Sprzęt

Nawet tanie smartfony mają dobre aparaty. Po co kupować flagowce?

Picture of the author

Patrząc na ceny nowych smartfonów zapewne myślicie, że te stają się coraz droższe. Nic bardziej mylnego. One robią się coraz tańsze, co widać po tegorocznych średniakach.

Przeglądając informacje dotyczące premier sztandarowych mobilnych najbardziej rozpoznawalnych producentów łatwo natknąć się na komentarze mówiące o tym, że nowe smartfony są coraz droższe. Ludzie chętnie przypominają, że jeszcze kilka lat temu sztandarowy model kosztował 3000 zł, a za jego obecny odpowiednik trzeba zapłacić dwa razy tyle. Temat ten jest chętnie poruszany przez media, ponieważ rozsierdza on użytkowników, a co za tym idzie, generuje dużą liczbę kliknięć.

Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej.

Osoby irytujące się na drożejące smartfony zapominają chyba, że jeszcze kilka lat temu na działający płynnie smartfon trzeba było wydać grubo ponad 1000 zł. I model taki nie oferował praktycznie nic poza względnym komfortem działania. Jakość wykonania była przeciętna, ekran z tych gorszych, akumulator mały. A aparat? Szkoda gadać.

Jednak ten stan rzeczy ciągle się zmienia i już smartfony z 2019 i 2020 roku były na tyle dobrymi urządzeniami, że mogły za nimi rozglądać się nie tylko osoby ze zbyt mały budżetem na to, by kupić sobie najdroższego Samsunga czy iPhone’a. Rewelacyjny Redmi 8 Pro z 2019 roku oferował odpowiednią jakość wykonania, dobrą wydajność i duży akumulator. Kilka miesięcy później, już w 2020 roku, pojawił się realme 7 Pro, który też z miejsca stał się hitem sprzedażowym. Wprowadził on do tanich smartfonów bardzo szybkie ładowanie i piękny ekran AMOLED.

Tanie smartfony miały jednak jeszcze jeden minus. Był nim aparat.

Teraz to się zmieniło. Gdy na początku marca zaczynałem korzystać z realme 8 Pro i odpaliłem jego aparat, przecierałem oczy ze zdumienia. Robi on bardzo ładne zdjęcia w dzień, daje sobie też radę w gorszych warunkach oświetleniowych. Zobaczcie zresztą sami.

Jasne, nie jest to poziom najnowszego Samsunga Galaxy S21, ale z drugiej strony wystarczy on zdecydowanej większości użytkowników. W tym mi, osobie korzystającej na co dzień ze sztandarowego Huaweia P40 Pro. Podobnie rzecz się miała w przypadku Redmi Note 10 Pro, który też ma świetny aparat, choć moim zdaniem delikatnie ustępuje on propozycji od realme (poza aparatem od makro, który jest lepszy).

Żeby nie było: widzę, że tańszy smartfon robi gorsze zdjęcia, ale różnica nie jest na tyle duża, by ktoś na Facebooku czy Instagramie zwracał na to uwagę. Doszliśmy do momentu, w którym aparaty najdroższych smartfonów pokazują pazury podczas wykonywania zdjęć nocnych i początkowo rzeczywiście była to fajna ciekawostka, ale w gruncie rzeczy mało kto robi zdjęcia nocą. A duża część osób robiących te zdjęcia jest w stanie, w którym nie powinna wykonywać żadnych fotografii. 

Czego jeszcze brakuje tanim smartfonom?

Niektóre modele kosztujące poniżej 1500 zł mają już ekrany 90 i 120 Hz, głośniki stereo oraz podstawową odporność na zachlapanie, więc zapewne w tym albo następnym roku parametry te staną się standardem w półce cenowej oscylującej w granicach 1000 zł. Oznaczać to będzie, że tanie smartfony będą sprzętami kompletnymi. Jasne, każdy element ich specyfikacji okaże się gorszy niż w przypadku droższych modeli. Procesor będzie wolniejszy, aparat gorzej poradzi sobie w ciemności, ładowanie będzie trochę wolniejsze, a wodoszczelność gorsza.

Najważniejsze jednak jest, że interesować to będzie wyłącznie entuzjastów jarających się cyferkami. I oni będą w stanie wydać na najlepszy smartfon grube tysiące złotych. Z kolei zwykły użytkownik będzie mógł swobodnie wybrać sprzęt kilkukrotnie tańszy, któremu absolutnie nic nie będzie brakować. Jeszcze niedawno było to zwyczajnie niemożliwe.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst