Tech  /  Recenzja

Do sklepu i na wyprawę życia. Thule Shield Pannier 25L - recenzja

Picture of the author

Albo jeśli ktoś chce jeździć na zakupy rowerem, ale wcale nie chce mu się kupować roweru cargo. Tak przynajmniej było w moim przypadku.

Jasne, Thule na swojej stronie reklamuje Shield Pannier w rozmiarze 25 l (jest jeszcze 17 i 13 l) jako sakwy turystyczne, ale ostatnie miesiące zdecydowanie nie sprzyjały - i nie chodzi tutaj o pogodę - naprawdę długim podróżom. W sumie nie był to dla mnie wielki problem - regularnie wożę po mieście sporo rzeczy rowerem, więc było wiele okazji, żeby zaprzyjaźnić się z Shieldem.

Thule Shield Pannier 25 - co warto wiedzieć na start?

Po pierwsze to, że w zestawie dostajemy od razu dwie torby, co zdecydowanie osładza wydatek około 620 zł. Po drugie - wariant 25 l jest naprawdę potężny pojemnościowo i rozmiarowo. Od razu może się przyznam - nigdy nie udało mi się zapełnić tych sakw pod korek, może z wyjątkiem sytuacji, kiedy sprawdzałem teoretyczną pojemność maksymalną.

Zakupy na dwie osoby na kilka ładnych dni do przodu? Dalej zostawało mi miejsce. Zapakowanie się na 6 dni na rowerową wyprawę (z noclegiem w hotelach)? Sam zmieściłbym się pewnie w połowie jednej z tych sakw, ale nawet mojej żonie nie udało się zapełnić ich obu. A zabrała naprawdę wszystko-wszystko na wszystkie możliwe warunki. Może poza suszarką do włosów, która... i tak spokojnie by jeszcze weszła.

Może na jakiś prawdziwy bikepacking te 50 l byłoby zbyt niską wartością, ale najwyraźniej w moim życiu aż tak ekstremalne przygody się nie trafiają.

I jak się do tego pakuje?

Tutaj akurat nie ma wielkiej filozofii. W środku mamy jedną dużą przestrzeń, z szerokim i sztywnym otworem, na wszystkie nasze bambetle, a także wydzielony zestaw trzech kieszonek - w moim przypadku przeważnie trafiał tam portfel, smartfon i 11-calowy iPad, a bez problemu zmieściłby się tam i 13-calowy laptop.

I tutaj dość ważna uwaga, jeśli ktoś planuje przewozić w tym schowku np. właśnie iPada. Ta dodatkowa przegroda nie jest w jakiś specjalny sposób izolowana od reszty wnętrza - pomiędzy ekranem tabletu a np. puszką konserw znajduje się tylko niewielkiej grubości materiał. Skorzystajcie lepiej z pokrowca albo rozważcie bardziej miejską wersję 17L - tam pojemnik na tablet jest lepiej chroniony. Możemy być natomiast względnie spokojni o ewentualne uderzenia w sakwę od strony roweru - ta część sakwy jest dodatkowo usztywniona.

Sam woziłem przy tym iPada w standardowym pokrowcu i nic mu się nie stało, choć starałem się zadbać o to, żeby nie trafiał akurat do tej sakwy, w której były twarde czy kanciaste przedmioty.

I co dalej?

Dalej zostaje nam już tylko zawinąć górną część sakwy i w takiej zrolowanej postaci zapiąć klamry - gotowe. Żadnych dodatkowych pasków i regulacji, dzięki czemu proces pakowania jest naprawdę błyskawiczny (po nabraniu pewnej wprawy). Z jednej strony to duży plus, bo jest po prostu łatwiej. Z drugiej - moja żona, która regularnie jeździ do pracy ze starszą generacją sakw Thule, trochę narzekała. Twierdzi, że z pomocą pasków można było całość trochę bardziej foremnie spiąć, niezależnie od tego co i jak się wrzuciło. Różnic użytkowych właściwie jednak brak.

Co istotne - trudno jest zamknąć sakwę źle, a jest to istotne z tego względu, że całość jest odporna na deszcz i zachlapanie (IPX4), o ile woda nie naleje się do środka przez otwór załadunkowy. Jeździłem już wiele razy w deszczu (sakwy męczę chyba od października zeszłego roku) i ani razu nie dowiozłem zawartości torby mokrej - a nie przykładałem się do zamykania sakwy jakoś przesadnie. Co zresztą widać na zdjęciach z sesji.

No to hop, montujemy.

I tutaj też jest prosto i szybko. Cała torba trzyma się bagażnika od góry na dwóch zaczepach, które odbezpieczamy poprzez pociągnięcie linki (widoczna na zdjęciu powyżej). Przy montażu trzeba tylko trafić korytkami na rurkę i ewentualnie dociągnąć blokady. Proste, łatwe, przyjemne.

Swoją drogą - zdecydowanie bardziej wolę taki system pionowych zaczepów niż trochę przekombinowane i niekoniecznie bezawaryjne rozwiązanie ze starszych toreb Thule z obracanymi klipsami montażowymi. Tutaj zawsze udawało mi się bagaż zamontować za pierwszym razem. Tam - nie zawsze...

Spora zmiana w stosunku do poprzednich generacji miała też miejsce z tyłu sakwy - przy dolnym punkcie montażowym. W sakwach, z którymi jeździłem jakiś czas temu, Thule zdecydowało się zastosować magnes. Tutaj magnesu już nie ma.

Zamiast tego mamy solidny (chociaż z tworzywa sztucznego) języczek, którego położenie możemy regulować w poziomie, i który po prostu dokręcamy aż do momentu, kiedy będzie solidnie zatrzaśnięty.

W zestawie jest przy tym komplet dystansów, dzięki czemu powinno się móc dopasować sakwy do większości bagażników. Można też oczywiście regulować kąt nachylenia języczka.

Efekt? Udało się zlikwidować problem, który wcześniej mógł doskwierać jeżdżącym dużo z pełnymi sakwami po bardzo nierównym podłożu. Magnes nie był na tyle mocny, żeby na potężnych wertepach (a czasem i potężnych miejskich nierównościach) utrzymać ciężkie sakwy przy rowerze i sakwy zamieniały się w skrzydełka. Fakt - nigdy nie spotkałem się z tym, żeby takie skrzydełkujące sakwy odpadły, ale potrafiło być to trochę niekomfortowe. I śmiesznie wyglądało.

Tutaj tego nie ma, a cena, którą idzie za to zapłacić, jest niewielka. Magnesowe połączenie było bowiem minimalnie szybsze. Tu trzeba się chwilę zastanowić, w jakiej kolejności co zamontować i zapiąć, żeby nie kombinować z rękami między brudnymi kołami. Na szczęście nie ma tego kombinowania za dużo - po prostu przy montażu najpierw wsuwamy blokadę od dołu, potem dopiero zapinamy górę. Przy demontażu - odwrotnie. Przed dłuższymi wyjazdami sprawdzałem tylko, czy poziom dokręcenia jest odpowiedni i to tyle.

Poza tym montaż czy demontaż całości jest właściwie idealny. Jedno szarpnięcie za linkę, wyćwiczone przesunięcie i już mamy sakwę w ręce. Doczepiamy pasek na ramię i mamy torbę na zakupy albo można pakować się do hotelu. Trudno wymagać więcej.

Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to fakt, że linka do odblokowywania zaczepów, która jednocześnie pełniła u mnie często funkcję uchwytu do noszenia torby na zakupach, jest ukryta w dość cienkiej i raczej twardej osłonie. Jeśli napakujemy dużo do środka - zaczyna się wpijać w dłoń. A trudno chodzić jednocześnie z dwoma sakwami przewieszonymi przez plecy...

I jak się z tym jeździ?

Cóż, jak z sakwami - wszystko zależy od tego, ile i jak napakujemy. Poza tym... wszystko jest w porządku. Nic nie lata luźno, nic nie odpada, nic nie klekoce na wertepach. Trzeba tylko przyzwyczaić się do tego, że jeśli napakujemy do każdej sakwy po kilkanaście kilogramów, to będzie jednak trochę trudniej pedałować.

Jeśli chodzi o bonusowe kwestie jezdne związane z samymi sakwami, to na pewno duży plus za spore i zdecydowanie odblaskowe elementy z przodu, z tyłu i po bokach - tego się zdecydowanie nie da przegapić na drodze podczas jazdy nocnej.

Tutaj jeszcze odblaski z przodu:

A jak jest z wytrzymałością?

Jeśli dobrze liczę, to egzemplarze testowe przetrzymałem około pół roku i były dość intensywnie użytkowane - zarówno w okresie zimowo-błotnym, jak i błotno-wiosennym, a także aktualnym - deszczowo-letnim.

I jeśli nie liczyć drobnych rysek tu i tam, a także delikatnych odgnieceń od długo przewożonych kanciastych przedmiotów - trudno się do czegokolwiek przyczepić. Solidny i gruby materiał (na oko i w dotyku solidniejszy niż poprzednio) w każdym miejscu zachował swoją ciągłość, podobnie jak punkty klejenia, a plastikowe elementy nadal są na swoich miejscach (co nie zawsze jest takie oczywiste). Kilka ostatnich burz potwierdziło też, że sakwy dalej są wodoodporne, a przy okazji - że wystarczy przetrzeć zabłoconą powierzchnię mokrą szmatką i już wygląda w porządku.

Mogę więc podejrzewać, że sakwy wytrzymają jeszcze długie lata użytkowania. Aczkolwiek na szczęście nie miałem okazji testować, jak wszystkie mechanizmy i materiał spiszą się w razie kraksy.

Czy coś jest nie tak?

W sumie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Tak, nie są jakoś szaleńczo piękne i raczej starano się tutaj zadbać o użytkową niż estetyczną stronę. Są też usztywnione wyłącznie od strony roweru, więc jeśli byle jak napchamy rzeczy o różnych kształtach do środka, to będzie to też wyglądało byle jak w trakcie jazdy (bez wpływu na samą jazdę, ale jednak).

Poza tym jednak Shield Pannier 25L... po prostu robi swoją robotę i robi ją dobrze. Ba - moim zdaniem robi ją nawet lepiej niż starsze sakwy Thule, z niekoniecznie idealnym sposobem mocowania, zarówno na górze, jak i na dole (nieszczęsny magnes). Zachowano więc to, co było dobre, czyli sporą pojemność, łatwy montaż (nawet jeśli jest trochę inaczej rozwiązany), usunięto bolączki i dano jeszcze trochę w bonusie.

Czy kupiłbym sobie takie sakwy?

Tak, ale nie.

Tzn. jak najbardziej kupiłbym sobie produkt z tej serii, ale raczej nie aż taki wielki. Na moje codzienne potrzeby prawdopodobnie wystarczyłaby odmiana 13L - mógłbym ładnie i równomiernie obciążyć rower po każdej stronie, a jednocześnie nie targałbym ze sobą tyle powietrza.

Natomiast niedługo zbliża się urlop, a więc pewnie i jakiś dłuższy wypad z żoną. I jestem pewien, że ona z łatwością zagospodaruje sobie całe te 50 litrów...