REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Nauka
  3. Ekologia

Dzieci wiedzą lepiej. I nawet one mówią: polskie miasta są fatalnie zaprojektowane

Wychodzę z nowego dworca. Idę przed siebie, przechodząc obok nowego biurowca, po nowej, pięknej betonowej drodze. Dochodzę do ulicy i chcę przejść, ale prawie rozjeżdża mnie rower. No tak – władowałem się na ścieżkę, moja wina. Ale dlaczego ona tutaj jest? Odpowiedzą na to nawet dzieci: bo polskie miasta, jeśli mają komuś służyć, to wyłącznie kierowcom.

dzieci misato
REKLAMA

Powyższa historia wcale nie jest zmyślona. Właśnie to dzieje się po wyjściu z dworca Łódź Fabryczna. Kiedy udacie się w stronę centrum, dojdziecie do ulicy Kilińskiego. Logika podpowiada, że aby pokonać przejście, trzeba iść dalej prosto, jak się szło.

REKLAMA

Ale nie – w Łodzi naturalna droga pieszego nagle zamienia się w ścieżkę rowerową ułatwiającą przejazd rowerom. Pieszy musi nienaturalnie skręcić przy biurowcu, by znaleźć pasy. A potem znowu nienaturalnie skręcić, by dojść do nowo remontowanej ulicy, kierującej w stronę popularnej Piotrkowskiej.

Jest więc tak:

A w idealnym świecie wyglądałoby to tak:

Na pewno kojarzycie te zdjęcia, kiedy widać wybudowany chodnik, a obok wydeptaną ścieżkę na trawie. Wcale nie chodzi o krytykę ludzi, którzy mają w nosie zieleń. To zazwyczaj przykład, że projektanci przestrzeni nie rozumieją potrzeb ludzi. Zamiast ułatwiać im życie, utrudniają je. W Łodzi zrobili to na większą skalę. Mówimy przecież o nowej inwestycji, będącej Nowym Centrum Łodzi.

To naprawdę nie było trudne do zaprojektowania, bo niemal cały ten rejon wcześniej był w remoncie. Skoro pieszy wychodzi z dworca, to logiczne, że powinien mieć potem od razu przejście dla pieszych. I od razu drogę do popularnego deptaka. Wie o tym każdy, kto porusza się po mieście na własnych nogach.

Ale właśnie – tu chyba dotykamy istoty problemu

To wiedza tak oczywista, że wiedzą o tym nawet dzieci. I są na to dowody. W badaniach realizowanych przez warszawski ZDM w ramach projektu "Droga na szóstkę" 16 proc. dzieci wskazało, że nie czuje się bezpiecznie w drodze do szkoły.

Paradoks polega na tym, że jedynie 22 proc. dzieci z warszawskich podstawówek dociera do szkoły samochodem. Pozostałe docierają na nogach, spacerem (42 proc.), komunikacją miejską (8 proc.), rowerem (8 proc.) lub inaczej (8 proc.). Większość cierpi na skutek działań mniejszości. Na polskich drogach to norma.

Czemu polskie miasta zmieniają się tak wolno? Dlaczego takie widoki jak w Wiedniu nie mogą być elementem naszego krajobrazu? Być może dlatego, że od małego uczymy, że bycie pieszym jest niebezpieczne. Wiąże się ze stresem, niepewnością, zagrożeniem. Owszem, jazda samochodem szkodzi środowisku, generuje korki, ale hej – przynajmniej nie martwisz się od najmłodszych lat, że ktoś przejdzie ci koło nosa.

Miasta wysyłają zniechęcające do siebie sygnały na każdym kroku. Dziurawe chodniki, na których zaparkowane są samochody. Niebezpiecznie prezentujące się ulice (a wystarczyłoby lepsze oświetlenie). Nawet głupie napisy na chodniku przypominające o odłożeniu smartfonu sugerują, że bycie pieszym to bycie ofiarą.

To w dzieciach szansa na to, że zmienią życie pieszych

W Warszawie trwa nabór do zespołów projektu "Nowa Szkolna Ulica" realizowanego przez Fundację Rodzic w mieście, Warszawki Alarm Smogowy i Fundację Wzornictwo i Ład. Zespoły pracować będą pod okiem urbanisty i facyklitatorki nad tym, w jaki sposób może wyglądać przestrzeń wokół ich szkoły. Spośród 5 zespołów tworzących model "Nowej Szkolnej ulicy" jeden zostanie zrealizowany w formie testu, aby zobaczyć, jak zareagują na niego dzieci, mieszkańcy i rodzice.

Naprawdę ciekawy jestem efektów. Badanie pokaże, jak bardzo dzieci są zarażone "samochodozą", lub że może najmłodsi są w stanie myśleć inaczej niż dorośli. A przecież to właśnie dzieci od samego początku są ofiarą złego projektowania miast.

Od momentu, kiedy są wożone w wózku, widzą, że świat nie bardzo jest dla nich przyjemny – bardzo często rodzic nie może przecisnąć się pomiędzy samochodami, do tego dochodzą dziury i inne przeszkody na drodze.

Interesujące byłoby też porównanie, jak do tematu projektowania miasta podchodzą dzieci z blokowisk z PRL-u i te z nowych osiedli

Dlaczego miałaby być różnica? Choćby z powodu tego, że dawni architekci odseparowywali młodych od ruchliwych ulic. Inaczej jest w przypadku współczesnej architektury, gdzie na takie rzeczy nie zwraca się uwagi. A mieszkańcy nowych bloków mogą mieć parking 2 kilometry od mieszkania.

Zresztą przemiany miasta pokazują, jak dzieci zostały z niego wykluczone. Dawniej mieliśmy "ogródki jordanowskie", dzisiaj mamy place zabaw przypominające cele więzienne.

Co ciekawe, Jane Jacobs, legendarna dziennikarka zajmująca się architekturą, zwracała uwagę na to, że wydzielone strefy dla dzieci wcale nie są dobre. Lepsze są zwykłe ulice. Wolała, aby młodzi przebywali na chodnikach, bo tam uczyły się prawdziwego, codziennego życia.

Tymczasem parki, boiska czy inne tego typu przestrzenie stawały się wylęgarnią chuliganów

Na chodnikach młodzi mieli szansę uciec prześladowcom, korzystając z licznych uliczek czy bram. Stawali się więc sprytni, sami szukając bezpiecznej drogi ze szkoły do domu.

Ale to, o czym pisała Jacobs w książce "Śmierć i życie wielkich miast Ameryki", wcale nie kłóci się z postulatem, aby dzieci miały więcej dla siebie z życia w miastach. Dziennikarka zauważała:

Lekcję, że mieszkańcy miasta muszą brać odpowiedzialność za to, co dzieje się na miejskich ulicach, dzieci raz po raz dostają na chodnikach, na których kwitnie lokalne życie publiczne.

W tym rzecz! Lekcja z polskich chodników jest prosta: nie ponosisz odpowiedzialności za swe czyny. Gdyby przecież było inaczej, nie byłbym na grupkach, na których użytkownicy wrzucają zdjęcia źle zaparkowanych samochodów, komentując raz po raz, że Straż Miejska nie reaguje. A gdy już zacznie wstawiać mandaty, wtedy jest święto lasu.

REKLAMA

Choć spostrzeżenia Jacobs na pierwszy rzut oka wydają się mocno nieaktualne i niepasujące do polskiej specyfiki – nasze parki nie były wylęgarnią gangów – to dziennikarka zauważała, że chodniki muszą żyć. Muszą sąsiadować z lokalnymi biznesami, być pełne stolików, wystaw, sprzedawców. Tego nie ma. Dlatego dzieci nie mają gdzie się uczyć idealnego według Jacobs życia. Uczą się takiego, który później wpływ ma na nas wszystkich: bez samochodu nie istniejesz.

Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi będą widzieć, że alternatywa istnieje. I może zawalczą o swoje miejsce w miastach, zaskakując dorosłych pomysłami.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA