Social media  /  Felieton

Zło nie rodzi się w piwnicy, ale na fejsie. Szef FBI mówi, że media społecznościowe podżegają do ekstremizmu

Picture of the author

Social media dały nam wiele dobrego. Zniosły wirtualne granice, pozwoliły na kontakt z ulubionymi twórcami, teoretycznie - zbliżyły ludzi do siebie. Jednocześnie zbudziły też coś bardzo mrocznego: utwierdziły ekstremistów w przekonaniu, że nie są sami.

Gdy 6 stycznia 2021 r. podjudzony przez Donalda Trumpa motłoch wdzierał się na amerykański Kapitol, nikt nie miał wątpliwości, że kluczową rolę w tym wydarzeniu odegrały media społecznościowe. Grupki wiernych sługusów byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych organizowały się wcześniej na grupkach na Facebooku i prawicowym Parlerze, a przebieg akcji można było śledzić na bieżąco we wszystkich platformach pod odpowiednimi hasztagami.

Pokłosie tego wydarzenia znamy wszyscy. Donald Trump z hukiem wyleciał z niemal wszystkich platform społecznościowych i np. Twitter, jego ulubiony serwis, odmówił mu prawa powrotu nawet po tym, jak złożył urząd prezydenta. Z kolei szefowie największych portali społecznościowych trafili na pięciogodzinne przesłuchanie przed Kongresem, podczas którego jednym z tematów przewodnich była właśnie rola social mediów podczas ataku na Kapitol.

Szturm Kapitolu nie był jednak odosobnionym przypadkiem, a raczej erupcją podsycanego przez lata ekstremizmu. I chyba nie możemy już mieć żadnych wątpliwości, w jaki sposób ów ekstremizm jest podsycany.

Szef FBI mówi wprost: winne są media społecznościowe.

Podczas przesłuchania przed komisją senacką w USA, szef FBI Christopher Wray powiedział:

Media społecznościowe stały się, na wiele sposobów, największym wzmacniaczem narodowego, brutalnego ekstremizmu, na równi ze złowrogim wpływem obcych sił.

Dodaje również, iż to wzmocnienie jest dodatkowo potęgowane przez bańki informacyjne, do których spychani są użytkownicy. Christopher Wray podkreślił, iż konieczne jest wywieranie presji na platformy społecznościowe, by te kładły większy nacisk na ekstremistyczne grupki i ochronę użytkowników przed radykalizacją.

Christopher Wray. Źródło: Reuters

Szef FBI ma rację, nawet jeśli mówi oczywiste oczywistości. Choć - czysto teoretycznie - internet i social media powinny gwarantować nam dostęp do informacji i odmiennych punktów widzenia, w praktyce sprzyjają one radykalizacji bardziej, niż jakiekolwiek inne medium w historii.

W pułapce algorytmów.

Christopher Wray nie bez powodu wspomina o roli baniek informacyjnych, bo to tutaj - a nie na grupkach neonazistów, rasistów i terrorystów - problem się rodzi i potęguje.

Przypomnijmy sobie na moment czasy sprzed social mediów. Wtedy też żyliśmy w bańkach informacyjnych, oczywiście, ale paradoksalnie łatwiej było poznać odmienny punkt widzenia. Kiedyś bowiem zamykaliśmy się w bańkach z wyboru. Czytaliśmy gazety o konkretnym profilu politycznym. Oglądaliśmy kanały telewizyjne odwzorowujące nasz punkt widzenia. Braliśmy udział w dyskusjach na forach internetowych z ludźmi podzielającymi nasze poglądy.

Teoretycznie nic się nie zmieniło, ale w praktyce zmieniło się wiele. Bo kiedyś, aby zamknąć się w bańce informacyjnej, trzeba było dokonywać świadomych wyborów co do konsumowanych treści, co - siłą rzeczy - znacząco zawężało krąg zainteresowanych.

Dzisiaj wrażenie wolności wyboru jest tylko pozorne, bo kultura algorytmu social mediów sama spycha nas do baniek informacyjnych i nie pozwala się z nich wyrwać. Wpadamy w tę pułapkę już przy pierwszym kontakcie - gdy każdy z portali społecznościowych zachęca nas do zaznaczenia, czym się interesujemy i podsuwa nam na tej podstawie kilka profili do obserwowania.

Potem zaś, na bazie tego, w co klikamy, algorytmy podsuwają nam kolejne, podobne treści. Jeśli mamy wśród znajomych kogoś np. o skrajnie lewicowych poglądach i będziemy lajkować jego posty, algorytmy będą nam podsuwać kolejne posty o podobnym wydźwięku. Ani się spostrzeżemy, gdy nasze tablice w social mediach stają się homogeniczną masą, zlepkiem ludzi wygłaszających te same tezy i wyznających te same przekonania.

I wcale nie mówię tu wyłącznie o ekstremizmie i terroryzmie, ale nawet radykalizacji światopoglądowej. W Polsce, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, widać bardzo wyraźnie, że social media podzieliły społeczeństwo na pół - na „lewaków” i „prawaków”. Jedna strona uważa, że za czasów PRL-u Polska była krainą mlekiem i miodem płynącą, aborcja nie powinna się różnić od wizyty u fryzjera, a praca zarobkowa to wymysł opresyjnego kapitalizmu. Druga strona odmawia podstawowych praw człowieka ludziom odmiennej orientacji seksualnej, przemoc przykrywa płaszczem przynależności religijnej i przymyka oko na cwaniactwo partii rządzącej, bo przecież „tamci też kradli”.

Media społecznościowe sprawiły, że między tymi grupami nie ma już żadnego punktu przecięcia. To dwa równoległe światy, z dwoma odmiennymi spojrzeniami na rzeczywistość. A bańka informacyjna sprawia, że obie strony tylko utwierdzają się we własnych radykalnych przekonaniach, nie dopuszczając do siebie stanowiska drugiej strony. A gdy już trafi się kontestująca teza z tej drugiej strony, bańka informacyjna reaguje homogenicznie - jeśli jeden użytkownik wykpiewa zdanie drugiej strony, to wszyscy to robią. Dialog nie istnieje w social mediach. To pole walki między stronami i miejsce do poklepywania się po wirtualnych plecach z ludźmi wyznającymi te same poglądy. A stąd już tylko krok do ekstremizmu.

Bo zupełnie odrębną kwestią jest to, że social media dały platformę głosom, które nigdy w historii ludzkości nie miały takiego zasięgu. Spróbujcie sobie przez moment wyobrazić co by było, gdyby Hitler miał Facebooka. No właśnie.

Social media amplifikują głosy, które w społeczeństwie poza internetem byłyby marginalizowane. Kiedyś przysłowiowy Stefan był rasistą i ksenofobem we własnym domu, krzycząc do telewizora, względnie użalając się przy kumplach od kieliszka. Dziś Stefan ma Facebooka i grupki ludzi, na których widzi, że myślących podobnie jest więcej, co tylko utwierdza go w słuszności jego poglądów. Przy odrobinie charyzmy, Stefan może zbudować w social mediach grono oddanych zwolenników, w którym wspólnie umocnią się w przekonaniu, że ich racje są słuszne. Tak rodzi się social mediowy radykalizm.

Facebook i spółka znają problem od lat. A ten wyłącznie narasta.

Potrzeba było ataku na Kapitol, by decydenci Stanów Zjednoczonych zwrócili uwagę na problem, który wzmacniają ich rodzimi giganci technologiczni. A przecież świat wiedział o zgubnym wpływie social mediów od lat. Wiedziały o nim także platformy społecznościowe, a mimo tego wciąż o tym rozmawiamy, bo problem nie zniknął.

Mamy rok 2021. A przecież już w 2008 r. poznaliśmy konsekwencje social mediowej radykalizacji. Wtedy to w serii ataków na hotele w Mumbaju zginęło 175 osób, a 293 osoby zostały ranne. Jak się okazało po analizie telefonu jednego z zamachowców, seria 10 ataków była koordynowana na Twitterze.

W 2010 r. świat obiegły informacje na temat Dżihadystów wykorzystujących Facebooka do rekrutacji nowych bojowników i YouTube’a do ich wyszkolenia.

Już w 2012 r. powstały dokumenty takie jak praca napisana przez profesorów Uniwersytetu Technologicznego w Brisbane, której autorzy - przytaczając wspomniane wyżej przykłady wykorzystania social mediów przez terrorystów - ostrzegali przed potencjałem, jaki dla ekstremistów niesie ze sobą „sieć 2.0”. W pracy opublikowanej przez Pakistan Journal of Criminology, po analizie dziesiątków przypadków, autorzy opublikowali nawet schemat działania organizacji terrorystycznych w oparciu o dostępne platformy cyfrowe.

Minęło prawie 10 lat od publikacji tej pracy naukowej, a problem nie zniknął. Ba, on się tylko nasilił. Na przestrzeni ostatniej dekady giganci społecznościowi coraz lepiej radzili sobie z wychwytywaniem słów kluczowych, wyłapywaniem podżegania do terroryzmu i jawnymi aktami cyberprzemocy. Jednocześnie jednak zaciskała się opisana wyżej pętla algorytmów, a ściany baniek informacyjnych stawały się coraz bardziej odporne na inne punkty widzenia.

Algorytmy platform społecznościowych stawały się coraz doskonalsze, bo takie musiały być, aby zręczniej celować w nas targetowanymi reklamami i zwiększać zarobek gigantów tech. A efekty uboczne? Kto by się nimi przejmował. Zwykli użytkownicy są coraz bardziej podzieleni, radykałowie przyciągają ekstremistów, a terroryści nadal rekrutują 14-latków.

Pułapka bez wyjścia?

Żaden ze mnie Harari, więc nie będę silił się na futurologiczne przewidywania i śmiałe tezy bez pokrycia. Mogę jedynie ocenić rzeczywistość, a ta z roku na rok wygląda coraz bardziej ponuro.

Iskierką nadziei może być fakt, że w społeczeństwie widać coraz większy opór względem mediów społecznościowych i tego, co z nami robią. Nie tylko pod względem szerzenia podziałów i radykalizacji, ale także zgubnego wpływu na naszą koncentrację, zdolności kognitywne i szeroko pojęte zdrowie psychiczne i fizyczne. Kto wie, może z czasem ten opór stanie się tak silny, że uda się nam wyłamać z tej sfery podziałów, a bańki informacyjne pękną.

Mój wrodzony pesymizm każde mi jednak obawiać się zgoła odmiennego scenariusza. Scenariusza, który w końcu może przenieść internetowy radykalizm i brutalność na ulice. Bo - posługując się foliarskim sloganem - jedynym sposobem na wyrwanie się z tej pętli jest wyłączenie internetu i włączenie myślenia. Zdanie sobie sprawy z pułapki, w jaką wpadamy i wyrwanie się z żelaznego uścisku Zuckerberga, Dorseya i innych.

Sęk w tym, że porzucenie social mediów oznacza dziś społeczną marginalizację i odrzucenie wielu wygód. A przecież nawet nasze podejście do kwestii prywatności od dawna dowodzi, że w zamian za komfort jesteśmy w stanie zgodzić się na bardzo wiele. Dlatego też nie łudzę się, że ludzie chętnie porzucą bańki informacyjne. Wszyscy lubimy, jak jest nam wygodnie. A w bańce informacyjnej, w której wszyscy nas lubią i podzielają nasze poglądy, jest nam najwygodniej na świecie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst