Oprogramowanie  /  Artykuł

Zainstalowałem Windows 10X na swoim komputerze, jest dziwnie - pierwsze wrażenia

Zainstalowałem Windows 10X na swoim komputerze, jest dziwnie - pierwsze wrażenia
206 interakcji
dołącz do dyskusji

Windows 10X w końcu wyciekł do internetu – i to podobno w bliskiej produkcyjnej wersji. Nie mogłem nie skorzystać z okazji i nie spróbować postawić tego cuda na jednym z moich komputerów. Nie było to łatwe ani oczywiste. A po kilku godzinach spędzonych z tym systemem mam na razie jeden wniosek: jest dziwnie.

Windows 10X dwukrotnie zmieniał sens swojego istnienia. To znaczy – tak uważamy, bowiem Microsoft na razie wypowiadał się o tym systemie bardzo lakoniczne, a wszelkie informacje na temat Windowsa 10X pochodzą z nieoficjalnych kanałów.

Windows 10X – szczypta historii.

Pierwotnie miało to być twarde zerwanie z przeszłością. Windows 10X miał być zbudowany wyłącznie w oparciu o nowoczesny kod zoptymalizowany pod nowoczesne potrzeby i sprzęt – a nie na fundamentach pamiętających pierwsze wersje Windowsa NT. W Windowsie 10X nie znajdziemy nic z przeszłości. Żadnych starych bibliotek .NET do zgodności wstecznej, żadnych apletów Panelu sterowania, nic. Co w takim razie ze zgodnością z aplikacjami?

Przecież nie pierwszy raz Microsoft próbował zacząć na nowo. Windows 10 w Trybie S czy Windows RT lezą już na śmietniku historii. Nikt nie chce Windowsa, który nie jest zdolny do uruchamiania windowsowych aplikacji. W Windowsie 10X miało to być rozwiązane w sposób bardzo pomysłowy.

Podsystem klasycznego Windowsa miał być ładowany do pamięci tylko w razie potrzeby, jeżeli jakaś aplikacja by go potrzebowała. Ów podsystem z taką aplikacją miałby być uruchamiany w kontenerze, izolowanej od reszty systemu piaskownicy. Dzięki temu cokolwiek by nie zaszło w tejże piaskownicy, nie wpłynie to na działanie reszty systemu.

Później jednak coś zaczęło się sypać. Windows 10X miał pierwotnie zadebiutować w wersji na tablety z dwoma wyświetlaczami, jednak pandemia COVID-19 – a przynajmniej tak twierdził Microsoft – zmieniła plany firmy. Ta uznała, że bieżący kryzys to nie pora na wprowadzanie innowacyjnych (i drogich) urządzeń. Zdecydowano więc, że Windows 10X najpierw pojawi się na klasycznych laptopach.

Potem jednak stało się najgorsze. Z nieznanych nam względów prace nad konteneryzacją podsystemu Windows porzucono lub odłożono w czasie. Coś nie działało jak trzeba – w kwestii stabilności czy wydajności. Podjęto więc decyzję, że Windows 10X owego mechanizmu nie będzie miał w ogóle. System jest zgodny wyłącznie z aplikacjami webowymi oraz budowanymi w ramach Universal Windows Platform.

Po co nam Windows niezgodny z aplikacjami na Windowsa?

No właśnie. Windows 10X w teorii (z dużym naciskiem na tę teorię) ma oferować sprawność na niespotykanym na klasycznych desktopach poziomie. Ma być bardzo lekki, bardzo bezpieczny, bardzo szybki, bardzo responsywny. Ma reagować błyskawicznie i być zawsze zsynchronizowany z Siecią. Windows 10X nie będzie też oferowany do pobrania – przynajmniej nie oficjalnymi kanałami. Będzie go można pozyskać wyłącznie z nowym sprzętem, co ma zagwarantować jego sprawne działanie.

Ma też oferować bezawaryjność i łatwość zarządzania co najmniej na poziomie systemu Chrome OS, jeśli nie lepiej. I to ma być najważniejszym atutem Windowsa 10X. System ten ma być gotowy do pracy w kilkadziesiąt sekund od pierwszego zalogowania się do komputera. Chrome OS przy tym jest zgodny z aplikacjami webowymi i tymi z Androida, zaś Windows 10X z aplikacjami webowymi i UWP.

windows-10x

To system z premedytacją zaprojektowany tak, by był jak najprostszy w obsłudze. To nie jest propozycja dla użytkownika, który do tej pory cenił sobie pracę na Windowsie 10, Ubuntu czy macOS-ie. Windows 10X to raczej alternatywa dla wspomnianego wcześniej Chrome OS-a lub iPadOS-a. Zestawianie go z poważniejszymi platformami absolutnie nie ma sensu.

Podobno pierwsze urządzenia z tym systemem mają pojawić się na rynku jeszcze w tym kwartale. Testowana tu kompilacja podobno jest jedną z ostatnich. Ewentualne kolejne nie będą zawierać nowych funkcji, a tylko łatki na drobne błędy. Tych sam znalazłem kilka, więc zapewne i łatek jeszcze trochę będzie. No, ale do rzeczy.

Instalacja Windowsa 10X wymaga Konta Microsoft. Nie, nie możesz pracować offline.

Windows 10 bardzo starannie ukrywa możliwość bycia skonfigurowanym bez Konta Microsoft. Po prawdzie to rozumiem: mechanizm Konta Microsoft to fundament wielu funkcji Windowsa, których użytkownik bez synchronizacji przez chmurę nigdy nie odkryje. Bawi mnie jednak to ukrywanie – no ale nie można powiedzieć, że wyboru nie ma. Kto nie chce kierować ruchu sieciowego zawierającego prywatne dane przez serwery Microsoftu, ten nie musi tego robić.

Windows 10X na coś takiego nie pozwoli. Instalator na dziś nie przepuszcza użytkownika bez stworzenia Konta Microsoft, bądź zalogowania się na istniejące. Pasuje to do idei środowiska zawsze online, jednak mimo wszystko jestem fanem pozostawiania ostatecznych decyzji użytkownikowi. Nie jestem jeszcze pewien po co komuś Windows 10X bez usług chmurowych, ale instynktownie na zamykanie mnie w złotej klatce patrzę ciut krytycznie. Przy czym oczywiście zamiast Konta Microsoft możemy stosować konto Azure AD naszej organizacji.

Sam proces instalacji jest banalnie prosty. System pyta się o język, region, a następnie prezentuje kreatora ochrony prywatności – identycznego jak w Windowsie 10 – starannie tłumaczącego każdą z funkcji potencjalnie naruszających prywatność, z opisem korzyści jakie zapewnia i z możliwością jej wyłączenia. Na dziś pliki polskiego pakietu językowego do Windowsa 10X nie były dostępne na serwerach Microsoftu.

Windows 10X po pierwszym uruchomieniu. Minimalizm to niedopowiedzenie.

Początkowo myślałem, że coś źle zrobiłem i że stworzyłem uszkodzony obraz instalacyjny do maszyny wirtualnej (dla zainteresowanych: Windows 10X w VM na dziś działa wyłącznie w Hyper-V, wyłącznie w drugiej generacji – nie współpracuje z innymi narzędziami do wirtualizacji czy maszynami Hyper-V pierwszej generacji). Powitał mnie bowiem szary pasek na dole z logiem Windowsa i granatowa gradientowa tapeta. Gdyby nie nowocześniejsze ikonki i wspomniany gradient wygląda to niemal jak Windows 2000 tuż po zawieszeniu się procesu Explorer.exe.

Po wciśnięciu przycisku Windows naszym oczom ukazuje się Menu Start launcher aplikacji. Na wierzchu prezentuje on… sam nie wiem które aplikacje. Chciałbym napisać, że te ostatnio uruchamiane, ale teoria niezupełnie pasuje do praktyki. W każdym razie launcher prezentuje garść wybranych apek, z możliwością rozwinięcia do pełnej listy aplikacji. Same apki mogą wyświetlać balonik z liczbą powiązanych powiadomień (na przykład nieprzeczytane wiadomości). Aplikacji nie można natomiast grupować w foldery. Nie można też tworzyć w launcherze aktywnych kafelków.

Na samej górze znajduje się wyszukiwarka. Co irytuje, na dziś nie można wcisnąć po prostu przycisku Windows i zacząć pisać – jak w Windowsie 10 – a trzeba dodatkowo kliknąć w pole tekstowe. Mam nadzieję, że to poprawią. W każdym razie wyszukiwarka przeszukuje komputer w poszukiwaniu aplikacji bądź kontrolek o zadanej nazwie, a także naszą chmurę OneDrive. Pozwala też na kontynuowanie wyszukiwania w Internecie. Niestety, wyłącznie za pomocą usługi Bing.

Pod listą aplikacji znajduje się lista ostatnio otwieranych dokumentów w aplikacjach usługi Microsoft 365. Podczas kilku godzin testów w tym podręcznym zasobniku nie pojawiły się żadne inne edytowane na OneDrive przeze mnie pliki – w tym PSD czy JPG. Zakładam więc, że pojawiać się tu będą wyłącznie pliki z Office’a.

Sam pasek zadań jest, dla odmiany, wyśrodkowany. Wyświetla wyłącznie przycisk Windows, przycisk widoku otwartych aplikacji (task switcher) oraz ikonę aktywnej aplikacji wraz z ikonami ostatnio uruchomionych. Po prawej, jak zawsze, zegarek i data. Choć tym razem nie wysunie się kalendarz, gdy na niego klikniemy.

Zamiast tego pojawia się coś na wzór Centrum akcji z Windowsa. Tyle że zamiast bycia jednolitym paskiem bocznym w Windowsie 10X mamy tu osobne widżety. Szybkie akcje jako coś osobnego, powiadomienia zgrupowane osobno. Zmienił się też układ szybkich akcji, a także dodano do niego dodatkowe przyciski – w tym do wyłączania komputera.

Praca z aplikacjami. Jest dziwnie i śmiesznie dla kogoś przyzwyczajonego do zupełnie innego.

Zestaw preinstalowanych w Windowsie 10X aplikacji to absolutne podstawy podstaw. Nie mamy tu nawet klienta pocztowego czy aplikacji Office. Ot, najprostsze narzędzia typu przeglądarka internetowa, kalkulator, lista zadań i tym podobne. Część możemy sobie doinstalować, ale… no właśnie, tylko część.

Aplikacje w Windowsie 10X możemy pozyskiwać na dwa sposoby. Po pierwsze, przez Microsoft Store. Szybko jednak odkryjemy, że oferta tegoż Store’a jest bardzo skromniutka. Nie ma dużej części aplikacji dostępnych w sklepie pod Windowsem 10. Ci wielcy nieobecni to programy, które zostały zbudowane o środowisko inne niż Universal Windows Platform. Adobe Lightroom? Facebook Messenger? Slack? Spotify? Nawet aplikacje Microsoft 365? Nic z tego. Choć oczywiście nie ma problemu z apkami UWP, przykładowe Netflix czy Twitter instalują się i działają bez problemu.

Po drugie – i nie jestem pewien czy istotniejsze – przez przeglądarkę internetową. Microsoft Edge – podobnie jak reszta przeglądarek Chromium i Firefox – potrafi zainstalować w lokalnym systemie niemal każdą aplikację webową. Zarówno klasyczną witrynę, jak i nawet dostosowaną do tego celu PWA. Lightroom, Messenger, Instagram, Mapy Google, Outlook po zainstalowaniu przez Edge’a są nie do odróżnienia od aplikacji natywnych i są traktowane przez Windowsa 10X jako równorzędne do natywnych apek.

Aplikacje w Windows 10X nie działają przy tym w oknach. Zamiast tego mamy multitasking w modelu przypominającym Windowsa 8 bądź iPadOS-a. Na ekranie możemy mieć albo jedną zmaksymalizowana aplikację, albo dwie obok siebie zajmując po połowie ekranu. Nie można przy tym zmieniać proporcji podziału – da się tylko na dwie równe części.

Biorąc pod uwagę użytkownika docelowego – którym nie jest poweruser, a zwykły użytkownik używający komputera do prostych zadań szkolno-biurowo-domowych – całość obsługuje się zaskakująco przyjemnie. Aplikacje webowe faktycznie zdają się realizować większość potrzeb, a i w Microsoft Store trafiają się porządne programy. Nie jest to przy tym w żadnym razie system operacyjny dla dewelopera, montażysty wideo, fotografa czy inżyniera. Zdaje się jednak mieć sporo sensu dla ucznia, biurowego pracownika zdalnego czy użytkownika typu moja mama, który komputer traktuje jako maszynę do pisania, katalogowania i wypełniania dokumentów oraz, w ramach przerwy od pracy, czytania newsów w Internecie. Choć uważam, że ekran powinien móc skalować dowolnie aplikacje – jak w Windowsie 8.

Trudno mi jednak ocenić całość bez jednego, kluczowego elementu, jakim jest sprzęt dla Windowsa 10X. Na razie mogę tylko powiedzieć, że działa on dużo szybciej i dużo sprawniej od Windowsa 10 uruchomionego na tym samym PC, w maszynie wirtualnej o niemal identycznych ustawieniach. Niestety Windows 10X na dziś zgodny jest z bardzo niewielką ilością sprzętu. Żaden z moich laptopów nie jest z nim zgodny, a praca w maszynie wirtualnej to ogromny narzut na wydajność. Więc nie jestem w stanie dziś ocenić responsywności i lekkości Windowsa 10X – a to kluczowe.

Wiem jednak, że z jednym żyć bym nie mógł. A raczej że byłoby mi bardzo trudno. Powyżej widzicie menedżer plików Windowsa 10X. To, że skupia się całkowicie na OneDrive i ogólnie danych online jest akurat zgodne z filozofią tegoż systemu – choć obsługa pamięci lokalnej mogłaby być wygodniejsza. Jednak ów menedżer plików jest też równie funkcjonalny, co aplikacja webowa OneDrive’a czy Dysku Google. Może jestem boomerem i nowoczesny użytkownik nie potrzebuje mieć pod palcami zaawansowanych operacji na plikach. Moim zdaniem jest to po prostu bardzo niewygodne.

Quo vadis, Windows 10X?

Windows 10X ma przed sobą trudne zadanie. Musi udowodnić, że w ogóle jest potrzebny. Microsoft jeszcze nie zaczął swojej komunikacji marketingowej, więc nie chcę tu przesadnie wychodzić przed szereg. Na dziś odnoszę jednak wrażenie, że sprzęty z Windowsem 10X sprzedać będzie trudno. To takie Chromebooki – tyle że od Microsoftu. Trudno powiedzieć czy lepsze czy gorsze. Nie jestem w stanie wskazać Bardzo Istotnego Powodu, dla którego zdecydowanie warto wybrać Chrome OS nad Windowsa 10X. Ale również nie jestem w stanie podać ani jednego argumentu za wyborem Windowsa 10X nad Chrome OS-a.

Subiektywnie i osobiście, w Windowsie 10X jako użytkownik Windowsa od lat czuję się po prostu lepiej. Znajoma estetyka i filozofia interfejsu, znajoma przeglądarka, znajome aplikacje. Na windowsbooku pracuje mi się w efekcie przyjemniej niż na Chromebooku. To jednak ciut za mało.

Tym niemniej czekam – będąc świadomym, że na razie obcowałem z mimo wszystko niegotowym produktem, który na dodatek musiałem lekko modyfikować by w ogóle na moim sprzęcie zadziałał. I mam nadzieję, że czekać długo nie będę.

Microsoft z pewnością jest świadom, że Windows 10X trafił nieszczęśliwie w ręce szerokiej publiczności i jestem przekonany, że już buduje swoje pierwsze komunikaty marketingowe. Na dziś nie mam jednak pojęcia jakich argumentów mógłby użyć – Windows 10X to bardzo solidny i bardzo nudny produkt, który zdaje się powstał głównie po to, by nie mieć w ofercie luk względem konkurenta. Tak, my też mamy swojego Chrome OS-a i iPadOS-a. Teraz czekam, by Microsoft mi wytłumaczył i co z tego.