Latami w Polsce cyfryzowano szkoły, zamiast cyfryzować edukację. Jak to teraz naprawić

Latami w Polsce cyfryzowano szkoły, zamiast cyfryzować edukację
558 interakcji
dołącz do dyskusji

16 marca 2020 roku skończył się w Polsce XX wiek. A przynajmniej skończył się w polskiej szkole. – W końcu zdjęto nam ten kaganiec, ten zakaz prowadzenia czegokolwiek metodą online – wzdycha Barbara Halska, nauczycielka informatyki. Co najważniejsze, nawet jak skończy się pandemia, to stara szkoła już nigdy nie wróci.

Elżbieta uczy matematyki od niemal 40 lat. Przeżyła zmianę ustroju, dwie wielkie reformy szkolnictwa, kilkanaście zmian podstawy programowej. Widziała, jak cały świat, a wraz z nimi kolejne roczniki uczniów poznają, czym są PC-ty, smartfony i tablety. Słyszała o kolejnych pomysłach na pchnięcie polskich szkół w ten informatyczny wyścig. Zmieniające się rządy obiecywały przecież „tablet dla każdego ucznia”, „cyfrową szkołę” i „ePodręcznik”.

Kiedy jednak przez pandemię cyfrową szkoła przestała być rządowym programem, a stała się rzeczywistością, okazało się, że wszystkie dotychczasowe doświadczenia nie przygotowały Elżbiety na to, co nadeszło. Zresztą nie tylko jej. Niemal 600 tys. nauczycieli, 4,6 mln uczniów i ich rodziny zostały po prostu wrzucone na głęboką wodę rewolucji w nauce. 

– Teoretycznie mogliśmy się tego spodziewać. Przecież o tym, że edukacja musi się cyfryzować, apelowano od lat. Przygotowywano analizy, badania, było już bardzo dużo narzędzi do nauki zdalnej. Ale nie oszukujmy się, nikt nie szykował się na taką zmianę z marszu i w masowej skali – mówi SW+ Magdalena Biernat, Dyrektorka Centrum Cyfrowego. 

Elżbieta wzięła się sama do nauki: Zoom, Teamsy, YouTube, maile do wszystkich uczniów i wszystkich rodziców. Nie ma wyjścia – trzeba dogonić świat. Czasem nawet wydaje się jej, że już jest nieźle. Ale potem zdarzają się takie dni, gdy próbuje klasie wysłać sprawdzian, a program za nic nie chce przesłać pliku. Nauczycielka męczy się z tym godzinę, coraz bardziej denerwuje, uczniowie narzekają, śmieją się, ktoś zaczyna nagrywać nieudaną lekcję. 

Na koniec okazuje się, że program odmawia przesłania załącznika w wersji .doc, bo uznaje tylko .docx. – Skąd ja mam to wiedzieć? Nie było żadnego komunikatu. Nikt mi też tego nie powiedział, nie przeszkolił. Niech już ta pandemia się skończy – wzdycha zniechęcona nauczycielka i coraz częściej wspomina o przejściu na wcześniejszą emeryturę. 

Niestety nie jest w tym odosobniona. Pandemia wymusiła rewolucję w edukacji, a rewolucje zawsze mają swoje ofiary. Sfrustrowani nauczyciele, przemęczeni siedzeniem w domach uczniowie, rodzice, którzy nagle sami musieli stać się domowymi nauczycielami. Wszyscy jak mantrę powtarzają, że chcieliby wrócić do normalności. Tyle że to, co teraz przeżywa polska szkoła, będzie właśnie normalnością. 

Musimy sobie jasno powiedzieć: nawet po skończeniu pandemii e-szkoła z nami zostanie. Może w mniejszym wymiarze, ale zostanie. Wyciągnijmy wnioski z tej nauki i zacznijmy prawdziwą reformę.

Skupiliśmy się na dostarczeniu sprzętu, podłączeniu szkół do sieci, ewentualnie e-podręcznikach. Cyfryzowały się szkoły.
A powinna cyfryzować się edukacja

– Na koniec 2020 roku nie powinno być nad Wisłą szkoły, która nie będzie posiadała dostępu do internetu – ogłosił w ubiegłym roku Marek Zagórski, szef ówcześnie jeszcze działającego resortu cyfryzacji. Plan, o którym mówił, to projekt Ogólnopolskiej Sieć Edukacyjnej (OSE), który wdrażany jest od 2017 roku. Podłączenie szkół do szybkiego szerokopasmowego internetu było postrzegane jako kluczowe, by pchnąć edukację na nowe tory.

Latami mówiąc o cyfrowej szkole, myślało się w Polsce o tradycyjnej szkole, ale z cyfrowymi narzędziami. Na kolejne takie projekty szły setki milionów złotych. Czasem wydawanych lepiej, czasem gorzej. W 2012 roku rozpoczęto pilotaż projektu „Cyfrowa szkoła”. Za 50 mln zł kupiono sprzęt dla 399 podstawówek i przeszkolono niemal 4 tys. nauczycieli. Oficjalnie odtrąbiono sukces pilotażu ale ... nie zdecydowano się na jego rozszerzenie na wszystkie placówki.

W tym samym czasie ruszył też wyceniony na 45 mln zł projekt „E-podręcznik”, czyli plan stworzenia dostępnych nie tylko online, ale także interaktywnych podręczników dla szkół: od podstawówki po liceum. Tego pomysłu po różnych perturbacjach nie porzucono i sporo e-podręczników – choć różnie ocenianych – powstało.

W 2017 roku wraz z nowym rządem postawiono na inne pomysły na informatyzację szkół. MEN odpalił „Aktywną tablicę” i za ponad 163 mln zł zakupiono interaktywne tablice do 12 tys. szkół podstawowych. Ministerstwo Cyfryzacji z Naukową i Akademicką Siecią Komputerową postawiły zaś na plan budowy wspomnianego OSE, czyli sieci szerokopasmowej dla szkół połączonej ze specjalnym portalem. Potrzeba szybkiego internetu była rzeczywiście poważna. W 2017 roku w Polsce tylko 10 proc. szkół miało dostęp do szerokopasmowej sieci o przepustowości powyżej 30 MB. Dziś z OSE korzysta (czy raczej ma taką możliwość) 20 tys. placówek.

W momencie, gdy uczniów i nauczycieli wysłano do domów, ogromna część tych inwestycji okazała się być tyleż przyszłościowa, co niepraktyczna. – Brak laptopów czy choćby dobrych smartfonów w domach uczniów i nauczycieli, konieczność dzielenia się z innymi członkami rodziny, często za słaby internet domowy, niedostosowane do nauki mieszkania... Zaskrzeczała smutna rzeczywistość – wspomina Biernat.

Ruszyły kolejne rządowe programy. „Mobilne Pracownie Komputerowe” miały zaoferować 800 szkołom zestawy po 16 laptopów w specjalnych, mobilnych szafkach. Szybko przemodelowano założenia i komputery zamiast do szkół trafiły do uczniów. Aktywną Tablicę powiększono o znaczek „+” i zmieniono w dofinansowanie do zakupu laptopów. W sumie, jak podliczał MEN, za ok. 400 mln zł kupiono 156 500 laptopów i ponad 66 500 tabletów. Dużo. Ale i tak za mało, by wypełnić sprzętową lukę. Do pomocy w jej zasypywaniu zruszyły prywatne firmy informatyczne i fundacje.

Filipiny

Jeśli nie zdalna szkoła, to co? 


Sierpień 2020, szkoła w Province w Filipinach zamknięta z powodu pandemii. fot. Aldwin Joseph Gimena / Shutterstock.com

Filipińskie Ministerstwo Edukacji podjęło niezbędną w tamtejszych warunkach decyzję: nowy rok szkolny został przesunięty o cztery miesiące, aby dać czas dzieciom, rodzicom i placówkom czas na przygotowanie.

– Wszyscy uczestnicy procesu edukacji zgodzili się, że należy opracować plan na wypadek ponownej fali epidemii lub klęsk żywiołowych. I taki plan powstał. Szkoły są przygotowane na różne scenariusze wydarzeń i gotowość do prowadzenia zajęć lekcyjnych online staje się standardem – mówi nam Sylvester Escobia, Head of Educational Services w firmie NUADU w Manili.

Państwo nie było w stanie postawić na przeniesienie całej nauki do trybu zdalnego. Więc postawiło na pewną elastyczność. Ale i tak do działania dopuszczane są tylko te szkoły publiczne i prywatne, które są w stanie zapewnić swoim uczniom nieprzerwaną edukację w jednym z trzech modeli. 

Model modularny – pakiety lekcyjne wysyłane pocztą trafiają do rodzica, który czuwa nad realizacją programu i odsyła materiały do oceny do szkoły.
Model online – nauczanie zdalne przy wykorzystaniu urządzeń z dostępem do internetu; korzystać z niego mogą ci, którzy posiadają odpowiednie urządzenia lub te szkoły, w których rząd zapewnił odpowiednie zaplecze techniczne.
Model hybrydowy – połączenie powyższych modeli: korespondencyjnego i online. Łatwiej było państwowym szkołom publicznym, które są dobrze finansowane. Za to niemal 30 proc. szkół prywatnych zostało zamkniętych ze względów ekonomicznych.

Odpalono też programy mające pomóc nauczycielom w przygotowaniu się do zdalnych lekcji. „Lekcja: Enter”, czyli szkolenia o wartości  wartości 40 mln, skierowane do 75 tys nauczycieli, a nawet portal „Zdalne lekcje” ze scenariuszami 3600 zajęć dla wszystkich poziomów nauczania. TVP zgodnie z misją zaczęła produkować telewizyjne programy edukacyjne. Jesienią ogłoszono zaś program 500+ dla nauczycieli na zakup akcesoriów komputerowych.

Po co wymieniamy tę litanię kolejnych programów, projektów i inicjatyw? By pokazać, że choć w unowocześnienie edukacji inwestowano od lat, to inwestycje były dopiero wprawką do dużej reformy.

85 proc. polskich nauczycieli przed pandemią nie miała żadnych doświadczeń z edukacją zdalną

Co więcej, nawet jeżeli je mieli, to były to doświadczenia raczej skromne. A to jakieś konsultacje z uczniami na Skype, a to udział w udział w webinarium – wynika z raportu Centrum Cyfrowego „Edukacja zdalna w czasie pandemii”.

Gdy więc nagle mieli odpowiadać za zdalną naukę dla całej Polski, zaczął się dramat. Jak to wyglądało, widział aż nazbyt dogłębnie każdy, kto ma dziecko w rodzinie.

Dr Maciej Dębski, prezes Fundacji Dbam o Mój Zasięg, jednoznacznie ocenia: polska szkoła i edukacja nie była w ogóle przygotowana do nauki zdalnej. Ani uczniowie, ani nauczyciele, ani rodzice.

– Ci ostatni wcześniej byli zwykle nieobecni, chodzili na wywiadówki, ale rzadko się interesowali czymś więcej. A teraz po raz pierwszy zobaczyli, jak ich dziecko się uczy, jaką ma kulturę uczenia. Zamknięcie szkół w czasie pierwszego lockdownu od marca do czerwca było jednym wielkim eksperymentem, z którym ministerstwo edukacji i szkoły oraz nauczyciele sobie nie poradzili – ostro mówi Dębski.

Niedziałający sprzęt, zrywające się łącza, zawstydzeni swoją nieporadnością nauczyciele, uczniowie, którzy nie wiedzieli czy to szkoła, czy jednak takie trochę wakacje przy udawanych lekcjach, włamania na Zoom, rajdy na e-lekcje. Marzec i kwiecień w pierwszym lockdownie to była jazda bez trzymanki, która jeszcze długo będzie koszmarem prześladującym polską szkołę. 

Ale był to też istny przewrót kopernikański. Takie zerwanie plastra za jednym zamachem.

– W końcu zdjęto nam ten kaganiec, ten zakaz prowadzenia czegokolwiek metodą online. Tu nie chodzi o to, aby zmienić tablicę kredową czy nawet interaktywną na wykład, ale o to, aby zaangażować uczniów – przyznaje ostro Barbara Halska, nauczycielka roku 2014 i trenerka Mistrzów Kodowania. I podkreśla, że taka zmiana jest trudna.

Rzeczywiście: i system, i same szkoły, które przecież często przed pandemią zakazywały uczniom korzystania ze smartfonów, przeżyły terapię szokową. Po latach opowiadania o wadze cyfryzacji okazało się, że system musiał zgłosić nieprzygotowanie. 

Oczywiście nie cały. – Szybko pokazały się różnice między szkołami prywatnymi, nastawionymi na elastyczny sposób nauki, ale także rozwój kompetencji cyfrowych wśród kadry, a skrępowanymi biurokracją publicznymi placówkami. Jakby tego było mało, Ministerstwo Edukacji Narodowej, które nakazało edukację zdalną, uznało, że wystarczy mieć do niej laptopy, jakieś tam e-podręczniki i tyle – wzdycha Olga Woźniak, dyrektorka prywatnej szkoły podstawowej o profilu przyrodniczo - językowym w Zalesiu Górnym „Eureka” i wieloletnia dziennikarka naukowa. 

W jej szkole od lat nauczyciele rozwijali cyfrowe umiejętności, zapraszani byli goście-praktycy na poszczególne zajęcia, uczniowie razem z nauczycielami wypracowali zasady korzystania ze smartfonów w szkole. – Z takim doświadczeniem przejście na naukę zdalną - choć wciąż niełatwe i na wielu polach dla wszystkich obciążające - i tak przyszło nam łatwiej niż tradycyjnym szkołom – dodaje Woźniak.

Te różne „pola obciążenia”, o których mówi dyrektorka „Eureki”, to miękkie problemy, o których początkowo nikt nie myślał. Wydawało się, że najważniejsze jest, by załatać dziury braku sprzętu, szybko podłapać podstawy Zooma i usadzić dzieci w domach przed ekranem w takim samym trybie, jak w szkole. 45 minut lekcji, przerwa, 45 minut lekcji.

Efekt: jak pokazał raport „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych w czasie epidemii koronawirusa” przygotowany przez Fundację Dbam o Swój Z@sięg, Fundację Orange i Polskie Towarzystwo Edukacji Medialnej, po wiosennej teleszkole ponad połowa nauczycieli i uczniów skarżyła się na brak prawdziwego odpoczynku, przepracowanie i nadmiar ekranów.

Przy jesiennej fali pandemii i drugim lockdownie te właśnie problemy uderzyły wyraźniej. I to o radzeniu sobie z nimi mówi się dziś. – Sprzęt można kupić, narzędzi do zdalnej pracy nauczyć, internet dociągnąć, odpowiednie treści do interaktywnej nauki znaleźć lub opracować. O wiele trudniejsze okazało się odnalezienie w świecie bez realnych kontaktów, bez rówieśników, bez spojrzenia w oczy – podkreśla Biernat. 

Największe problemy, na jakie wskazują uczniowie i nauczyciele podczas nauki zdalnej w czasie pandemii.
Najedź kursorem by zobaczyć konkretne wartości.

Dane: Edukacja zdalna w czasie pandemii, IV i X 2020, Centrum Cyfrowe.

– I na te problemy nie mamy dziś żadnych jednoznacznych odpowiedzi. Z jednej strony pojawiają się głosy, by nie zmuszać nastolatków do włączania kamerek, bo mogą się wstydzić siebie na ekranie i wstydzić też choćby swoich mieszkań. Z drugiej strony mówienie do wygaszonych ekranów bez spojrzenia na innego człowieka budzi ogromny dyskomfort, znużenie i zmęczenie. Póki co nikt nie ma na te zupełnie nowe problemy idealnej rady – podkreśla Woźniak.

Z cyfrową edukacją eksperymentuje cały świat i praktycznie wszędzie budzi ona opory, wywołuje kłopoty i głosy, że trzeba jak najszybciej wrócić do szkolnych murów 

W nielicznych krajach cyfrowa szkoła przyjęła się dosyć naturalnie. Możemy z zazdrością patrzeć na Finlandię, gdzie ponad 60 proc. uczniów w wieku 10-16 lat ocenia, że nauczyli się tyle samo lub nawet więcej niż przed pandemią. Pasi Sahlberg, fiński edukator, przypisuje to głównie dwóm kwestiom: trosce o słabszych uczniów i brakowi nierówności społecznych. – Finlandia jest przykładem kraju, którego edukacja osiągnęła doskonałość dzięki większej równości – pisze Sahlberg.

W Finlandii nauczyciele znajdują się na drugim miejscu wśród wszystkich zawodów pod kątem szacunku społecznego, a ich czas jest też lepiej wykorzystany. W Polsce nauczyciele w 2014 roku na faktycznym nauczaniu spędzali ledwie ok. 40 proc. czasu pracy. Ich fińscy koledzy ponad 80 proc. Tradycyjnie popularne są też zajęcia wyrównawcze, z których korzysta co trzeci uczeń. To pozwoliło tamtejszej szkole, gdy przyszła pandemia, szybciej przestawić się na tryb bardziej zindywidualizowany i elastyczny.  

Co kraj i co system edukacji, to od niemal roku eksperymenty z różnymi formami wsparcia zdalnej nauki (w ramkach opisujemy doświadczenia czterech bardzo różnych państw: Filipin, Irlandii, Singapuru i Estonii). Gdy w Polsce pomysł z programami edukacyjnymi w telewizji był jedną wielką porażką, to we Francji podobny rządowy program okazał się być sukcesem. France Télévisions i Arte odpaliły akcję „Nation Apprenante”, czyli „Uczący się naród”. W jej ramach nadawane są specjalne edukacyjne bloki. Rano programy dla szkół podstawowych, w południe „To wciąż nie jest fizyka jądrowa” dla gimnazjów, a popołudniami programy dla licealistów. Dodatkowo Radio France zaczęło produkować edukacyjne podcasty.

– Telewizyjne programy to był bardzo dobry pomysł, bo nie wszędzie jest dostęp do internetu, ale do telewizji już jak najbardziej. Można było w ramach tego projektu zrobić świetne lekcje – podkreśla Halska i opowiada, że też była zaproszona do tego, żeby prowadzić takie zajęcia z informatyki. – Ale jak zobaczyłam, jak wyglądały te pierwsze lekcje, że nie mają scenariusza, że nie są przygotowane, nie są przećwiczone, że to wystawianie nauczycieli na pośmiewisko, to zrezygnowałam.

Singapur

Lockdown się skończył, cyfrowa szkoła została


Kwiecień 2020, singapurscy uczniowie wracający ze szkoły. Kilka dni później rząd zdecydował o zamknięciu placówek. Fot. mentatdgt / Shutterstock.com
Singapurczycy o dziwo obawiali się przejścia na zdalne nauczanie. Jak pokazało badanie Citriksa z początku pandemii, aż 69 proc. rodziców dzieci w wieku od 7 do 17 lat uważa, że lokalne szkoły są nieprzygotowane lub co najwyżej częściowo przygotowane na taki tryb nauki. 

A przecież edukacja od zawsze była oczkiem w głowie państwa i okazją do pochwalenia się rezultatami na arenie międzynarodowej. W ostatnich wynikach testów PISA 15-letni Singapurczycy zajęli pierwsze miejsce. Najlepiej na świecie radzili sobie ze zrozumieniem globalnych problemów i działaniem w międzynarodowym środowisku.

Nie ma się więc co dziwić, że nowa sytuacja wywołała niepokój o przyszłość najmłodszych. Owszem, jeszcze przed pandemią aż 55 proc. uczniów korzystało z własnego komputera, ale i tak okazało się, że jest potrzebna pomoc. W kwietniu, kiedy kraj pogrążył się w lockdownie, Ministerstwo Edukacji przelało po 200 singapurskich dolarów (nieco ponad 500 zł) na edukacyjne konto każdego ucznia na skompletowanie niezbędnych urządzeń. 

Kwarantanna trwała aż do początku lipca i przebiegła tak dobrze, że co czwarty uczeń chciałby kontynuować naukę właśnie w ten sposób. Nauczyciele zainwestowali w interaktywne metody przeprowadzania zajęć. Motywem przewodnim okazała się gamifikacja: wykorzystanie quizów online do sprawdzania wiedzy uczniów, a także kompletowanie biblioteki nagranych wykładów, aby uczniowie mogli w każdym momencie powtórzyć dowolne zagadnienie.

Choć dziś dzieci wróciły już do szkół, to i tak zarządzono, że przynajmniej dwa dni każdego miesiąca zostaną poświęcone na nauczanie z domu. Lawrence Wong, Minister Edukacji, podkreśla, że celem jest zbudowanie pokolenia samodzielnych pasjonatów z nastawieniem na uczenie się przez całe życie. Uczniowie mają być bardziej niezależni w wykorzystaniu hybrydowego modelu nauki: zdalnych wykładów, a później wspólnych ćwiczeń i dyskusji w salach lekcyjnych. 

Tam, gdzie cyfrowa edukacja zaczęła odnosić sukcesy zaczęto od zbadania sytuacji, określenia priorytetów i poszukania na nie rozwiązań. – Kanada w pierwszej kolejności zadbała, by każde dziecko wysłane nagle do domów dostało ciepły posiłek, a potem dopiero o szkołę – opowiada Biernat. W niektórych hrabstwach Stanów Zjednoczonych, gdy okazało się, że nie wszyscy uczniowie mają w domu internet, zaczęto wysyłać (i tak przecież nieużywane w czasie lockdownu) szkolne autobusy z wif-fi w pobliże ich domów, by stały się hotspotami. 

Nauczyciele nie tylko musieli nauczyć się obsługi Zooma. Musieli całkiem przestawić się na nowe tory i to może być największą korzyścią z teleszkoły

– Zawsze mówiło się, że mamy przestarzałą szkołę, a tu proszę, w ciągu ledwie dwóch miesięcy nauczyciele kompetencje cyfrowe przyszłości zmienili w kompetencje rzeczywistości – podkreśla Biernat. I dodaje, że zrobili to nie tylko sami, ale czasem wbrew MEN, którego wsparcie było więcej niż słabe i które edukację wciąż postrzega bardzo konserwatywnie.

Oczywiście, że przebijają się historie o nieradzących sobie nauczycielach. Rodzice najwyraźniej widzą lekcje, na których dziecko musi np. robić przysiady przed ekranem w ramach WF i laptopy z otwartymi kilkunastoma kartami, bo każda lekcja prowadzona jest w innym programie. – Ale tak naprawdę większość nauczycieli stanęła na wysokości zadania. Stało się tak dlatego, że od początku podeszli do tego bardzo poważnie – przekonuje ekspertka Centrum Cyfrowego. 

Przytakuje jej Michał Korpys współzałożyciel edukacyjnego start-upu NUADU: – Nauczyciele przeszli naprawdę głębokie przemiany. Przestali się bać komputerów i zaczęli na nich pracować. Okazało się, że nie boją się nowych technologii, że potrafią znaleźć i tworzyć cyfrowe materiały i że istnieje cała paleta gotowych narzędzi, po które można sięgnąć i wykorzystać w nauczaniu, komunikacji i ocenianiu. 

Po poznaniu podstawowych narzędzi wspierających naukę zaczął się ogromny, oddolny ruch doskonalenia.  

– Nauczyciele, choćby z doświadczeniem w technikach cyfrowych, stali się takimi oddolnymi ewangelistami cyfryzacji – zauważa Magda Biernat.

I to nie tylko w obrębie własnej szkoły. Nie czekając na wsparcie MEN, zaczęli się organizować i kształcić. Ogromna część naszych rozmówców wskazuje choćby na grupę na Facebooku „Zaproś mnie na swoją lekcję”. - Można dzięki niej wpaść, oczywiście wirtualnie, na lekcję koleżanki czy kolegi, poprowadzić zajęcia z tematu, w którym jest się ekspertem. Nauczyciele dzielą się też autorsko przygotowanymi programami do nauki danych zagadnień - opowiada Olga Woźniak. - Nagle okazało się, że możemy na lekcje zaprosić gości i ekspertów praktycznie z całego świata. Formuła on-linowa przecież dostępna i przed pandemia była wtedy jeszcze taka sztuczna. Teraz stała się oczywista. 

Irlandia

Wielka e-baza materiałów do nauki


Grudzień 2020, Louth w Irlandii, zasady zachowania bezpieczeństwa w czasie pandemii w szkole. fot. Derick Hudson / Shutterstock.com
W Irlandii rząd przygotował dla nauczycieli specjalną platformę ułatwiającą naukę zdalną. Nauczyciele dostali tam wsparcie w wielu obszarach: od cyfrowych technologii i narzędzi oraz wskazówek, jak z nich korzystać, przez porady jak utrzymywać siebie i uczniów w dobrym samopoczuciu i kondycji fizycznej, aż po szkolenia na temat tego, jak oceniać uczniów i dawać im feedback.

Przyjrzyjmy się krótko pierwszemu obszarowi, czyli cyfrowym narzędziom. Znajdziemy w nim 10 platform internetowych, z których mogą korzystać nauczyciele do prowadzenia lekcji online, dzielenia się materiałami edukacyjnymi czy pozwalające uczniom wykonywać zadania domowe, które belfrzy mogli potem łatwo sprawdzić. Niektóre narzędzia pozwalały stosować odwrócony model uczenia polegający na tym, że uczniowie nie wysyłali po prostu odrobionych zadań domowych, ale demonstrowali zrozumienie danego obszaru wiedzy, a nauczyciele dawali im informacje zwrotnie o tym, co ewentualnie mogą jeszcze poprawić.

Wśród narzędzi znalazły się również „dodatkowe zasoby”, czyli swojego rodzaju skarbnice wiedzy. Są tam samouczki dla nauczycieli, które szkoliły, jak uczyć i oceniać na odległość, ale też pomagały opanować potrzebne narzędzia pozwalające np. tworzyć interaktywne wideo, screencasty, czyli krótkie filmy złożone ze „zrzutów ekranu” czy internetowe kartkówki.  

Nauczyciele dostali też dostęp do bogatej bazy wiedzy ze sprawdzonych źródeł. To choćby Scoilnet, czyli baza 20 tysięcy internetowych materiałów: testów, notatek, gotowych planów lekcji, materiałów wideo, audio i gier, które są zgodne z irlandzkim programem nauczania. Inne źródło to World Book Online, czyli baza zawierająca artykuły encyklopedyczne, ale też zajęcia dla uczniów, materiały zdjęciowe, wideo i gry.

Co więcej, nauczyciele chcą dalej się uczyć. Odkryli choćby webinary i dzięki nim mogą się doszkalać w naprawdę wygodnych warunkach i godzinach. Efekt: badanie Centrum Cyfrowego potwierdza, że nauczyciele, którzy mieli dostęp do innych i współpracowali z kolegami, mają też znacznie lepszy dobrostan psychiczny. I co ważne chcą nawet po skończeniu pandemii kontynuować korzystanie z narzędzi do nauki zdalnej.  

87 proc. nauczycieli twierdzi, że już zawsze będzie używać metod edukacji zdalnej.
Najedź kursorem by zobaczyć dokładne wartości.

Dane: Edukacja zdalna w czasie pandemii, edycja II, październik 2020, Centrum Cyfrowe

Edukacja przeżywa „moment Netflixa” – mówi Karol Górnowicz z Skriware. Tak, jak Netflix zrewolucjonizował branżę rozrywkową, tak pandemia wywołała istny boom w edtechu

Narzędzia służące do prowadzenia zajęć online to dziś po prostu „must have” edukacji. EdTech (od education technology – technologie edukacyjne) z niszy, na którą stać było co najwyżej prywatne szkoły, zaczął wyrastać na niezwykle ważny element całej branży edukacyjnej. A ta jest jednoznacznie przekonana, że gdyby pandemia skończyła się z dnia na dzień, to szkoły i tak powinny podążać cyfrową ścieżką. Choćby w ramach zajęć hybrydowych: częściowo w murach placówki, częściowo zdalnie. A do tego potrzebne są konkretne usługi. 

Już rok temu było widać, że na całym świecie edtechy przeżywają okres rozkwitu. W styczniu 2020 roku szacowało się, że liczba start-upów z tego sektora, które osiągnęły status „jednorożca” (czyli firmy, której wycena przekroczyła 1 mld dolarów), wynosiła 13. Według analizy HolonIQ’s Global Market Sizing sektor ten do 2025 roku ma osiągnąć takie wzrosty, że będzie globalnie wart aż 404 miliardy dolarów.

– Mówimy o rozwiązaniach, które stanowią narzędzia wspierające nauczycieli w prowadzeniu lekcji online od strony organizacyjnej, ale także o narzędziach, które pozwolą pedagogom lepiej angażować uczniów, uczynią ich pracę przyjemniejszą – tłumaczy Karol Górnowicz z Skriware.

Skriware powstał niemal sześć lat temu i początkowo startował z obietnicą łatwego druku 3D nawet dla nietechnicznych osób. Spore zainteresowanie było od początku, ale pandemia i teleszkoła dała impuls do dalszego rozwoju. Start-up teraz tworzy więc SkriLab, platformę do nauczania hybrydowego. Nauczyciele znajdą tam scenariusze lekcji, kursy, pomagające w podnoszeniu kwalifikacji i gotowe materiały dla uczniów. – Nauczyciele spędzają zbyt wiele czasu na przygotowaniu lekcji. Zdejmiemy z ich ramion część tego ciężaru – wyjaśnia Górnowicz.

Kluczowymi elementami platformy są drukarka 3D i robot edukacyjny SkriBot. Ta pierwsza pozwala uczniom na stworzenie pomocy naukowych z dowolnego przedmiotu. Mogą to być narządy wewnętrzne na biologię, gotyckie sklepienia na plastykę czy modele dinozaurów. SkriBot uczy zaś programowania i pracy zespołowej. – Uczniowie mogą pobrać aplikację na swoje smartfony i układać algorytmy razem z nauczycielem podczas lekcji zdalnej, aby później uruchomić je na robocie – wyjaśnia szef start-upu.  

Doskonały moment dla edtechu widać też po sukcesie Brainly. Serwis, w którym uczniowie otrzymują odpowiedzi na zadane pytania, pomaga m.in. w odrabianiu prac domowych. W 2020 roku miał rekordowe 350 mln użytkowników miesięcznie, a od kwietnia 2020 roku baza użytkowników Brainly wzrosła o ponad 75 proc.

Estonia

Rozwiązania dla e-banków pilnują uczniów



Tallinn w Estonia, marzec 2020 roku tuż przed decyzją o rozpoczęciu zdalnej nauki. fot. Julia Kuznetsova / Shutterstock.com
Estonia w 2001 roku był jednym z pierwszych krajów na świecie, które zaklasyfikowały dostęp do internetu jako prawo człowieka. Tamtejsze szkoły od lat korzystają z cyfrowych materiałów do nauki i elektronicznych systemów zarządzania na czele z centralnym systemem e-Koolikott, czyli e-Tornistrem, platformą książek cyfrowych – Opiq oraz elektronicznym dziennikiem eKool.

– W e-Koolikott znajdują się oceny uczniów, zlecane zadania, informacje dla rodziców. Ale to jest także pomost między szkołami pomagający dzielić się materiałami edukacyjnymi – tłumaczy SW+ Kaspar Jõgeva, konsultant w firmie doradczej Miltton JLP. 

e-Koolikott to platforma opracowana i aktualizowana przez estońskie ministerstwo edukacji wraz z instytutem naukowym. Wystarczyła do podstawowego skoordynowania nauki w lockdownie. Szybko okazało się, że jednak to za mało do cyfrowej edukacji. – Rząd nie oferuje szkołom wystarczająco nowoczesnych, interaktywnych materiałów. Na szczęście jednak jest spora oferta od prywatnych start-upów. Najpopularniejszym jest Foxacademy.com, z którego produktów korzysta ok. 100 z 300 szkół w całym kraju – mówi Jõgeva.

Estońskie szkoły dodatkowe materiały przeznaczone do nauki zdalnej opłacają samodzielnie, ale robią to z dotacji państwowych. Co więcej, nawet prywatne formy edukacyjne i tak liczą na pomoc państwową. Po prostu tamtejszy rynek edukacyjny jest za mały, by była możliwa monetyzacja takich usług. 

Jedną z większych innowacji wymuszonych przez COVID-19 było zdalne zorganizowanie egzaminów w szkołach średnich. Największym wyzwaniem było odpowiednie sprawdzenie tożsamości ucznia zdającego egzamin. Skorzystano do tego z usług estońskiego start-upu Veriff specjalizującego się w weryfikacji cyfrowej tożsamości dla e-bankowości. 95 proc. uczniów zostało pozytywnie zweryfikowanych przy pierwszym podejściu, 2 proc. miało problemy techniczne, a 3 proc. zostało odrzuconych, bo system nie potwierdził ich tożsamości. – Za pomocą tej technologii udało się wyłapać próby oszustw. Grupa uczniów chciała połączyć siły i wspólnie odpowiadać za pomocą połączonych systemem bluetooth słuchawek, ale system to wykrył. Podobnie jak w przypadku ucznia, który zdobył aż 100 proc. z tekstu fizyki. System jednak wyłapał, że oprócz niego w pokoju był ktoś jeszcze – opowiada Jõgeva.


– Nasza e-szkoła w ciągu jednego roku przeszła szereg transformacji w postrzeganiu społecznym: początkowo była to drobna niedogodność w procesie edukacji, potem stała się złem koniecznym i znakiem złych czasów, natomiast obecne jest elementem tła nad koniecznością istnienia którego nikt już nie dyskutuje – mówi Michał Korpys z NUADU.

NUADU to aplikacja zawierająca zasoby dydaktyczne (ćwiczenia i bazę wiedzy zgodną z podstawa programową) oraz mechanizmy ich wykorzystania. Platforma zarządza weryfikacją poprawności rozwiązywanych zadań, dopasowuje poziom ich trudności do stanu wiedzy ucznia oraz na bieżąco informuje zarówno ucznia, jak i nauczyciela o postępach w nauce.

Wszystkie te rozwiązania od edukacyjnych start-upów brzmią fantastycznie. Jednak szkoły w czasie pandemii mogą mieć bardziej palące wydatki niż inwestycja w dodatkowe technologie. – Okazało się, że nawet za lepszy transfer danych w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej jednak musimy dopłacić. A przecież po powrocie do szkoły nie chcemy zrezygnować z nowoczesnych metod, z transferów wideo. Wiem już, że będą konieczne większe wydatki – przyznaje dyrektorka „Eureki”.

Część firm i start-upów oferuje teraz w trudnym pandemicznym czasie swoje usługi z rabatami, ze wsparciem – często wręcz darmowym – dla szkół. – Kwestie finansów należą do najważniejszych wyzwań dla szkół, dlatego pomagamy im w poszukiwaniu środków, łącząc się z firmami, które często chcą wspierać lokalną społeczność – mówi Górnowicz ze Skiware. Właśnie w taki sposób siedem szkół na Śląsku otrzymało laboratoria edukacyjne od Grupy Rafako.

Tyle że nie ma co się oszukiwać: taki stan nie będzie możliwy do utrzymania na długo. W szkołę przyszłości trzeba inwestować.

Nauczyciele poznali perspektywę uczniów. Odkryli, że szczególnie w takim trybie nauki zwykła pamięciówka praktykowana od dekad po prostu się nie sprawdza

– Po raz pierwszy od lat sama poczułam się jak uczeń i razem z moją klasą krok po kroku odkrywaliśmy, co do czego służy, który komunikator nam najbardziej pasuje. Wszyscy dzieliliśmy się tipami na usprawnienie lekcji – opowiada nauczycielka języka polskiego z Krakowa. 

To, co w jej ustach brzmi trochę jak przygoda, w rzeczywistości jednak jest ogromnym wysiłkiem. I to dla wszystkich. Zerwanie bezpośredniego kontaktu z uczniami odbiło się zarówno na nauce, jak i na stanie psychicznym dzieci, nauczycieli i rodziców. Blisko połowa nauczycieli ma poczucie, że nie otrzymała wsparcia psychologicznego. Mimo że czas zdalnej edukacji to ekstremalne przemęczenie, a dochodzi stres o uczniów, niepokój o wyrobienie się z programem, poczucie osamotnienia.

Jak podaje Centrum Cyfrowe, u wielu uczennic i uczniów ze zdiagnozowanymi wcześniej zaburzeniami psychicznymi długotrwała izolacja pogłębiła wcześniejsze problemy. Niektóre dzieci zostały pozbawione możliwości odbywania terapii lub spotkania ze szkolnym terapeutą nie odbywały się w takim wymiarze, jak wcześniej.

Na barki rodziców zrzucono dodatkową odpowiedzialność za edukację domową, zapewnienie sprzętu, dopilnowanie ucznia w czasie, gdy sam rodzic jest przecież w pracy. 

Mówiąc o inwestycji w edukację, trzeba więc zacząć też głośno mówić o konieczności inwestycji w psychiczny dobrostan wszystkich jej uczestników i konieczność mocno zindywidualizowanego spojrzenia na uczniów.

– Jednym uczniom lepiej się pracuje zdalnie, bo we własnym domu czują się bezpieczniej i są odważniejsi w kontaktach online. Innym wręcz przeciwnie dramatycznie brakuje kontaktów z rówieśnikami. Nie ma tu żadnych standardowych sytuacji – mówi Biernat. 

To, co jest wyzwaniem, może jednak być też szansą. – Mamy wreszcie wygodne indywidualne zajęcia z uczniami, do których do tej pory nie mogliśmy trafić z taką metodą. Nie wchodzimy do nich do domu z przysłowiowymi butami. Zamiast tego spotkamy się z nimi przed ekranem i staramy się, by czuli się komfortowo – opowiada Halska. 

Ale to wyjątkowe sytuacje.

– W pandemii jeszcze mocniej unaoczniła się największa zmora polskiego systemu edukacji, czyli to, że uczniowie nie czują odpowiedzialności za swój rozwój. Robią po prostu to, co każą im dorośli, traktując to nie jako możliwość zdobycia nowej wiedzy, rozwoju i osiągnięcia swojego celu, tylko wykonania tego, co jest od nich oczekiwane i wynagradzane w formie oceny. Na szczęście jest też wielu uczniów, którzy właśnie to, że zajęcia odbywały się online, czas, który musieliby poświęcić na dojazd, wykorzystują na swój własny rozwój i właśnie z takimi osobami realizuję innowacyjne projekty. Najważniejsze jest, aby jednak wykorzystać wszystko, co wypracowały szkoły w tym czasie pandemii: potrafiły się zorganizować, zapraszają na swoje zajęcia specjalistów z różnych dziedzin, właśnie wykorzystując technologię. To jest kierunek, którym powinna pójść edukacja, otwieranie się na świat i czerpanie wiedzy od innych – opowiada Halska.

Okazało się też, że wcale nie jest tak świetnie z kompetencjami cyfrowymi młodych. Owszem, w mediach społecznościowych czy montażu wideo radzą sobie nieźle, ale już krytyczna ocena źródeł, obsługa maila kuleje. Podstawowym jednak problemem okazało się to, że tradycyjną szkołę postanowiliśmy w zautomatyzowany sposób przenieść do domów.  

– Ministerstwo totalnie nie zrozumiało wagi tej zmiany. Dowodem jest choćby to, że jedynym gestem w stronę uelastycznienia nauki była zgoda, by lekcje skrócić z 45 do 30 minut. Ale już o zblokowaniu przedmiotów, rezygnacji ze sztywnej podstawy programowej, zmniejszenia biurokracji nie ma mowy – podkreśla Olga Woźniak. 

Mamy wyjątkowy moment, by do edukacji podejść holistycznie. Potrzebujemy gruntownej zmiany i wciągnięcia w nią wszystkich: od rządu po rodziców.

Cyfryzacja niestety nie oznacza równiejszego dostępu do edukacji. Wręcz przeciwnie – bez wsparcia i planu może tak naprawdę prowadzić do jeszcze większych nierówności. Dziś co drugi nauczyciel zna co najmniej jedno dziecko, które odpadło z telenauki. Najczęściej z powodu braków sprzętu. A im dalej, tym bardziej widoczne będzie jak cyfrowe wykluczenie – zaczynając od kwestii sprzętu, poprzez nieprzygotowanych, przemęczonych nauczycieli, kończąc na uczniach pozbawionych wsparcia – będzie dyskryminowało dzieci z biedniejszych środowisk.

– Już ten proces jest widoczny. W takiej szkole, jak Eureka, gdzie nauczyciele mają trochę więcej elastyczności niż w edukacji publicznej, mogliśmy poświęcić czas na szkolenia i przygotowanie się na jesienny lockdown. Większość szkół niestety została takiej szansy pozbawiona – rozkłada ręce Woźniak. 

Widać już też, że im mniejsza miejscowość, tym gorszy dostęp do sprawnej e-szkoły. Eksperci jak mantrę powtarzają jednak, że oprócz niezbędnych wspieranych przez państwo inwestycji konieczna jest też zmiana metodologii nauczania. – Niestety, przeniesienie lekcji stacjonarnej do online w systemie 1:1 nie jest wystarczające. Dzieci potrzebują treści i narzędzi, które je zainteresują i zaangażują . Nauczyciele muszą potrafić się nimi posługiwać – podkreśla szef Skiware. 

Najgorsze, co może spotkać polską szkołę, to bezrefleksyjny powrót do szkolnych murów, gdy skończy się pandemia. To byłoby powtórką największego grzechu całego polskiego systemu edukacji. – Nikt nie robi ewaluacji, nie stara poprawić tego, co działa źle. Zamiast tego jest ciągle powtarzany błąd zaorywania przeszłości bez wyciągnięcia wniosków. A następnie jest wprowadzana własna, nowa wizja, która nawet nie jest przetestowana, tylko po prostu nowa – podkreśla Halska. 

Jeżeli chcemy nowoczesnego, dobrze zarządzanego i sprawiedliwego państwa, to domagajmy się, by zaczęło się ono od wyciągnięcia wniosków z telenauki czasów pandemii.

Wydawca:
Sylwia Czubkowska

Autorzy:
Sylwia Czubkowska
Marek Szymaniak
Karol Kopańko

Grafiki:
Przemysław Śmit
Sylwia Czubkowska

Partnerzy merytoryczni: Skriware
NUADU