Tech  / Lokowanie produktu

Cały dzień w jednej aplikacji. Tak wyglądała moja doba ze sprzętami Withings

Godzina 7:00. Ze snu delikatnie wybudza mnie subtelna wibracja na nadgarstku. Otwieram oczy, siadam na łóżku i z przyzwyczajenia natychmiast sięgam po...

... nie, nie smartfona. Nie trzymam go nawet w sypialni. Od kilku miesięcy pierwszym, po co sięgam po przebudzeniu, jest termometr. Przy czym od kilku tygodni nie jest to zwykły, najprostszy cyfrowy termometr, który znajdziemy w większości domów.

Na jakiś czas trafił do mnie bowiem termometr Withings. Jeśli kogoś przeraża trochę rozmiar tego sprzętu, to na wszelki wypadek tłumaczę - nie wsadza się go pod pachę jak zwykłego termometru. Ba, ani przez chwilę w trakcie pomiaru nie dotyka on skóry. Całość oparta jest na pomiarze temperatury tętnicy skroniowej, więc wystarczy przesunąć nim w odpowiedni sposób wzdłuż czoła i już - otrzymujemy wynik. Wszystko, włącznie z uruchomieniem termometru, zajmuje może 20-30 sekund. Żadnego siedzenia nieruchomo przez kilka minut.

Na tym jednak nie koniec - po uzyskaniu danych wybieramy, czyje to rezultaty (do 8 profili), a termometr sam, w pełni automatycznie przesyła je do aplikacji, gdzie możemy ewentualnie ręcznie dodać współwystępujące z gorączką objawy. Mamy więc nie tylko jednostkowy wynik, ale i pełen zapis historii naszych temperatur oraz samopoczucia.

Co jednak było dla mnie najważniejsze - termometr Withings absolutnie deklasował wszystkie termometry cyfrowe, które miałem do tej pory w domu. Wyniki uzyskiwane za jego pomocą są jak najbardziej powtarzalne, a do tego... po prostu wiarygodne. Wcześniej np. regularnie byłem informowany, że moja temperatura ciała wynosi np. mniej niż 35 stopni. Ciekawe, ale i mało prawdopodobne.

Pomiar wykonany, można wstawać.

Zwlekam się więc z łóżka, a temu zwlekaniu towarzyszy charakterystyczny dźwięk... otwieranego okna dachowego, które dostało zadanie przewietrzenia piętra w domu i zamknięcia się po kwadransie.

Skąd taka magia? Skąd okno wie, że wstałem? Przyjrzyjmy się trochę bliżej mojemu łóżku...

Tak, ten przewód nie wygląda zbyt łóżkowo. Podnieśmy więc materac...

I - tu raczej nie będzie zaskoczenia - mamy do czynienia z kolejnym sprzętem marki Withings. Tym razem jest to Sleep Analyzer, który umieszczony pod materacem potrafi monitorować zaskakująco wręcz dużo parametrów (i współpracuje z IFTTT, stąd komunikacja z oknem). W sam raz dla tych, którzy nie lubią spać z zegarkiem - czyli np. dla mnie.

Przy czym w tym miejscu muszę zaznaczyć jedną rzecz - jak widać po konstrukcji mojego łóżka, wcale nie musiałem prowadzić tego przewodu zasilającego w widoczny sposób. Bez problemu mógłbym go podłączyć do zasilania tak, żeby nikt nie miał pojęcia, że chowam cokolwiek pod materacem. Po prostu nie miałbym wtedy pretekstu do podniesienia materaca i pokazania, co się pod nim kryje.

Jakich danych dostarcza mi Sleep Analyzer? W tym celu muszę już pójść po smartfona i uruchomić aplikację Health Mate, która zresztą agreguje wszystkie dane zebrane przez urządzenia Withingsa. Wszystko. W jednym miejscu.

To właśnie w niej znajdziemy cały rozbudowany dział poświęcony ocenie naszego snu. Zaczynając od uproszczonej oceny jego jakości w skali od 0 do 100, przez tętno w trakcie snu, okresy chrapania, fazy snu, a nawet wykrywanie przypadków bezdechu sennego. Przy czym w kwestii diagnozy bezdechu sennego jest to pierwsze tego typu rozwiązanie z certyfikatem medycznym.

Porównałem przy okazji wyniki podchodzące ze Sleep Analyzer i z zegarka założonego na noc i były... szokująco zbliżone do siebie. Wliczając w to nawet przebieg wykresu tętna.

Gdyby ktoś przy tym pytał, po co od razu po przebudzeniu sprawdzać, jak się spało, bo przecież człowiek wie, czy wyspał się, czy też nie, to już odpowiadam.

Regularnie przeglądam moje senne raporty głównie po to, żeby sprawdzić, jaka strategia przed pójściem spać zapewni mi przede wszystkim najkrótszy czas zasypiania i najlepszy sen. Czy lepiej zrobić sobie przed pójściem do łóżka lekki, intensywny, a może żaden trening? Czy przesunięcie kolacji o godzinę w jedną albo drugą stronę coś zmieni? Czy zmiana diety wprowadzi jakieś różnice?

Nie wspominając już o tym, że znając swoje standardowe tętno podczas snu albo tętno spoczynkowe, można dość szybko stwierdzić, że albo zbliża się choroba, albo jesteśmy np. przemęczeni lub przepracowani. I coś z tym zrobić.

A skoro mowa o robieniu czegoś ze sobą - czas wejść na wagę.

Dla niektórych to pewnie jeden z gorszych momentów poranka, dla mnie - jeden z najprzyjemniejszych. A przynajmniej najciekawszych i nie chodzi tylko o samą masę ciała, a o jego skład. Chociaż masę oczywiście waga Withings też podaje.

Dla mnie, przy BMI na poziomie śmiesznych 20 z kawałkiem, dużo bardziej interesujące jest to, jaki procent całości stanowią w moim przypadku mięśnie, jaki tłuszcz, a jaki woda.

I ponownie, wszystko to trafia natychmiast do aplikacji, dzięki czemu mogę nie tylko odczytać na ekranie wagi wszystkie te parametry, ale i - co jest chyba najważniejsze - śledzić trendy. Właściwie to drugie w przypadku masy mogę zrobić nawet bezpośrednio na wyświetlaczu wagi.

Przy czym waga Withings ma jeszcze dwie mniej znane super moce. Pierwszą jest to, że... potrafi wyświetlać pogodę. Malutki gadżet, a jednak cieszy, bo wiem od razu, jeszcze przed prysznicem, jakie rzeczy przygotować sobie na wyjście na dwór i czy np. lepiej będzie dzisiaj pobiegać na świeżym powietrzu, czy nie ma co i czas podłączyć trenażer do zasilania.

Drugą mocą - podobnie jak w przypadku Sleep Analyzera, jest komunikacja z IFTTT. Zdecydowanie nadaje się to osobny artykuł, więc na razie wspomnę tylko o tym, że kiedy wychodzę z łazienki po pomiarze wagi, w kuchni już rozbrzmiewa sobie muzyka na kuchennych głośnikach.

Wstałem, pomierzyłem się, zważyłem się, ogarnąłem się, czas na... kolejne pomiary.

Podnoszę więc nadgarstek i... to będzie mało merytoryczne, ale muszę to gdzieś napisać - najnowszy Withings ScanWatch, będąc właściwie pełnoprawnym smart zegarkiem, jest po prostu obłędnie piękny.

Technicznie rzecz biorąc, jest to zegarek hybrydowy - czyli mamy do czynienia z analogową tarczą ze wskazówkami, w którą elegancko wkomponowano wyświetlacz. Wszystko, co smart, mieści się na tym wyświetlaczu i pod tarczą. I efekt wizualny jest naprawdę fantastyczny - i przyznaje to ktoś, kto nie przywiązywał do tej pory większej uwagi do wyglądu zegarków.

Po co jednak w ogóle podniosłem nadgarstek z zegarkiem? Żeby uruchomić system pomiaru saturacji krwi, co również w obecnych czasach jest czymś, co warto monitorować. 98 proc., czyli w porządku. Przyjdzie jeszcze moment, kiedy zestawię te wyniki z profesjonalnym pulsoksymetrem, ale na razie mogę napisać dwie rzeczy - po pierwsze, te wyniki są jak najbardziej powtarzalne. Wykonywałem pomiar kilkadziesiąt razy, w tym raz za razem, i ani razu nie było przypadku, gdzie wyniki uzyskane na przestrzeni kilku minut znacząco różniły się od siebie - a w przypadku niektórych zegarków tak właśnie bywa.

Po drugie - również i tutaj najistotniejszy jest trend (oczywiście wszystkie informacje są w Health Mate). Jeśli do tej pory mieściliśmy się w przedziale od 95 do 100 proc., a nagle spadliśmy poniżej niego, to coś jest ewidentnie nie tak i warto to skonsultować.

Na tym kończy się mój poranny rytuał pomiarów, ale nie kończy się przygoda ze sprzętami Withings.

ScanWatch towarzyszy mi bowiem przez całą resztę dnia. Mierzy tętno, zlicza kroki, pokonany dystans, piętra i mogę go ze sobą zabrać na trening biegowy.

W niczym nie przeszkadza to, że nie jest to w pełni smart zegarek. Realizację celu kroków wskazuje mi wskazówka na mniejszej tarczy. Brak GPS nie ma większego znaczenia - i tak biegam z telefonem, więc zegarek Withings pożycza sobie dane od niego. Reszta danych? Sprawdzam na małym wyświetlaczu, który przez większość czasu i tak jest wyłączony, oszczędzając akumulator (do 30 dni - nie miałem zegarka tak długo, żeby to zweryfikować). Powiadomienia? Są. Przypomnienia o aktywności? Są. Ćwiczenia oddechowe? Oczywiście. Wbudowane profile sportowe? Tak.

Jest nawet opcja wykonania EKG - przy czym w moim przypadku, przynajmniej na razie, nie spodziewałem się, że wynik będzie inny niż w normie.

I absolutnie wszystko to trafia do Health Mate.

Co jest zresztą mocnym argumentem za ekosystemem Withings. Nie trzeba tutaj próbować na różne sposoby agregować danych w jednym miejscu - one po prostu trafiają do jednego miejsca, bez dodatkowych aplikacji i potencjalnych błędów przy synchronizacji.

Wszystko - od liczby kroków pokonywanych dziennie, przez liczbę ćwiczeń, masę i skład ciała, aż po temperaturę, saturację, wyniki EKG i dane na temat snu - ląduje w Health Mate. Nie widziałem chyba wcześniej tak kompletnego i tak wygodnego w użytkowaniu systemu tworzenia zapisu zdrowotnego całego naszego dnia.

Inna sprawa, że nie widziałem też tak bezbłędnie działającego ekosystemu i sprzętów. Tutaj absolutnie wszystko po prostu działa. Konfiguracja wszystkich tych sprzętów, które dostałem, zajęła mi może kilka minut, wliczając w to rozpakowywanie ich.

Wszystko łączyło się błyskawicznie, za pierwszym razem, i takie też było późniejsze ich funkcjonowanie i synchronizacja. Nawet gdybym był bardzo wybredny, nie jestem pewien, czy mógłbym się do czegokolwiek przyczepić.

Chyba już można się położyć...

A czy wspomniałem już o tym, że w momencie, kiedy kładę się do łóżka, natychmiast gaśnie światło w biurze i automatycznie ogrzewanie na piętrze przestawia się w tryb nocny?

No to właśnie wspomniałem.

Uwaga: w terminie 3-13 listopada w sklepach Komputronik i iSpot, na hasło Spider obowiązuje 10% rabat na wszystkie produkty Withings.

Dystrybutorem produktów marki Withings w Polsce jest Alstor Sp.j.

* Materiał powstał we współpracy z marką Withings.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst