Gry / Relacja

Dzień z Valorant: grą FPS od twórców League of Legends - pierwsze wrażenia, największe wady i zalety

Dzień upłynął mi pod znakiem Valorant: sieciowej strzelaniny studia Riot Games. To pierwszy FPS twórców League of Legends, ale plany mają ambitne: zmieść z rynku CS:GO oraz Overwatcha, najlepiej za jednym zamachem. Czuć, że tytuł skrywa gigantyczny potencjał.

Po rozegraniu kilkudziesięciu rund w Valorant nie mam żadnych wątpliwości: Riot Games idzie po kasę, która aktualnie znajduje się w kieszeniach wydawców CS:GO oraz Overwatcha. Twórcy League of Legends mieszają taktyczne podkładanie bomby ze specjalnymi umiejętnościami i potężnymi zdolnościami ultimate. Wychodzi z tego gra o przedziwnej tożsamości, od której początkowo trudno się oderwać. Co mi się najbardziej spodobało? Co nie przypadło do gustu? Oto moje pierwsze wrażenia:

[+] Można się poczuć jak gwiazdy e-sportu. Oprawa w stylu CS:GO to fundament Valorant.

Każda sesja z Valorant to rozgrywka 5v5 ze zmianą atakującej i broniącej strony. Łącznie do rozegrania jest minimum 13 rund. W praktyce znacznie, znacznie więcej. Pierwsza drużyna z 13 zwycięstwami na koncie odchodzi w glorii chwały, a wyniki w stylu 13 do 12 są tutaj na porządku dziennym. Zawsze było mi nie po drodze z CS:GO, więc dopiero Valorant zapoznał mnie z takimi turniejowymi rozgrywkami. Wszakże grając w Battlefielda czy Apex nie ma mowy o żadnych rundach.

Muszę przyznać, że takie dłuższe rozgrywki z podziałem na rundy cholernie mi się podobają. Jako żółtodziób formatu turniejowego jestem zachwycony tym, ile emocji i zwrotów akcji może oferować taki system. Oto drużyna przegrywająca 5 do 12 wraca niczym feniks z popiołów, dobijając do meczowego 12 do 12. Ależ napięcia jest wtedy w finałowej rundzie! Ile adrenaliny! Przemierzając wielkie, piękne i otwarte pola z Battlefield V nie da się czegoś takiego poczuć.

[-] Dla Valorant trzeba mieć czas. Dużo czasu.

Efektem ubocznym turniejowego systemu jest długość jednej sesji przed ekranem. Przy założeniu wyrównanej walki obu drużyn jedna rozgrywka (aż do wyłonienia zwycięzców) trwa średnio 40 - 50 minut. To diametralna różnica dla kogoś przyzwyczajonego do sieciowych FPS-ów działających na zasadzie: wskocz - wyskocz. Rozgrywka w Valorant bardzo się różni od typowej rundki w Modern Warfare czy Overwatchu.

Valorant żarłocznie pochłania twój czas i twoją uwagę. Produkcja ma spore wymagania wobec gracza. Twoi towarzysze broni również. To zdecydowanie nie jest tytuł, do którego siada się na kwadrans czy pół godzinki. Trzeba o tym pamiętać. Również rodzice powinni zdawać sobie z tego sprawę. Nadchodzi prawdziwy pożeracz wolnego czasu.

[+] Umiejętności specjalne to głównie defensywa, zwiad i wsparcie.

Ciekawiło mnie, czy Riot Games odleci w oparach fantazji, projektując unikalne umiejętności. Rzeczywistość okazała się o wiele mniej efekciarska niż w takim Overwatchu czy Paladins. W Valorant nie uświadczymy latających smoków ani wybuchających robotów. Jasne, umiejętności specjalne znacząco wyróżniają się na tle zwyczajnych giwer, ale producenci ewidentnie tonowali swoje zapędy. Skille są bardzo ważne, ale wynik klasycznej wymiany ognia jeszcze ważniejszy.

Większość umiejętności unikalnych bohaterów to pośrednie skille taktyczne, nie bezpośrednie narzędzia zagłady. Mamy tutaj sonary odkrywające położenie przeciwników, drony zwiadowcze, spowalniające kałuże, chmury gazu pogarszające widoczność, ściany energetyczne blokujące przejścia, ampułki leczące czy teleportery na krótką odległość. Jasne, od czasu do czasu trafi się również nalot z powietrza czy energetyczna strzała przenikająca przez ściany, ale zdecydowana większość umiejętności ma charakter taktyczny.

[+] Valorant to absolutnie bezwzględna strzelanina taktyczna.

Dzięki wyżej opisanemu przesunięciu suwaka umiejętności w kierunku zwiadu, wsparcia i defensywy Valorant nie traci ducha taktycznego shootera. Po kilkudziesięciu rozegranych rundach mam wrażenie, że produkcji Riot Games wciąż bliżej do CS:GO niż do Overwatcha. Skille są ważne, ale kluczem do zwycięstwa jest gigantyczna precyzja ostrzału, czas reakcji, współpraca, zgranie i znajomość mapy.

Śmierć w Valorant bardzo chętnie wyciąga swoje kościste łapy po graczy. Wartość time to kill - czas potrzebny na zabicie wroga celnymi strzałami - jest szokująco niska. Dwa - trzy pociski z karabinu automatycznego kończą robotę. Nawet jeden, jeśli trafisz w głowę. Dlatego sednem rozgrywki pozostaje granie kątami. Zdobywanie przewagi terenowej. Mizianie krawędzi framug celownikiem. To gra dla prosów. Nie ma co do tego wątpliwości.

[-] Bohaterowie, których nie lubię i kolorowa oprawa.

W subgatunku hero shooterów bardzo ważny jest projekt bohaterów/czempionów/legend. Nadanie im wyrazistego charakteru oraz unikalnej osobowości. Gracze mają się zabijać o unikalne skórki czy linie dialogowe. Świetnie rozumie to np. Blizzard ze swoim Overwatchem. Z kolei herosi w Valorant… uhh, nie. Po prostu nie. Są sztampowi. Banalni. Typowi. Do bólu wylansowani. Do bólu nudni. To nie są postaci z krwi i kości. To archetypy. Szablony wyciągnięte z szuflad zmęczonych pisarzy i projektantów.

Szkoda też, że mamy do czynienia z kolejną bardzo prostą wizualnie, pozbawioną detali, nieco przekolorowaną oprawą graficzną. To powszechna praktyka mająca na celu obniżenie minimalnych wymagań sprzętowych. Rozumiem, że Riot Games nie chce odwracać się od swoich fanów, grających w League of Legends na laptopach z komunii, ale szkoda, że Valorant nie wygląda odrobinę bardziej korzystnie. Rainbow Six Siege udowodniło, że taktyczny shooter wcale nie musi być brzydki albo prosty wizualnie.

Będzie hit? Nie będzie hitu?

Na ten moment jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Chociaż nie znajduję się w oczywistej grupie docelowej takiej gry jak Valorant, bawię się przy niej świetnie. Co prawda z chęcią zamieniłbym dziecinnych i irytujących bohaterów na twardzieli w mundurach prawdziwych służb specjalnych, ale rozumiem prawa rynku i strategię Riot Games. Mają być sezony, mają być skórki, mają być breloczki do broni i lakiery dla noży.

Twórcy League of Legends trzymają w rękach coś, co może zamienić się w gigantyczny hit kasowy. W kolejne next big thing sceny Free2Play. Konkurencja jednak nie śpi. W branży gier jest ciaśniej niż kiedykolwiek wcześniej, a gracze mają do dyspozycji masę świetnych, darmowych FPS-ów. Valorant musi być czymś więcej niż tylko remiksem CS:GO i Overwatcha. Przed grą długa i trudna droga. Nie mam jednak złudzeń, że Riot Games już teraz przymierza się do walki o największą część tortu leżącego na stole. Wielu potężnym wydawcom bardzo się to nie spodoba.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst