1. SPIDER'S WEB
  2. Gry
  3. Tech

Tu miał być tekst o tym, że nie rozumiem fenomenu Valheim. W tydzień gra ukradła mi jednak 20 godzin

Valheim w tydzień ukradł mi 20 godzin z życia

Nasza stocznia im. Lecha Wałęsy doczekała się drewnianej wieży strażniczej, górującej nad całym terenem. Rozejrzałem się dookoła otoczonej palisadą wioski. W tydzień zbudowaliśmy piękne miejsce. Do tego odporne na ataki leśnych stworzeń. Valheim wciągnęło nas całkowicie. Jednocześnie wciąż nie mogę napisać, że to dobra gra w tradycyjnym, ocennym i recenzenckim wymiarze.

To jest gra z samouczka do Unity“ - stwierdził jeden z dwóch znajomych, z którymi budujemy osadę w Valheim. Trudno nie przyznać mu racji. Gdybyśmy rozpisali sobie wszystkie cechy tej gry, a następnie porównali z innymi produkcjami o tematyce survivalu, nie znajdziemy w Valheim niczego odkrywczego. Ba, tytuł jest pod wieloma względami bardziej ograniczony od innych przedstawicieli gatunku, jak Rust czy Subnautica.

Zbieranie surowców. Pozyskiwanie drewna i kamienia. Budowanie schronienia. Wytwarzanie przedmiotów. Ulepszanie ekwipunku. Gromadzenie zasobów. Produkowanie narzędzi. Uprawa roli. Walka z przeciwnikami. Eksploracja. Wszystko to crème de la crème każdej survivalowej gry, a Steam jest ich pełen. Dlaczego więc właśnie Valheim odniósł sukces? Dlaczego akurat ten tytuł sprzedaje się z zawrotną prędkością, zdobywając portfele ponad 5 milionów graczy?

Nasza stocznia im. Lecha Wałęsy

Myślę, że znam przynajmniej część odpowiedzi.

Po 20 godzinach rozgrywki wciąż chętnie chwytam za topór i wycinam pobliskie drzewa. Przeznaczam kolejny wieczór na powtarzalne czynności, które mają się nijak do sekwencji w efektownych grach akcji. Mimo tego jestem zadowolony. Jestem zrelaksowany. Nie czuję, żebym tracił czas, ponieważ odpoczywam, rozmawiam ze znajomymi i wspólnie tworzymy coś, co z dnia na dzień wygląda bardziej spektakularnie: naszą osadę wikingów.

Gdy zadaję sobie pytanie, dlaczego biegam od drzewa do drzewa z toporem, chociaż na dysku PS5 czeka mnóstwo wysokobudżetowych gier, odpowiedź jest dosyć prosta: Valheim mnie relaksuje. Czuję, że przy tej grze naprawdę się regeneruję po ciężkim dniu. Powtarzalność, metodyczność i sekwencyjność tej gry budzi mój spokój. Jeszcze ważniejsza jest jednak przystępność. Przystępność to słowo klucz, które wyróżnia Valheim na tle dziesiątek innych gier z subgatunku survival.

Większość survivali chce być jak najbardziej skomplikowana. Valheim idzie w odwrotnym kierunku. Stąd sukces.

W grze tworzonej przez zaledwie pięciu deweloperów nie ma uciekającego parametru głodu, który może doprowadzić do śmierci awatara. Nie ma tutaj pragnienia, które musimy regularnie zaspokajać. Nie musimy spać, gdy słońce zniknie za horyzontem, a kondycja bohatera odnawia się samoczynnie. Nie musimy przejmować się takimi elementami jak wypróżnianie, kondycja psychiczna czy poczucie bezpieczeństwa.

Gdy rąbię drzewo w Valheim, dostaję gotowe deski. Nie potrzeba stawiać w tym celu tartaku. Stworzenie podstawowej chaty - z drzwiami, ogrodzeniem, skrzyniami, paleniskiem, słomianym dachem, miejscem do gotowania i łóżkiem - wymaga wyłącznie drewna i kamienia. Wszystko to sprawia, że żaden gracz nie czuje się początkowo przytłoczony. Próg wejścia jest bardzo niski, a rozgrywka pełna oczywistych powiązań i praktycznych uproszczeń.

W przeciwieństwie do wielu survivali Valheim nie buduje swojej wartości liczbą kłód, które rzuca pod nogi graczowi. Przeciwnie, tytuł wyróżnia się bardzo pomocnymi mechanizmami rozgrywki. Naprawa zużytych przedmiotów jest darmowa, co stanowi absolutny fenomen w gatunku. Posiadane przedmioty, bronie i pancerze nie niszczą się całkowicie. Do tego nawet gdy zginiemy, możemy odzyskać cały stracony ekwipunek odwiedzając miejsce pochówku. Co prawda istnieje pewna kara, w postaci chwilowo obniżonych statystyk, ale nigdy nie czułem, aby był to dla mnie realny problem.

Świadoma akceptacja wyzwania i podświadome wyparcie.

Miłośnicy survivalowych gier mogą się oburzać, że Valheim nadto upraszcza rozgrywkę. Sam również lubię, gdy tytuł oferuje odpowiednie wyzwanie. Gdy jego twórcy wprowadzają mechanikę, która komplikuje sprawy. Jestem wielkim fanem takich rozwiązań jak np. konieczność dbania o zdrowie psychiczne drużyny w Darkest Dungeon. O ile jednak świadomie poszukuję ciekawych komplikacji w grach wideo, pozostaje jeszcze aspekt podświadomego ograniczania wyzwania.

Po trudnym dniu znacznie łatwiej wrócić do Valheim niż do wymagającego The Long Dark. Chociaż świadomie preferujemy trudniejsze gry, podświadomość również odgrywa rolę w doborze preferowanej rozrywki. Gdy utkniemy w trudnym położeniu, w wymagającej grze wideo, wielu użytkowników odkłada takie sytuacje do rozwikłania na później. Na kiedyś w przyszłości. W Valheim nie ma podobnego problemu. Trudno tutaj stanąć w miejscu. Trudno odnieść spektakularną porażkę.

Do tego to wcale nie tak, że Valheim jest przesadnie proste. Chociaż próg wejścia faktycznie jest znacznie niższy niż w innych survivalach, wymagania wobec wikingów systematycznie rosną. Wraz z obróbką metali, wodowaniem łodzi i odkrywaniem nowych terenów rozgrywka staje się bardziej zniuansowana i skomplikowana. Wrogowie są silniejsi, a gra przestaje nam iść ślepo na rękę. Do teraz pamiętam szok, jaki przeżyłem, gdy okazało się, że nie mogę przenieść cennych kruszców przez portal. Policzek prosto w twarz.

Valheim odniosło sukces, bo pozwala przeżyć survivalową przygodę każdemu żółtodziobowi.

Łatwy próg wejścia, odpowiednio rosnący poziom trudności, przyjemny system budowania, brak przesadnie uciążliwych mechanizmów rozgrywki, a do tego ciekawe walki z bossami urozmaicające rozgrywkę - to część ze składników, dzięki którym Valheim odniósł tak wielki sukces. Jednocześnie wciąż nie uważam, aby była to dobra gra w klasycznym, recenzenckim ujęciu. Wciągająca - tak. Odprężająca - tak. Ale dobra? Tutaj dochodzimy do bardzo ciekawej kwestii.

Dobra gra to taka, przy której świetnie się bawię, czy dobra gra to taka, którą tworzą świetnie zrealizowane, możliwe do oceny składowe? Jedno wcale nie musi być tożsame z drugim. Ważniejszy jest aspekt rozrywkowy, czy ważniejszy jest aspekt kunsztu deweloperskiego? Podobne pytania możemy zadawać w kontekście filmów, seriali, książek czy muzyki. Tak jak film nie musi być arcydziełem, aby świetnie spędzić przy nim czas, tak gra nie musi być drugim The Last of Us, by stanowić miłą odskocznię od codziennych znojów i trudów.

Tutaj pojawia się Valheim, rewelacyjnie wykorzystując swoje pięć minut. Szczerze wątpię, aby gra odniosła sukces rozpisany na dekadę - jak np. Minecraft - ale wcale nie musi. Piątka deweloperów z Iron Gate już i tak złapała Pana Boga za nogi.