki, socjolog badający przemiany na rynku pracy z Uniwersytetu Wrocławskiego. I dodaje, że pracownicy platformowi nie są też – jak chciałyby platformy – niezależnymi przedsiębiorcami. – Dwóch równych partnerów biznesowych może ze sobą negocjować, a pracownicy jeżdżący np. jako kurierzy czy taksówkarze nie mogą negocjować stawek, bo te są narzucone przez należącą do platformy aplikację. 

Samochód Uber, fot. Vaalaa / Shutterstock.com

– Platformy uważają, że są tylko dostawcą technologii. Tym samym omijają kodeks pracy. Owszem, to może być wygodne dla tych, którzy tylko tak dorabiają do etatu, ale cała reszta na tym traci – mówi dr Dominika Polkowska, socjolog pracy z UMCS w Lublinie. I dodaje, że platformy nie chcą przyjąć roli pracodawcy, bo to wiąże się z obowiązkami, a więc i kosztami. – W efekcie innowacyjne firmy XXI wieku w pogoni za zyskiem sprawiają, że pracownicy nie mogą liczyć na regulacje dostępne dla wszystkich zatrudnionych w ramach kodeksu pracy, czyli gwarancji minimalnego wynagrodzenia, norm czasu pracy czy tych związanych z zasadami BHP. Gdyby np. kurierzy byli traktowani jak pracownicy platform, to przysługiwałoby im płatny urlop, L4 czy odpowiednie ubranie zimą i coś do picia w czasie upałów. W obecnej sytuacji nic z tych osiągnięć cywilizowanego świata im nie przysługuje – dodaje.

Drugi. Złota rączka

O tym, że platformy nie traktują osób pracujących ze pośrednictwem ich aplikacji jako swoich pracowników, opowiada Adam z Warszawy. Ma 34 lata i od roku pracuje jako fachowiec na platformie Fixly. Zajmuje się głównie układaniem glazury, ale zainstaluje też umywalkę czy wymieni baterię prysznicową. Wcześniej pracował jako handlowiec, ale kiedy zaczął remontować kupione mieszkanie na własną rękę i z pomocą ojca budowlańca, wyszło mu, że bardziej opłaci się zrobić wszystko własnym sumptem niż wynająć ekipę.

– Nauczyłem się u siebie, a potem zacząłem weekendami pomagać ojcu. Kiedy nabrałem wprawy, zacząłem dorabiać na Fixly. Dziś utrzymuję się tylko z tego, a pracę handlowca porzuciłem bez żalu – opowiada.

Jak wygląda jego praca przez aplikację? Najpierw musi wykupić punkty (żetony), którymi płaci za dostęp do zapytań (ogłoszeń) klientów. Pakiet 300 punktów wystarczający mu na ok. 2 tygodnie kosztuje 399 zł. Kiedy już je zakupi, może zwykle za kilka lub kilkanaście z nich (stawki w zależności od kategorii usługi i lokalizacji wahają się od 0 do 50) odpowiedzieć na wystawioną ofertę i zaproponować swoją stawkę za wykonanie usługi. Oczywiście bez gwarancji, że klient wybierze akurat jego. Najłatwiej wyjaśnić to na przykładzie.

fot. Dusan Petkovic / Shutterstock.com

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy klientem i chcemy zamontować w łazience nową umywalkę. Wystawiamy ogłoszenie na Fixly, a po chwili zgłasza się do nas pięciu chętnych wykonawców. Każdy z nich proponuje swoją cenę. Wybieramy jednego z nich i umawiamy się na konkretny termin. Z perspektywy Adama wygląda to nieco inaczej.

– Trzeba rywalizować jak najniższymi stawkami i dostosowywać się do klienta, co oznacza pracę nawet późnymi wieczorami i w weekendy. Klientowi zależy, aby robota była zrobiona szybko i tanio. Wybiera więc tych, którzy mogą wykonać zlecenie „na już”, a przy tym oferują niską cenę. Trwa wyścig w dół, bo gdy klient wybierze innego fachowca, to tracę żetony – wyjaśnia Adam. Efekty są takie, że pracuje po 12-14 godzin dziennie, sześć dni w tygodni. A czasem też w niedzielę. – Oczywiście mógłbym odmawiać weekendowych zleceń, ale to zwykle w soboty klienci chcą załatwić drobne remonty – dodaje.

Fixly podkreśla, że jest tylko platformą. Twierdzi, że nie jest pracodawcą, a jedynie łączy klientów z fachowcami, którzy „nie są jej pracownikami, a użytkownikami”. Umywa więc ręce od tego, czy zawierają oni ze sobą umowy. Zwykle więc żadnej umowy nie ma. Adam mówi, że ma to swoje plusy. – To pieniądze do ręki, bez podatków – mówi. Doskonale zdaje sobie sprawę, że to właściwie praca na czarno. – Skoro nie ma umowy, to nie ma podatków, składek. Teraz zarabiam więcej, ale na emeryturę sam muszę oszczędzać. Czy oszczędzam? Na razie urządzam mieszkanie, a potem zobaczymy – uśmiecha się gorzko.

Ale szybko poważnieje, gdy pytam o ubezpieczenie. Bo w razie wypadku, a o taki w budowlance nietrudno, nie przysługuje mu choćby zwolnienie lekarskie. – Cieszę się, że nie jestem elektrykiem – śmieje się. – Ale i bez tego raz już musiałem zrobić sobie L4, oczywiście bezpłatne. Wiercąc w ścianie, nie założyłem ochronnych gogli i odprysk wbił mi się w oko. Nie mogłem pracować dwa tygodnie, więc nie zarabiałem – wspomina.

Zapytałem Fixly, czy i w jaki sposób firma kontroluje przepływ płatności między klientami a fachowcami. Biuro prasowe odpowiedziało mi, że „wszelkie ustalenia dotyczące stawki za zlecenie, terminów realizacji czy sposobów płatności potwierdzają między sobą zlecający z wykonawcami. Wykonawcy zarejestrowani na Fixly nie są naszymi pracownikami, nie możemy więc wpływać w żaden sposób na rozliczenia między stronami”. 

Jeszcze w połowie 2019 roku na Fixly działało ponad 50 tys. fachowców, a dziś jest ich już prawie 160 tys., czyli trzy razy tyle.

– Podatnicy tracą dziś, ale będą też tracić w przyszłości, bo pracujący w ten sposób ludzie nie odkładają nic na emeryturę, a więc to państwo będzie musiało utrzymywać ich na starość, oferując opiekę socjalną. Te ich dzisiejsze zyski to późniejszy koszt wszystkich podatników – komentuje dr Polkowska. – Skoro państwo nic z tym nie robi, to później będzie musiało liczyć się z konsekwencjami – dodaje ekspertka. 

Trzecia. Copywriterka

O pracy nie dla mobilnej aplikacji, ale internetowej platformy Useme opowiada Justyna, mieszkająca w niewielkiej miejscowości pod Poznaniem. Jest byłą dziennikarką, a obecnie copywriterką. Od ponad roku zajmuje się pisaniem marketingowych tekstów pod SEO na zlecenie. W tym samym miejscu dorabia też tłumaczeniami.

Pracę w zawodzie dziennikarki w lokalnym portalu straciła na kilka miesięcy przed pandemią. Potem próbowała różnych rzeczy: od prac biurowych aż po obsługę mediów społecznościowych. Jednak ciągle ciągnęło ją do pisania. Justyna dostrzega plusy pracy dla platformy. Przekonuje ją to, że może pracować zdalnie, nie musi tracić czasu na dojazdy do Poznania, ma nienormowany czas pracy, więc obowiązki wykonuje wtedy kiedy jej odpowiada, a to szczególnie ważne, bo ma dwoje małych dzieci.

– Pracuję na umowie o dzieło. Dzięki platformie dużo łatwiej wyegzekwować pieniądze od zleceniodawców. Wcześniej nawet znane tytuły ociągały się z płatnościami. Nieraz musiałam czekać na przelew miesiącami. Niektóre do dziś wcale nie zapłaciły. To prawdziwa plaga. A platforma daje pewną osłonę. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktoś nie zapłacił – mówi Justyna. Przeszkadza jej brak płatnego urlopu czy chorobowego, ale docenia niezależność. – Nikt nie stoi mi nad uchem. Sama wybieram zlecenia. Ustalam cenę, a jak jest za niska, to mogę odmówić. Podoba mi się, że od początku wiem, ile zarobię na rękę, ile wynosi prowizja, a ile z całej kwoty to podatek – dodaje.

fot. Fulltimegipsy / Shutterstock.com

Justyna pracuje przez platformę w pełnym wymiarze i oczywiście całkiem zdalnie stając się już niemal sztandarowym przykładem nowego typu pracownika: zoomującego. Pracuje zwykle ok. 160 godzin miesięcznie czyli jakby była na klasycznym etacie. Ale czasem, kiedy potrzebuje dorobić, dobija nawet 200 godzin. Rywalizuje głównie niską ceną. – Jak to się mówi: idę na ilość. Miesięcznie piszę nawet 400-500 różnej wielkości tekstów. Zarabiam ok. 3 tys. zł, już po potrąceniu podatków i prowizji platformy – mówi i przyznaje, że nie może podnieść cen, bo na platformie jest ogromna konkurencja. Pod każdym zleceniem jest co najmniej kilkunastu chętnych. Panuje ostra rywalizacja. Wygrywa zwykle ten, kto zaproponuje najniższą stawkę i ma dobre opinie. O te jednak na początku nie jest łatwo.

Justyna wspomina, że musiała wykazać się nie lada determinacją. Przez pierwsze miesiące, zanim wyrobiła „portfolio i zebrała dobre opinie”, dostawała zaledwie kilka zleceń miesięcznie, do tego kiepsko opłacanych. – Musiałam zacisnąć zęby, aby móc zebrać dobre opinie, ale nie były to kwoty, które pozwoliłyby się utrzymać. Na szczęście mogłam liczyć na męża. Teraz mam kilku stałych klientów, więc wiem, że na minimalną pensję zarobię. Ale do końca nigdy nie wiem, ile będzie zleceń w przyszłym miesiącu. Trudno w ten sposób planować wydatki.

Również Useme podkreśla, że jest jedynie platformą łączącą freelancerów ze zleceniodawcami, a ci pierwsi, których jest już ponad 61 tysięcy, „nie są pracownikami firmy”. „Minimalna prowizja, od której rozliczamy umowy, wynosi 10 zł, a maksymalna 150 zł, którą osiągają umowy o wartości 2200 zł. Powyżej tej kwoty niezależnie od faktycznej wartości zlecenia prowizja nadal będzie wynosiła 150 zł” – wyjaśnia biuro prasowe.

Useme przyznaje, że w ostatnich latach zrezygnowała z prowizji procentowej i progowej na rzecz obliczania jej proporcjonalnie do wysokości rozliczanej kwoty ze względu na nowy obowiązek rejestracji umów o dzieło w ZUS. Te zmiany nie były jednak w żaden sposób negocjowane z osobami pracującymi za pośrednictwem Useme. Dlaczego? „Ponieważ nie łączy nas stosunek pracy, natomiast modyfikację cennika wprowadziliśmy w odpowiedzi na głosy, że dla umów o większej wartości nasza prowizja jest odczuwalna” – wyjaśnia biuro prasowe.

Regulować czy nie regulować?

Na Zachodzie coraz głośniej mówi się o potrzebie regulacji pracy platformowej. W Polsce po wielu miesiącach nie bez oporów nieco uregulowano kwestię przewozu osób. W innych krajach w życie wchodzą pierwsze rozwiązania normujące sytuację. Najwięcej wydarzyło się kilka tygodni temu (w maju) w Hiszpanii, gdzie tamtejszy rząd wprowadził ustawowe regulacje pracy platformowej kurierów rowerowych i motocyklowych. Zmienił przepisy w taki sposób, że m.in. Uber Eats, Glovo czy Deliveroo muszą w ciągu trzech miesięcy zatrudnić ich jako zwykłych pracowników z tradycyjnymi osłonami socjalnymi, czyli m.in. składką zdrowotną, emerytalną i regulowanym czasem pracy. Słowem nie będą mogły już udawać, że kurierzy to „niezależni dostawcy i samodzielni przedsiębiorcy”.

Kurierzy pracujący dla Glovo, fot. Davide-bonalde / Shutterstock.com

Nad regulacją pracy platformowej pracuje też Unia Europejska. Dostrzegła, że cyfrowe korporacje wypracowały model, w którym omijają podstawowe, zapisane w kodeksach pracy gwarancje dla zatrudnianych. 

– To dla Unii Europejskiej palący i bieżący problem – zauważa Blanka Wawrzyniak, analityczka polskich i unijnych regulacji z Fundacji Instrant. W jednym ze swoich raportów nt. gospodarki cyfrowej sugerowała, że rozwiązaniem mogłyby być zmiany w kodeksie pracy rozszerzające definicję pracownika o pracowników platformowych.

– Drugim rozwiązaniem jest wprowadzenie zupełnie nowej kategorii zatrudnienia, która obejmowałaby osoby pracujące w tym modelu. Pierwsza opcja wydaje się bardziej skuteczna, bo pracownicy platformowi podlegaliby takim samym regulacjom jak tradycyjni pracownicy, a dodatkowo uniknęlibyśmy ryzyka związanego z tym, że nowa kategoria wprowadzi nieścisłości i możliwości kolejnego obejścia przepisów – dodaje.

Także profesor Mrozowicki widzi dwa wyjścia. Pierwsze to zgoda na postępowanie pracy platformowej i dalsze uelastycznienie rynku pracy. – Odpowiedzią na ten model mógłby być bezwarunkowy dochód podstawowy, który zmieniłby sposób zapewniania ubezpieczenia społecznego, a finansowany byłby z podatku od świadczonych usług raczej niż ze składek na ubezpieczenia społeczne – mówi prof. Mrozowicki. Druga zaś to obrona tradycyjnego modelu pracy, czyli zmuszenie platform, aby korzystających z ich aplikacji kurierów uznawały za swoich pracowników.

Prof. Renata Włoch dodaje, że zmiany powinny być regulacjami ponadnarodowymi, wprowadzanymi np. przez Unię Europejską, bo poszczególne państwa mogą nie być w stanie skutecznie ścigać się ze zmianami prawa z globalnymi korporacjami. – Bez regulacji będziemy wracać do brutalnego XIX-wiecznego kapitalizmu, w którym pracownicy nie mogą liczyć choćby na podstawowe zabezpieczenia – wyjaśnia prof. Włoch.

Fot. MikeDotta / Shutterstock.com

Problem jeszcze mocniej widać w pandemii. – Pracownikom platformowym nie przysługuje zwolnienie lekarskie. Kiedy więc chorowali na koronawirusa albo byli zmuszeni do kwarantanny, to pozostawali bez środków do życia – mówi prof. Mrozowicki.

Na brak zabezpieczeń osób świadczących pracę w ten sposób zwrócił również uwagę Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich. W marcu tego roku apelował on do wicepremiera Jarosława Gowina o podjęcie działań, które zabezpieczyłyby tych pracowników. Bowiem polska konstytucja zobowiązuje władze do ochrony każdej pracy, nie tylko tej świadczonej w ramach Kodeksu pracy. Jednak resort rozwoju, pracy i technologii problemu nie zauważył, stwierdzając, że w polskim prawie obie strony mają przecież „swobodę wyboru rodzaju umowy”. „Niestety, odpowiedź nie wskazuje na gotowość podjęcia działań dla uregulowania tej kwestii” – zauważył RPO i pod koniec maja, po głośnych strajkach kurierów Glovo, ponownie zwrócił się z interwencją do wicepremiera Gowina.

Drugą ścieżką wydają się podążać sądy najwyższe w kolejnych krajach, gdzie orzekane są korzystne dla pracowników wyroki. Tak było w Hiszpanii, Włoszech, a w lutym w Wielkiej Brytanii. Tamtejszy Sąd Najwyższy odrzucił argument Ubera, że firma jest jedynie pośrednikiem między kierowcami a klientami i orzekł, że kierowcy Ubera są faktycznie jego pracownikami. Oznacza to więc, że przysługują im wszystkie prawa pracownicze. Sprawa nie jest jednak ostatecznie zakończona. Brytyjski Uber twierdzi bowiem, że wyrok odnosi się tylko do niewielkiej grupy kierowców korzystających z aplikacji w 2016 r.

I nic dziwnego, że tak się broni. W końcu przyznanie, że wszyscy jego partnerzy to faktycznie pracownicy, stworzyłoby tu niebezpieczny precedens.

Zdjęcie główne, protest kurierów pracujących dla aplikacji, São Paulo, 1 czerwca 2020 r., fot. BW Press / Shutterstock.com