SW+

Lęki, depresja, syndrom stresu pourazowego. Oto kolejna fala pandemii

Lęki, depresja, syndrom stresu pourazowego. Oto kolejna fala pandemii
780 interakcji
dołącz do dyskusji

– Czuję się momentami jak taka ludzka spierdolina, a i tak swój stan określam jako całkiem przyzwoity – gorzko mówi właścicielka toruńskiego spożywczaka. To być może najtrafniejsze podsumowanie psychicznego stanu ogromnej części Polaków. Mamy ostatni moment, by zająć się tym aspektem naszego zdrowia. Inaczej czeka nas nie mniej poważna pandemia – chorób psychicznych.

Oddział dzienny psychiatryczny i oddział dzienny terapii alkoholowych w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Rybniku zawiesił działalność 2 listopada. Do kiedy? Nie wiadomo.

Przez półtora tygodnia zamknięte były oddziały psychogeriatryczny, psychosomatyczny oraz psychiatryczny Psychiatrycznego Szpitala w Suwałkach. Kiedy wróciły w połowie listopada, trzeba było zapewnić dodatkowo 20 łóżek przeznaczonych do leczenia pacjentów z zaburzeniami psychicznymi i... koronawirusem. 

W Warszawie od kwietnia miała zacząć działać odnowiona poradnia zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży w Szpitalu Wolskim. Budynek jest gotowy, kadra czeka, szpital nie może jednak przyjmować pacjentów, bo NFZ odwołał wszystkie konkursy dla podmiotów medycznych. – Nie da się przeprowadzić postępowań konkursowych zdalnie – tłumaczy Fundusz. 

Sytuacja w polskiej psychiatrii nigdy nie była dobra, a pandemia jeszcze ją zaogniła. I to w momencie, gdy jak nigdy rośnie zagrożenie masowymi problemami natury psychicznej. 

Nie czekajmy i nie odkładajmy walki o nasz psychiczny dobrostan. Szczególnie, że jest coraz więcej narzędzi – także technologicznych – by pomóc sobie i najbliższym. 

Po kryzysie 2008 roku w USA gwałtownie wzrosła liczba samobójstw i śmierci z przedawkowania. SARS z 2004 roku w Azji zaowocował stanami lękowymi, które ciągnęły się latami

– Lęk. O pracę, o szkołę, o bliskich, o siebie, o to, co będzie jutro. Od wielu miesięcy żyjemy w dużej niepewności. Nie wiemy, czy jutro pójdziemy do pracy, czy będzie można wyjść z domu, czy będzie można zobaczyć bliskich. Na wszystkich to wpływa negatywnie. A na osoby, które już miały wcześniej zaburzenia psychiczne, ta sytuacja ma jeszcze bardziej negatywny wpływ. Nawracają stany lękowe, psychotyczne, depresyjne – psychoterapeutka Małgorzata Libman-Sokołowska nie ma dobrych wiadomości. 

Ale ta trzecia, psychologiczna fala pandemii może dotknąć każdego.

– Oczywiście osoby z ciężkimi zaburzeniami są najbardziej narażone. Ale nie ma co się oszukiwać: osoby bez schizofrenii, choroby dwubiegunowej czy zaawansowanych depresji, które żyły normalnie, a teraz zostały poddane stresom, na każdym poziomie mogą się posypać – ostrzega dr Sławomir Murawiec, od 20 lat praktykujący lekarz psychiatra. 

Oczywiście są też grupy bardziej narażone na stres, lęki i ograniczenia wynikające z pandemicznego rygoru. – Pracownicy służb i usług pierwszego kontaktu, czyli ratownicy, lekarze, pielęgniarki, ale także sprzedawcy, policjanci, pracownicy socjalni. Wszyscy ci ludzie, którzy nie mogą zamknąć się wygodnie w domach i przenieść na telepracę. Ich wszystkie stresy związane z pandemią dotykają kilkakrotnie silniej – opowiada Marek Ostrowski, założyciel i prezes medycznego start-upu Prosoma, który opracowuje technologie wspierające zdalne terapie psychologiczne.

Anna Alboth teoretycznie powinna wiedzieć, co to duży stres. Ta aktywistka i dziennikarka w grudniu 2016 roku zorganizowała Marsz dla Aleppo, w którym wzięło udział 3,5 tys. osób z 62 krajów. W ciągu 232 dni przeszli ok. 4 tys. km i przekroczyli granice 12 państw, pokonując w drugą stronę trasę, którą uchodźcy z Syrii zmierzają do Europy. Alboth sama jako jedna z pięciu osób przeszła całą tę długą trasę. Mimo wielu lat doświadczeń pracy w trudnych warunkach i tak to, co się dzieje w tym roku, ją przytłoczyło. 

– Oczywiście martwię o moją mamę czy niepełnosprawnego brata, ale nieporównywalnie bardziej boję się o setki znajomych uchodźców w obozach w Grecji – opowiada. Alboth i jej koledzy z pracy od miesięcy dostają kolejne prośby, wręcz błagania o pomoc, sygnały o brakach leków, pomocy medycznej czy nawet odpowiedniego schronienia. A że granice nawet w obrębie Unii są ciągle zamykane, to dotarcie i bezpośrednia pomoc okazuje się być czasem wręcz niemożliwa.

– Nasze szefostwo, czyli Minority Rights Group, opłaciło pracownikom specjalistyczną pomoc, żebyśmy mieli z kim rozmawiać o tym dodatkowym poczuciu odpowiedzialności. To pomogło, podniosło nas trochę na duchu i co ważne pozwoliło ustalić priorytety, przywrócić poczucie sprawczości – opowiada aktywistka. 

Tyle że szefostwo instytucji, w której pracuje Alboth, mieści się w Londynie. 

U nas nawet najbardziej narażone na COVID-19 szpitale niemal nie zgłaszają zapotrzebowania na specjalne wsparcie psychologiczne dla pracowników. Wszyscy tylko gaszą pożary związane z samym wirusem. 

Psychiatrzy i terapeuci widzą niepokojące objawy dziś niemal codziennie. Żyjemy na coraz głośniej tykającej bombie narastających chorób psychicznych 

13 maja – po dwóch miesiącach ogłoszenia pandemii przez WHO – ONZ opublikował raport o zdrowiu psychicznym w tych trudnych czasach. Nie napawa on optymizmem. W Wirginii w Stanach Zjednoczonych liczba interwencji związanych z przedawkowaniem w okresie od marca do czerwca wzrosła z 102 w zeszłym roku do aż 227 w obecnym.

Z badań prowadzonych pod kierownictwem Jana Chodkiewicza z Uniwersytetu Łódzkiego wynika, że aż 28 proc. osób biorących udział w badaniu pije w sposób ryzykowny. 14 proc. respondentów zadeklarowało, że pije więcej niż przed pandemią. 

Lekarze coraz częściej mówią o nowym typie pacjentów: ozdrowieńcach. Wirusa przechorowali, ale skarżą się na silną apatię, niepokój, lęki, że choroba mogła wywołać o nich stałe pogorszenie zdrowia. Widać to już w badaniach, choćby naukowców z Oxfordu, którzy przeanalizowali karty zdrowia 62 tys. osób z potwierdzonym COVID-19. Okazuje się, że w ciągu trzech miesięcy po otrzymaniu pozytywnego wyniku testu u 1 na 5 osób, które przeżyły, po raz pierwszy zdiagnozowano lęk, depresję lub bezsenność. 

Zjawisko zresztą nie jest nowe. W prestiżowym The Lancet Psychiatry naukowcy z King's College London opublikowali metaanalizę badań opisujących wpływ kwarantanny na psychikę osób ją poddanej. Okazuje się, że wśród osób poddanych odosobnieniu z powodu epidemii SARS z 2004 roku ponad 20 proc. zaraportowało, że odczuwało strach, 18 proc. nerwowość, 18 proc. smutek i 10 proc. poczucie winy. Część z tych negatywnych psychologicznych efektów widać było nawet trzy lata po jej zakończeniu. 

Na początku pandemii Maja Surowicz-Biłyj, prezeska onkologicznej Fundacji Znajdź Pomoc, zaczęła otrzymywać dużo telefonów niezwiązanych z onkologią na fundacyjny Telefon Zaufania. - Dzwonili ludzie, którym ktoś bliski czy znajomy powiedział, że uzyskał pod naszym numerem pomoc. Sami też zaczęli dzwonić, właśnie w związku z pandemią, żeby z kimś porozmawiać, otrzymać wsparcie - opowiada o początkach koronawirusowej linii Agnieszka Nitka, psycholog i Koordynator ds. Marketingu i Komunikacji fundacji. Ponieważ rozmów było bardzo dużo pojawiła się obawa, że faktyczni beneficjenci telefonu zaufania mogą nie mieć możliwości się dodzwonić, dlatego Fundacja szybko zorganizowała specjalną infolinię pomocową.

Ludzie pomocy szukali po omacku, bo i problemy, z którymi się zderzyli, były nowe. Kolejne obostrzenia podnosiły poziom stresu, kwarantanna wywoływały nie tylko lęk i poczucie izolacji, dokuczliwą samotność, ale też jak katalizator zaczęła wydobywać na światło dziennie problemy, które istniały już wcześniej.

– Kolejne ograniczenia związane z pojawieniem się wirusa mają fatalny wpływ na różne grupy społeczne. Od początku pandemii widoczne są problemy z rosnącą przemocą domową. Dramaty przeżywają rodzice ciężko chorych dzieci, nawet niemowląt i noworodków, którzy byli odcinani od kontaktu z nimi. Osoby korzystające z ośrodków pobytu dziennego, najczęściej osoby z poważnymi chorobami psychicznymi, pozostały bez wsparcia – wymienia Libman-Sokołowska.

W szczególnej sytuacji znalazły się kobiety w ciąży zakażone koronawirusem. – Taka prosta rzecz: jest pani w ciąży i jest pani zakażona, zaczyna się poród i musi pani jechać do szpitala. Taksówki nie może pani zamówić, więc kto ma panią tam zawieźć? Mąż, który jest na kwarantannie? A może powinna wezwać pani kartkę? – pyta retorycznie Joanna Pietrusiewicz z Fundacji Rodzić po Ludzku. 

Nawet taka, wydawać by się mogła, idealna na czas pandemii zdalna praca też pozostawia swój wyraźny ślad. Oracle i firma Workplace Intelligence działająca w sektorze doradztwa kadrowego przepytały o samopoczucie 12 tys. pracowników z 11 państw. 70 proc. ankietowanych ocenia, że odczuwa w tym roku większy stres i lęk w pracy niż w jakimkolwiek wcześniejszym okresie, 38 proc. skarży się brak równowagi między życiem zawodowym i prywatnym, 35 proc. na wypalenie zawodowe, 25 proc. na przygnębienie z powodu braku kontaktów społecznych, 14 proc. na samotność.

Na bezsenność cierpi już 4 na 10 telepracowników. Na jakie negatywne skutki pandemii i zdalnej pracy w życiu prywatnym najczęściej się skarżą? Oto lista.
Najedź kursorem na wykresy i kliknij w wybrane kategorie, by zobaczyć dokładne liczby.

Na telepracy zaś coraz bardziej zaczyna przytłaczać stres.

Procent wskazań odpowiedzi. Nie sumuje się do 100.
Źródło danych: Savanta Inc. dla Oracle

Jakby tego było mało, rośnie presja na pracowników, bo telepraca, bo kryzys, więc 42 proc. odczuwa naciski na większą wydajność, a niemal tyle samo narzeka na wykonywanie rutynowych, nużących zadań i przytłaczającą ilość pracy. Efekt: 85 proc. uważa, że problemy ze zdrowiem psychicznym w pracy już wpływają na ich życie osobiste.


Eksperci wskazują na trzy podstawowe grupy ryzyka:
- dzieci i młodzież
- seniorzy
- pracownicy służby zdrowia

- Zmarł ukochany dziadek. Albo zmarła mama. A dziecko wogóle nie przyjmuje tego do wiadomości. Pandemia spowalnia naturalne procesy - posłuchaj co mówi Agnieszka Paczkowska, psycholog Fundacji Hospicyjnej im. ks Dutkiewicza w Gdańsku o tym jak trudno dzieciom w czasie pandemii przeżywać żałobę po śmierci najbliższych.


Katastrofa. Tego słowa nie używa oficjalnie Najwyższa Izba Kontroli w raporcie o stanie psychiatrii dziecięcej, ale takie właśnie określenie przewija się w rozmowach z kolejnymi specjalistami. Wsparcia psychiatrycznego potrzebuje prawie jedna dziesiąta dzieci i młodzieży poniżej 18. roku życia. To w sumie 630 tysięcy osób. Przynajmniej tak było w ubiegłym roku. Jak bardzo ta liczba mogła teraz wzrosnąć, nikt nie wie. Wiadomo za to, że dzieciom i nastolatkom w kryzysie nie ma kto pomóc. Według WHO standardem powinien być jeden psychiatra dziecięcy na 10 tys. populacji dzieci i młodzieży, a w Polsce ten wskaźnik to tylko 0,5.

Z danych Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że od połowy marca do końca czerwca 27 proc. dzieci i młodzieży doświadczyło jakiejś formy krzywdzenia, 11 proc. przemocy ze strony kogoś bliskiego, a aż 10 proc. wykorzystania seksualnego. A to wszystko w przerażającym osamotnieniu. W listopadzie Fundacja rozpoczęła kampanię Pandemia Przemocy. Ma ona zwrócić uwagę na to, co dzieje za zamkniętymi drzwiami domów.

– Dziewczynka po zajęciach o prawach dziecka zapytała mnie, czy to na pewno prawda, że rodzice nie mogą bić dzieci. Przecież jej tata mówi, że dzieci i ryby głosu nie mają, dlatego ona może dostawać za swoje – mówi Dominika Doleszczak, psycholożka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży. 

Z najnowszej rządowej informacji o sytuacji osób starszych – niestety za 2018 rok wynika, że rośnie liczba seniorów leczonych w poradniach zdrowia psychicznego. Z powodu zaburzeń psychicznych leczono wówczas ogółem 7456 osób w wieku 65 lat i więcej, czyli o ponad 6 proc. więcej niż rok wcześniej.

Z dodatkiem COVID-19 może zrobić się dramatycznie. Naukowcy z King's College w Londynie zaobserwowali nowe objawy wirusa u osób starszych. Są to zaburzenia natury psychicznej w postaci majaczenia i dezorientacji (tzw. delirium) występujące u co najmniej u jednej czwartej chorych starszych pacjentów. Czy mogą one mieć skutki uboczne w postaci stałego pogorszenia zdrowia psychicznego? Nikt na razie nie jest w stanie przewidzieć.

Pandemia i lockdown psychicznie obciąża też opiekunów osób starszych, chorych i niepełnosprawnych. – Oprócz tego, że jest walka z codziennością, o dostanie się do kolejnych lekarzy specjalistów, o badania, to dochodzi niemal całkowite zamknięcie w domu. Piekło, ci ludzie dziś przeżywają piekło - gorzko mówi Dagny Kurdwanowska, dyrektor ds. marketingu w Fundacji Hospicyjnej i opiekunka rodzinna.

Kurdwanowska sama opiekowała się trójką swoich bliskich przez rok: mamą, tatą i babcią. – Wiem, że to może zabrzmieć nieczuło, ale ja się cieszę, że moja chora na raka mama zdążyła odejść przed pandemią. Nie wiem, jak teraz dałybyśmy sobie radę w sytuacji braku dostępu do pomocy lekarskiej – opowiada kobieta. To doświadczenie daje jej wgląd w psychikę i osób starszych, i ich opiekunów.

- My też jesteśmy zmęczni i nikt tego nie rozumie. Słyszę z telewizji „lekarze rodzinni nic nie robią” a spadło na nas tyle obowiązków także tych z Sanepidu. Martwimy się o pacjentów, wszystko to przeżywamy - posłuchaj, co lekarka rodzinna z 30-letnim stażem mówi o tym jak psychicznie przeżywa pandemię.

– Mam znajomych lekarzy z prowincji, którzy właśnie przeżywają najgorsze stresy w swoim życiu. Te ciągłe badania, dezynfekowanie siebie i otoczenia, budowanie jakiś śluz z kartonów, bo nic innego im nie zapewniono. Odsyłanie chorych, brak sprzętu, brak łóżek. To jest jak warunki frontowe. Oni po tym wszystkim będą mieli potężny syndrom stresu pourazowego – wzdycha Murawiec. Niestety, na scenariusz z PTSD u pracowników ochrony zdrowia wskazują wszystkie badania zajmujące się psychologicznymi skutkami pandemii.

– Nie mogą zapewnić wszystkim chorym pomocy, a to jest dewastujące dla psychiki. Obawialiśmy się tego już w marcu i dlatego wtedy przez pewien czas funkcjonował taki nocny dyżur dla ratowników, pielęgniarek, pielęgniarzy, lekarzy. Tyle że było zaskakująco mało zgłoszeń – podkreśla Libman-Sokołowska. A było ich mało, bo lekarze i ratownicy po prostu nie mają czasu, by zadbać o samych siebie. Wypierają osobiste problemy, skupiając się na pracy, są bardzo zadaniowi.

Ministerstwo Zdrowia ma na to raczej skromną radę: – Wszystkim osobom, w tym także pracownikom ochrony zdrowia, przysługuje możliwość uzyskania wsparcia z zakresu ochrony zdrowia psychicznego świadczonej przez specjalistów udzielających świadczeń zdrowotnych ww. ramach świadczeń gwarantowanych. 

Tykającą bombę słychać na całym świecie. W Kanadzie 20 proc. osób w wieku 15-49 lat przyznało, że częściej sięga po alkohol, by poradzić sobie ze stresem

Polski rząd oczywiście oficjalnie jest na to gotowy. Choć jak przyznaje Ministerstwo Zdrowia, „obecnie nie są prowadzone prace nad nowym rozporządzeniem Rady Ministrów w sprawie Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego”. Program ten został opracowany jeszcze przed pandemią, więc nie brał pod uwagę tego, z czym się teraz mierzymy. Za to MZ przesyła nam długie wyliczenia, z których wynika, że w ciągu ostatnich pięciu lat na pomoc i opiekę psychiatryczną państwo wydaje coraz więcej. W przyszłym roku ma to być 3 mld 166 mln zł, czyli o 409 mln zł więcej niż to, co zaplanowano na rok 2020. Choć już teraz wiadomo, że i tak w tym roku te wydatki tak naprawdę będą sporo wyższe i sięgną 3,3 mld zł. 

– Od 20 lat słyszę, że pieniędzy na pomoc psychiatryczną jest w Polsce dość. A potem zmienia się rząd i mówi, że poprzednicy dawali za mało. Tak jest w kółko – wzdycha dr Murawiec. I dodaje: – Tyle że nadal jesteśmy w miejscu, gdzie większość naszych szpitali psychiatrycznych, jak słynne Tworki, jest pocarskich lub pocesarskich, a lekarzy psychiatrów dla dorosłych mamy 2,5 raza mniej na milion mieszkańców niż Niemcy. Z tymi dziecięcymi jest jeszcze gorzej, bo tych jest prawie 4 razy mniej. 

Pod względem inwestycji w psychiatrię jesteśmy na końcu Europy.
Najedź kursorem na wykresy i kliknij w wybrane kategorie, by zobaczyć dokładne liczby.

Źródła danych: Eurostat, Mental health and related issues statistics 2018,
Monitoring mental health systems and services in the WHO European Region: Mental Health Atlas, 2017. WHO

Mamy dziesięciolecia zaniedbań i nagle pojawia się pandemia. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by przewidzieć, jakie może mieć ona skutki. Dlatego już 12 marca, dzień po ogłoszeniu pierwszego lockdownu, Polskie Towarzystwo Psychiatryczne i Konsultant Krajowy w dziedzinie psychiatrii wystosowali apel: Lęk także może przenosić się z osoby na osobę analogicznie jak wirus. W związku z tym apelujemy o podjęcie wszelkich działań zapobiegających zarówno rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19, jak i wszelkich działań zapobiegających rozpowszechnianiu się niekontrolowanych lęków negatywnie wpływających na nas wszystkich”.

Od tamtej pory takie apele pojawiają się co chwilę. We wrześniu PTP napisało do ministra zdrowia Adama Niedzielskiego list z prośbą nowelizację ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, specjalną „mapę drogową” zmian systemowych w obszarze psychiatrii i o powołanie krajowego ośrodka koordynującego psychiatryczną opiekę zdrowotną.

Im dłużej trwa pandemia, tym te apele stają się bardziej alarmistyczne. W najnowszym PTP już nie mówi o jakieś długofalowej reformie, tylko błaga o pomoc tu i teraz. A konkretnie o to, by jak najszybciej w każdym powiecie stworzyć Centrum Zdrowia Psychicznego. Chodzi o to, by chorzy nie szukali pomocy gdzieś w odległych szpitalach, tylko o doraźną opiekę środowiskową, blisko miejsca zamieszkania pacjenta. Teraz w całej Polsce dostęp do nich ma ledwie 10 proc. Polaków. 

– Widać pozytywne skutki pilotażu tych powiatowych ośrodków szybkiego reagowania, znających lokalne środowisko i chorych, którzy nie trafiają do anonimowej kolejki. Takie centra to szansa na sporą poprawę systemu. Tyle że póki co to wciąż tylko pilotaż, wcale nie mamy pewności, że na pewno będzie kontynuowany i co więcej, to na razie tylko 31 centrów, czyli dziesięć razy mniej niż powiatów – opowiada Murawiec, który sam pracował w CZP w Warszawie Mokotów. 

– Czy można polską psychiatrię naprawić szybko, powiedzmy w przeciągu kilku miesięcy? 
– Nie – gorzko ucina dr Murawiec. – Samo wykształcenie nowych kadr, młodych lekarzy to co najmniej pięć lat

ONZ podpowiada rozwiązania na czas pandemii. Poza namawianiem do stworzenia specjalnych programów z myślą o najbardziej zagrożonych grupach podkreśla wagę sposobu komunikowania się z wyczekującym informacji społeczeństwem. Ważne jest regularne informowanie o tym, co się dzieje oraz dawanie poczucia kontroli nad epidemią. Jak to u nas działa, widzimy na co dzień, ale dodatkowo pokazuje to projekt PsyCorona. W jego ramach poproszono respondentów z krajów całego świata o ocenę przejrzystości oficjalnych komunikatów związanych z koronawirusem. Średnia ocen na świecie wynosiła 4,28 punktów na 6. Średnia odpowiedzi w Polsce 3,52 punkty, co dawało nam najniższą wartość po Japonii i Meksyku.

Jeszcze gorzej wygląda praktyczny dostęp do publicznej opieki psychiatrycznej. 

– Bardzo źle się stało, że w marcu przestało funkcjonować wiele poradni zdrowia psychicznego. Część z nich dość szybko zaczęła oferować teleporady, ale samo przerwanie normalnej działalności było poważnym błędem – mówi Libman-Sokołowska. 

Skoro niemal od pierwszych dni pandemii było widać, że nie mamy co liczyć na publiczną pomoc, zaczął się zryw ze strony samych lekarzy. W szczycie pierwszej fali blisko 300 psychoterapeutów pomagało zdalnie za darmo w ramach akcji Psychologowie i Psychoterapeuci dla Społeczeństwa. Zaczęło się od apelu na Facebooku, na który już pierwszego dnia odpowiedziało blisko 200 specjalistów gotowych na terapeutyczne pospolite ruszenie. 

Kiedy latem sytuacja ustabilizowała się, akcja została sprowadzona do dyżurów w jedną sobotę w miesiącu. – Zamykanie kolejnych gałęzi gospodarki, zamykanie szkół na pewno spowoduje, że znowu będziemy mierzyć się z tymi tematami. Ludzie piszą na Facebooku, dzwonią, czasem piszą maile. Co ważne, nie wszystkie kontakty były stricte związane z pandemią, duża część po prostu skorzystała z tego, że pojawiła się oferta pomocy psychologicznej – smutno tłumaczy Libman-Sokołowska. 

Zapotrzebowanie jest ogromne. Fundacja Vis Salutis na początku pandemii uruchomiła telefoniczną linię, w której obsługi podjęło się aż 30 wolontariuszy. Linia niestety przestała działać, gdy skończyły się pieniądze. Niedawno została ożywiona w nowej formie. Fundacja zdobyła dofinansowanie z budżetu Łodzi i doradztwo jest przez Skype. To i tak jest pozytywny wyjątek. 

Linia fundacji Znajdź Pomoc działała od 22 kwietnia to 29 września, obsługiwało ją czworo psychologów. Po pomoc dzwonili wszyscy: najmłodsza rozmówczyni miała 12 lat, najstarszy rozmówca 71. Do lipca finansowana była z prywatnych środków firm: Orange, Sotrender oraz fundacji CAN-PACK. Kiedy program się skończył, organizacja starała się o publiczny grant. Bezskutecznie. Terapeuci pracowali jeszcze trzy miesiące jako wolontariusze, potem projekt zamknięto. 

Wciąż jednak podejmowane są kolejne inicjatywy. – Fundacja Hospicjum im. ks. Dutkiewicza w tym momencie rozbudowuje stronę opiekunrodzinny.pl. Będzie na niej specjalna zakładka z grupami wsparcia, gdzie zdalnie będzie można się spotkać i powspierać. Owszem, jest sporo teleporad psychologicznych, ale nie każdego na nie stać – opowiada Kurdwanowska. I dodaje, że i tak nie jest to rozwiązaniem dla osób wykluczonych cyfrowo. 

Im więcej jest obaw o to, czy tradycyjny system podoła, tym więcej pojawia się impulsów, by do pomocy psychiatrycznej zacząć wykorzystywać sztuczną inteligencję, algorytmy, a nawet roboty

Wspomniane badanie Oracle zaskakuje informacją, że niemal 7 na 10 ankietowanych wolałoby porozmawiać o stresie i lęku w pracy z robotem zamiast z przełożonym. Co więcej, 8 na 10 chciałoby, aby ich pracodawcy udostępnili technologie, które wspierałyby ich kondycję psychiczną. Jakie to mogłyby być technologie? Dostępne na żądanie usługi psychologiczne, narzędzia do prewencyjnego monitorowania stanu zdrowia, dostęp do aplikacji zdrowotnych i medytacyjnych oraz chatboty udzielające odpowiedzi na pytania związane ze zdrowiem. 

Choć telemedycyna, także ta działająca w obszarze zdrowia psychicznego, staje się coraz popularniejsza, w Polsce nadal brzmi to egzotycznie. – Jestem przekonany, że tego typu narzędzia wspierające będą zyskiwały na popularności szczególnie w takich sytuacjach kryzysowych jak pandemia – mówi Marcin Brysiak, ekspert od cyfrowego zdrowia i do niedawna prezes w Helping Hand, aplikacji wspierającej terapię osób z uzależnieniami i zaburzeniami psychicznymi. Jednej z wielu takich aplikacji, które w ostatnich miesiącach przeżywają prawdziwy boom. 

– Kluczowe jest to, byśmy nie zamiatali tych problemów pod dywan i nie udawali, że nie ma na nie rozwiązań. Zaburzenia lękowo-depresyjne, które są najbardziej rozpowszechnione w naszym społeczeństwie, mogą nam się przytrafić jak grypa czy złamanie ręki. Tą są normalne choroby, które się leczy i jest szansa, że można z tego wyjść – zdecydowanie ocenia Damian Markowski z Therapify. 

Therapify to firma, której powstała z personalnych doświadczeń założycieli. Dwóch z trzech założycieli doświadczyło chorób i zaburzeń psychicznych we własnych rodzinach. I to doświadczyło dramatycznie, bo ich najbliżsi pod wpływem depresji popełnili samobójstwo. – To oczywiście odbiło na nas piętno. Co więcej, wiemy czym jest tabu i stygmatyzacja wokół zdrowia psychicznego. Pracowałem wtedy w branży IT, ale równolegle studiowałem psychologię i kiedy poznałem przyszłych wspólników, to pojawił się u nas pomysł stworzenia aplikacji wspierającej psychoterapuetów i pacjentów poszukujących pomocy. Apka ta początkowo dostosowana była do psychoterapii poznawczo-behawioralnej. Wspierała terapeutów tak, by mogli udostępnić w wersji elektronicznej pacjentom materiały i ćwiczenia, a następnie kontrolowali ich postępy.

– COVID-19 zrewolucjonizował to, czym się zajmujemy. W tym momencie to już nie jest tylko aplikacja do współpracy między psychoterapeutą a pacjentem w terapii. Kiedy przyszedł lockdown i terapia w gabinetach przestała być możliwa, pacjenci zaczęli szukać innych form pomocy. Okazało się, że są potrzebne narzędzia do prowadzenia terapii zdalnej. Co więcej, wielu pacjentów szuka pomocy w odnalezieniu odpowiedniego specjalisty. Zatem dziś nasza aplikacja oferuje kompleksową obsługę terapii – opowiada Markowski.

Na podstawie wskazań pacjenta pomaga dobrać psychoterapeutę do potrzeb danej osoby. Robi to nie tylko algorytm. Można połączyć się z doradcą i ten po wywiadzie z pacjentem podpowiada, jaka pomoc byłaby najlepsza. – Równolegle pomagamy psychoterapeutom w przejściu na tryb pracy zdalnej z pacjentem, dostarczając im niezbędne do tego narzędzia, bezpieczne wideorozmowy z pacjentem, udostępnianie zadań do pracy własnej i śledzenie postępów pacjenta – tłumaczy współtwórca firmy. 

To wciąż oczywiście tylko wsparcie dla terapii, bo nawet zwolennicy wciągnięcia do tej medycyny technologii zastrzegają, że nie zastąpią one całkiem kontaktu z człowiekiem. – W procesie leczenia ważny jest bezpośredni kontakt, samo spotkanie się z terapeutą, powstaje zupełnie inna relacja. Widzimy swoją mowę ciała, znaki niewerbalne – tłumaczy Brysiak. 

Dlatego też eksperci od e-medycyny szukają różnych metod. – Zaczęliśmy pracę od badania stresu towarzyszącego chorym onkologicznie. Oczywiste jest, że w ich przypadku cierpi także dobrostan psychiczny, a zły stan psychiczny dodatkowo wpływa na osłabienie pacjenta. Ma na to wpływ (podobnie jak w przypadku pandemii) zewnętrzny bodziec niezależny od wcześniejszego stanu psychicznego danej osoby, więc można skupić się na zmniejszeniu jego oddziaływania – opowiada Marek Ostrowski, szef kolejnej innowacyjnej firmy z dziedziny medycyny Prosomy. – A skoro jest to taki czynnik, to można w odpowiednim momencie wyłapać ten proces. Spróbować go skontrolować i nie dopuścić do tego by nasze zdrowie psychiczne uległo dalszemu pogorszeniu – dodaje.

Na takiej bazie powstała aplikacja dla chorych na nowotwory pomagająca nie tylko zmierzyć skalę stresu i lęku, ale także prowadzić regularne, proste ćwiczenia wspierające opanowanie tych problemów, a w przypadku ich zwiększenia, kierująca do specjalistów.

– Oczywiście, że technologia nie zastąpi lekarza, terapeuty, ale może być pomocna w procesie diagnozy oraz pracy samego pacjenta. Takie aplikacje niemiecki odpowiednik NFZ oferuje chorym na raka jako terapie refundowaną. Prosoma będzie jedną z nich – opowiada Ostrowski. 

Kiedy więc w marcu w Europie wybuchła pandemia, eksperci Prosomy momentalnie uznali, że ich technologia mogłaby być przydatna także w tej sytuacji. – To oczywiste, że zapotrzebowanie na pomoc terapeutyczną niestety wzrośnie. Równolegle pacjenci mają ograniczone możliwości tradycyjnych spotkań z lekarzami. Za to często są jeszcze na takim etapie, że odpowiednimi ćwiczeniami, pewnymi zmianami w trybie życia czy wręcz samym wyszukaniem pomocy mogą zapobiec naprawdę poważnym chorobom – opowiada szef Prosomy. 

Firma z wnioskiem o dofinansowanie opracowania zdalnego programu do pomocy zwalczania psychologicznych skutków pandemii wystąpiła do NCBiR. Urzędnicy w listopadzie zakwalifikowali ich do wsparcia w wysokości 6 mln zł.

– Nie ma co się oszukiwać: z pełnym produktem na czas tego lockdownu nie zdążymy. Pierwsze efekty, wersja do testów może być gotowa za jakiś rok. Ale obawiam się, że pocovidowe problemy zostaną z nami o wiele dłużej – podsumowuje Ostrowski.

Wydawca i audio:

Sylwia Czubkowska

Autorzy grafik:

Przemysław Śmit
Matylda Grodecka

Partnerzy merytoryczni tekstu:
Therapify
Prosoma