SW+

Wszyscy ludzie Zuckerberga. Oto jak Dolina Krzemowa instaluje się na Kapitolu

803 interakcji
dołącz do dyskusji

Avril Haines, Antony Blinken, Renata Hesse. Nie kojarzycie tych nazwisk? Warto je zapamiętać, bo tych nowych członków ekipy Joe Bidena łączy jedna ważna cecha. Mają niebezpiecznie bliskie związki z Doliną Krzemową.

17 stycznia 1961 roku, niemalże co do dnia 60 lat temu, z urzędem żegnał się przed kamerami zupełnie inny amerykański prezydent. Dwight Eisenhower, republikanin i generał, zaskoczył słuchaczy swojego ostatniego wystąpienia. Ustępujący prezydent mimo swojej bliskości z armią i i wieloletniej służby w mundurze, przestrzegł kraj przed nowym zagrożeniem, które nazwał „kompleksem militarno-przemysłowym”. 

Eisenhower mówił, że wpływ przemysłu zbrojeniowego i jego związki zarówno z armią, jak i politykami, tworzą nieznane wcześniej ryzyko. To groźba powstania nowego ośrodka władzy, który będzie dysponował tak niszczycielską, jak i nieokiełznaną siłą. Politycy mogą ukazać się ulegli wobec presjil, a nadużyć – jeśli do nich dojdzie – nikt nie rozliczy w porę. Przemysł zbrojeniowy, jednym słowem, mógł zdobyć zbyt duży wpływ na amerykańską politykę. 

Wystąpienie Eisenhowera było wyjątkowe, bo świat usłyszał je, gdy na dobre już trwała zimna wojna pomiędzy USA i ZSRR. Nikt – a już na pewno nie sam prezydent – nie bagatelizował potrzeby rozwoju techniki wojskowej i zwiększania zdolności obronnych Ameryki. Prezydent wiedział jednak i chciał tak mocno, jak to możliwe, pokazać związane z tym ryzyko: za niezbędny postęp możemy zapłacić cenę skupienia władzy w rękach garstki korporacji i posłusznych im polityków. 

Współczesny Eisenhower ostrzegałby przed tym samym zagrożeniem, ale ze strony innej branży. 

Przed kompleksem „algorytmiczno-krzemowym” albo „społeczno-inżynieryjnym”. Przed nadmiernym wpływem na rzeczywistość cyfrowych gigantów, miliarderów zameldowanych gdzieś w Cupertino i Palo Alto oraz tłumów ich lobbystów na hojnych kontraktach w Waszyngtonie. Mamy zresztą czasy innej zimnej wojny, tym razem cyfrowej. Z innym czerwonym przeciwnikiem ze wschodu – tym razem nie Moskwą, a Pekinem. 

Dziś więc, chcąc patrzeć władzy na ręce, należy śledzić, kto i jakie ma relacje z Doliną Krzemową. Gdzie płyną pieniądze i kto przechodzi przez jak to mawiają Amerykanie revolving door, czyli drzwi obrotowe między biznesem, lobbyingiem i polityką. Gdzie sięga, a gdzie nie dociera wpływ “krzemowego kompleksu” – o ile w ogóle są jakieś wolne od jego wpływów enklawy.

Od Palantira do wywiadu  

Teraz, gdy Joe Biden obejmuje urząd prezydenta USA, najwięcej uwagi skupia się na tym, jak różnorodna będzie jego administracja – z historycznie największym udziałem kobiet i liczną reprezentacją niebiałej Ameryki. Jednak nie mniej znaczące pytanie to skąd biorą się ci ludzie i co ich przeszłość mówi o zamiarach Bidena? 

Już latem 2020 roku do prasy zaczęły wyciekać informacje, że sztab Bidena rekrutuje w Dolinie Krzemowej. „Joe Biden był krytykiem Big Tech, sztorcował Facebooka i mówił, że koncerny internetowe powinny utracić specjalne przywileje. Ale jego sztab po kryjomu otwierał szeroko drzwi dla ludzi pracujących dla cyfrowych gigantów, którzy zgłaszali się do pracy przy kampanii lub w grupach doradzających Bidenowi. To zaś wywołało obawy krytyków branży cyfrowej, przestrzegających przed próbą przeciągnięcia administracji nowego prezydenta na stronę Doliny Krzemowej” – pisali David McCabe i Ken Vogel w „New York Timesie” w sierpniu

Reporterzy NYT mieli dobre informacje. W ich tekście pojawiło się choćby nazwisko Avril Haines, która objęła ważną pozycję w „gabinecie cieni” – czyli transition team – Bidena. Haines przez ostatnie lata pracowała dla założonej przez byłych urzędników Obamy firmy konsultingowej WestExec i (co w tym kontekście ważniejsze) dla kontrowersyjnej firmy Palantir. 

Współwłaścicielem Palantira jest miliarder-libertarianin Peter Thiel, popierający w ostatnich latach Trumpa. Krytycy firmy oskarżają ją o to, że narzędzia do data-miningu, jakie oferuje, posłużyły do wielu nadużyć ze strony policji i agencji szpiegowskich. Palantir – pisali dziennikarze krytycznego wobec amerykańskich służb serwisu „The Intercept” – był współtwórcą światowej machiny szpiegowskiej NSA, ujawnionej przez wycieki Edwarda Snowdena. Trzeba jednak przy tym wszystkim pamiętać, że firma Thiela – nazwa której wywodzi się z Tolkiena i ma cokolwiek złowróżebne znaczenie – jest oskarżana o udział w oburzających i nieetycznych praktykach rządu, a nie o korupcję czy tajny wpływ na władzę. Praca doradczyni Bidena dla kontrowersyjnej firmy była jak najbardziej jawna. Od Palantira, jak ujawniła Haines w swoim zeznaniu majątkowym, otrzymała przez trzy ostatnie lata 180 tysięcy dolarów za konsulting. 

Teraz jako pierwsza kobieta w historii obejmie w rządzie funkcję Dyrektor Wywiadu i będzie nadzorować te same agencje, których klientem był Palantir. Ta nominacja nie musi od razu oznaczać jawnego konfliktu interesów. Ale dobrze pokazuje, jak mocno mogą przenikać się światy technologii, bezpieczeństwa narodowego, korporacyjnego konsultingu i polityki. To o tyle ważne, że Haines tuż po zaprzysiężeniu zapowiedziała, że jednym z priorytetów w jej pracy będą Chiny.

Krzemowa ekipa Bidena 

Oczywiście ciąg technologiczny między Doliną Krzemową, a administracją nowego prezydenta się na dyrektor Haines nie kończy. 

Związki z sektorem technologicznym, nawet jeśli nie tak oczywiste jak Haines, ma ktoś dużo bliższy Bidena. Wspomnianą firmę doradczą WestExec współzakładał Antony Blinken, dziś szef Departamentu Stanu, czyli amerykańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. To jeden z najwierniejszych i najbliższych prezydentowi doradców – Blinken zaczął pracę jako młody urzędnik jeszcze w czasach prezydenta Clintona, ale to z Bidenem związał się na całe życie. 

Antony Blinken przemawia w ttowarzystwie prezydenta elekta Joe Bidena, 12 styczen, 2021
fot. vasilis asvestas / Shutterstock.com

Doradzał mu w Senacie, gdy Biden przewodniczył komisji ds. Zagranicznych dwadzieścia lat temu i razem z Bidenem trafił do Białego Domu Obamy, gdzie kontynuował karierę. WestExec założył, gdy do władzy doszedł Trump. Firma ta – która wzięła swoją nazwę od jednego z korytarzy prowadzących do prezydenckich gabinetów w Waszyngtonie – była tak pełna urzędników i polityków, że niektórzy nazywali ją „rządem Bidena w blokach startowych”. 

WestExec nie ujawnia, jakich konkretnie miało klientów z branży technologicznej i na ile opiewały kontrakty. Ale wiadomo, że wśród firm, dla jakich świadczył usługi WestExec, był Facebook. Sprawa byłaby może mniej kontrowersyjna, gdyby firma konsultingowa sama nie budowała swojej marki na bliskości z polityką i skojarzeniami z (dosłownie!) dostępem do korytarzy władzy. Teraz, gdy WestExec rzeczywiście służy za ławkę rezerwowych dla administracji w Waszyngtonie, pytania o to, dla kogo i za ile pracowali dzisiejsi urzędnicy, stają się bardzo uzasadnione

Blinken nie zdradza, dla kogo pracował WestExec, ale sam na swojej liście płac za ostatnie lata wymienia m.in Facebooka, Ubera, Microsoft, LinkedIn. Dla mediów o pracy z Blinkenem on-the-record wypowiedzieli się przedstawiciele Ubera i Microsoftu. Inni nie zdradzają co robił dla nich dzisiejszy szef amerykańskiej dyplomacji. Niektóre doniesienia podkreślają też związki WestExec z „niekomercyjnymi” tworami korporacji takich jak Alphabet/Google czy Facebook, jak think-tanki czy organizacje filantropijne. 

W 2018 roku inna współzałożycielka WestExec Michelé Flournoy wywołała mały skandal, gdy pochwaliła się w wywiadzie, że ich firma pomaga zdobyć małym start-upom z Doliny Krzemowej kontrakty zbrojeniowe. Oczywiście Flournoy nie miała na myśli nic nielegalnego. Jedyne czego chciała, to się pochwalić, że dzięki WestExec mniej doświadczone i bardziej innowacyjne firmy też mają szanse wykonywać ważne zadania dla rządu i rozwijać kontakty na globalnych rynkach. To stwierdzenie ściągnęło na nią krytykę, z której jeszcze całkiem niedawno musiała tłumaczyć się przed reporterami POLITICO jej rzeczniczka – zaprzeczając, jakoby Flournoy była zaangażowana w jakiekolwiek negocjacje z Departamentem Obrony. To właśnie w kontekście Flournoy i jej licznych (bo WestExec to nie jedyna firma, z jaką pracowała) projektów w sektorze prywatnym, media zaczęły przypominać, że „kompleks militarno-przemysłowy” żyje i ma się w XXI wieku równie dobrze. 

Szczególnie, że jeszcze niedawno Flournoy była typowana na stanowisko szefowej Departamentu Obrony. Jej szanse spadły po licznych nieprzychylnych komentarzach i raportach organizacji watchdogowych, takich jak Project on Government Oversight. POGO nazywa jej działaność „lobbingiem na pilota” (bo sama Flournoy nie była zarejestrowana jako lobbystka) i wytyka, że jej propozycje na rozwój obronności USA to przede wszystkim „otwarte drzwi dla Doliny Krzemowej”. Kiedy indziej - jak przypomina raport - Flournoy miała powiedzieć, że współpraca sektora technologicznego i rządu to „przyjemne i pożyteczne w jednym” (konkretnie użyła pojęcia labour of love, czyli dosłownie „pracy z miłości”). 

Firmy w rodzaju WestExec, które nie rejestrują swoich doradców jako lobbystów oskarżane są coraz częściej o brak jawności i omijanie dobrych praktyk – bo podlegają niższym standardom rządowego nadzoru i wymogom jawności niż twardy lobbying. A trzeba pamiętać, że dziś Dolina Krzemowa wydaje w Waszyngtonie rekordowe sumy. Według niektórych kalkulacji Biden był zaś najchętniej wspieranym przez sektor technologiczny kandydatem od czasów wynalezienia prądu. 

Nie dla BigTechów

W przeddzień inauguracji Joe Bidena i Kamali Harris koalicja ponad 40 organizacji pozarządowych wystąpiła do prezydenta-elekta z apelem, by nie zatrudniał już więcej ludzi z sektora cyfrowego na stanowiskach, które wymagają nadzoru nad Big Tech. „Wierzymy, że zatrudnianie urzędników bez związków z biznesem, zajmujących się walką z monopolami i nadzorem przemysłu – w szczególności w odniesieniu do technologii – pomoże odzyskać zaufanie społeczne do rządu w tym krytycznym i ważnym momencie naszej historii, w jakim się znaleźliśmy” – piszą. 

Joe Biden, podczas kampanii prezydenckiej. Fot. Matt Smith Photographer / Shutterstock.com

Bezpośrednim powodem do wystosowania tego apelu była nominacja na stanowisko, które zazwyczaj nie budzi aż takiego zainteresowania. Mowa o urzędzie szefowej wydziału antymonopolowego w Departamencie Sprawiedliwości. Plotki z Waszyngtonu przyniosły bowiem nazwisko Renaty Hesse, prawniczki która w przeszłości występowała w imieniu m.in Google i doradzała Amazonowi. Krytycy tej kandydatury wskazują na możliwość konfliktu interesów i zwyczajny niesmak – dlaczego nie znaleźć kogoś, kto nie pracował dla cyfrowych gigantów na stanowisko, które będzie wymagało uważnego patrzenia im na ręce i niezależności? Tym bardziej, że w tej kadencji ekipa Bidena odziedziczy kilka istotnych postępowań, m.in przeciwko Google i innym wielkim firmom z Doliny Krzemowej, którymi zajmować się będzie zarówno Departament Sprawiedliwości, jak i FCC, czyli Federalna Komisja Łączności. 

Dodatkowo po wydarzeniach z początku stycznia gdy tłum zainspirowany wypowiedziami Donalda Trumpa i teoriami spiskowymi z mediów społecznościowych wdarł się na Kapitol oczy już nie tylko prawników i analityków skierowały się w stronę odpowiedzialności platform cyfrowych. I nawet, a może szczególnie decyzje kolejnych gigantów od Facebooka zaczynając, o blokadach nakładanych na Trumpa wcale nie uspokoiły krytyków. Od nowego prezydenta i jego administracji wszyscy spodziewają się więc dziś zdecydowanych kroków związanych z regulacjami cyfrowych gigantów. 

W takiej atmosferze nie dziwi więc, że pilnie śledzony jest każdy nowy członek administracji Trumpa i jego ewentualne powiązania z Doliną.

 - Ściąganie kogokolwiek z sektora Big Tech do pracy w dziedzinie antymonopolowej to polityczna i prawna katastrofa – mówi aktywistka i pisarka, zwolenniczka rozbicia monopoli cyfrowych Zephyr Teachout w rozmowie z „Interceptem”. – Wiemy, jak działają te drzwi obrotowe. Ideologia wielkiego biznesu ustawia ideologię rządu.

Cyfrowy skok na Biały Dom

Nawet stateczny Reuters donosi, że Big Tech planuje „cichy skok na rząd”. - Dolina Krzemowa pracuje po cichu za zamkniętymi drzwiami, by szereg mniej eksponowanych, ale istotnych pozycji w administracji Joe Bidena trafił do rąk jej sojuszników – pisała na stronach agencji Nandita Bose. 

Działania z ostatnich dni i tygodni pokazują, że te prognozy sprawdzają się w stu procentach. Bose donosiła, że dochodziło wręcz do takich sytuacji, że szefowie największych korporacji cyfrowych osobiście próbowali wskazywać nazwiska osób, które należy powołać na najwyższe stanowiska w państwie.

Kamala Harris na okładce francuskiego Elle, październik 2020
fot. Hadrian / Shutterstock.com

Pod koniec listopada Reuters, powołując się na swoje źródła podał, że Eric Schmidt, były dyrektor generalny Google'a, jest głównym kandydatem na stanowisko dyrektora ds. nowych technologii w Białym Domu. Póki co ten awans się nie potwierdził. 

Podobnie jak inne sensacyjne spekulacje wskazujące, że wiceprezydentka Kamala Harris w przypadku odrzucenia kandydatury Schmidta zamierza zaproponować Sheryl Sandberg czyli byłą szefową operacyjną w Facebooku – numer dwa po Marku Zuckerbergu. Za tymi plotkami stoi silne przekonanie, że Harris ma bardzo poważne związki z Doliną Krzemową i to, że ma je od lat a konkretnie odkąd po raz pierwszy ubiegała się o stanowisko prokurator generalnej w Kalifornii. Wtedy jej donatorką była właśnie Sandberg. Co więcej Harris pojawiła się też na wystawnym weselu Seana Parkera – wczesnego inwestora w Facebooka.

Współczesny Eisenhower zdecydowanie miałby przed czym ostrzegać. 

Jakub Dymek – kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Publikował m.in w „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Dwutygodniku”, Gazecie.pl i Newsweeku. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. Można go również czytać na portalu Substack.