REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Gry
  3. Tech

Dobrze być niepiśmiennym, brudnym plebsem. Kingdom Come jak Gothic - pokazuje graczowi jego miejsce

Wieśniaczka skwitowała, że śmierdzę jak z wychodka. Z modyfikatorem -4 do charyzmy, brudnymi ubraniami i workiem skradzionych fantów ułożyłem się do snu na drewnianej pryczy. Rano nie było lepiej, bo poza niskim komfortem i higieną doszedł jeszcze głód. Stary chleb sprzed kilku dni? Mmm, pychota. Kingdom Come: Deliverance dobitnie pokazuje graczowi, gdzie jego miejsce w średniowiecznej hierarchii.

Dobrze być niepiśmiennym plebsem. Kingdom Come jak pierwszy Gothic
REKLAMA
REKLAMA

Henryk nie miał źle. W rodzinnej wsi był synem kowala. Wiązała się z tym masa przywilejów. Jego pobielany dom znajdował się na samym podzamczu. Spiżarnia w izbie zawsze była pełna worków z warzywami i owocami. Chłopak nosił czyste ubrania. Spał do południa. Nie narzekał na brak uwagi wieśniaczek a do tego mógł sobie pozwolić na pijackie tańce i zabawy. Sielanka trwała latami, dopóki wieś Henryka nie została spalona na skutek wojny rozrywającej średniowieczne Czechy.

 class="wp-image-684637"

W Kingdom Come: Deliverance tracimy wszystko i lądujemy na samym dole średniowiecznej hierarchii.

Niemal każda napotkana postać, a tych w otwartym świecie Kingdom Come żyje masa, jest od nas lepsza. Ma więcej pieniędzy. Posiada własne włości. Lepiej włada łukiem i mieczem. Nosi solidniejszy pancerz. Ma więcej charyzmy. Henryk znajduje się na samym początku łańcucha pokarmowego. Niczego nie potrafi, niczego nie wie i do niczego się nie nadaje. Z jego poobijanej gęby nie bije inteligencja, a byle rabuś rozkłada go w walce na miecze. Nie przesadzam.

Główny bohater Kingdom Come zmarnował młodzieńcze lata na hulankach i swawolach. To się mści, a ofiarą lekkodusznego stylu życia staje się sam gracz. Gdy bandyta na trakcie z łatwością zbijał mój nieporadny zamach mieczem, w duchu przeklinałem głupiego chłopaka, w skórze którego mnie umieszczono. To jednak tylko chwilowa słabość, ponieważ w ogólnym rozrachunku wybór niedojdy na protagonistę to najlepsze, co mogli zrobić twórcy.

 class="wp-image-684640"

Kingdom Come: Deliverance przypomina pod tym względem kultowego Gothica i karną kolonię górniczą.

Tam również początkowo byliśmy popychadłem bez żadnej renomy. Wszyscy posiadali lepsze pancerze i lepsze statystyki. Dopiero z czasem, zadanie po zadaniu, mozolnie budowaliśmy wachlarz własnych umiejętności. Musiały minąć długie godziny rozgrywki, abyśmy mogli stanąć naprzeciwko przeciętnych dowódców kolonii górniczej ze świadomością: nareszcie jesteśmy sobie równi! Ileż to dawało wtedy satysfakcji! Gracza niemal rozpierała duma.

Dokładnie tak samo jest w Kingdom Come: Deliverance. Minęło kilkanaście długich godzin, nim poczułem, że mogę iść w szranki ze strażnikami miejskimi. Jednak świadomość przebytej drogi, poczucie namacalnego progresu wyrażonego czymś więcej niż wartościami +20 do ataku i +20 do obrony to najlepsze, co może poczuć gracz. Zwłaszcza taki pamiętający pierwszego Gothica.

 class="wp-image-684670"

Rozwój postaci jest żmudny. Początkowo zdaje się nie przynosić rezultatów. Gdy jednak zaczniemy czuć, że nasz heros ewoluuje, każda zmiana na lepsze jest zasadna, sensowna i z góry wyczuwalna. Dzieje się tak dlatego, że w Kingdom Come: Deliverance awans z poziomu na poziom nie opiera się na prostym +1 do statystyk. Z nowym poziomem idą w parze zupełnie nowe umiejętności, które diametralnie zmieniają samą rozgrywkę.

Weźmy dwie różne gałęzie rozwoju - walkę bronią oraz naukę czytania.

Im częściej wymachujemy kawałkiem żelastwa, tym lepsi się w tym stajemy. Progres nie oznacza tylko tego, że trafiając ostrym narzędziem w przeciwnika zadajemy mu więcej obrażeń. Nasze zamachy stają się szybsze. Mniej się męczymy. Opanowujemy sekwencje ciosów, które przełamują gardę przeciwnika. Uczymy się radzić z odpychaniem i zwodniczymi ciosami ze zmianą środka ciężkości. To wszystko postępy, które widać i czuć zaraz pod kontrolerem, bez zagłębiania się w statystyki postaci.

 class="wp-image-684631"

Rozwój jest naturalny, płynny i instynktowny. To jak połączenie Gothica (nauczyciele) z Morrowindem. Tyczy się to nie tylko walki, ale wszystkich innych czynności. Łącznie z piciem alkoholu, polowaniem czy czytaniem książek. Nawet lektura średniowiecznych pism nie jest w Kingdom Come zerojedynkowa. Po opanowaniu podstaw elementarza wciąż nie poznajemy wielu liter. Grubsze tomiszcza są zbyt nieprzystępne, a łacina to już kosmos. Nauka, nauka i jeszcze raz nauka - wszystko, co robisz w Kingdom Come Deliverance, podlega tej prostej zasadzie.

Z tego powodu początkowy etap gry jest bardzo odpychający. Nie możemy w zasadzie niczego.

Przegramy każdą walkę z węgierskimi najeźdźcami. Złamiemy wytrych na każdym zamku. Nie przegadamy żadnego kupca. Gra dobitnie pokazuje graczowi, gdzie jego miejsce - na samym dnie społecznego bajora. Tylko kilkanaście godzin samozaparcia i determinacji ze strony gracza sprawia, że Henryk zaczyna wygrzebywać się z tego mułu. To test na wytrzymałość, który obleje wielu graczy. Zwłaszcza tych młodszej daty.

 class="wp-image-684634"

Jednak ci, którzy zostaną w świecie Kingdom Come, po czasie zaczną bawić się naprawdę dobrze. Chociaż wyzwaniem nie jest tutaj ratowanie galaktyki, a raczej utrzymanie się w siodle, takie przyziemne cele są bardzo odświeżające. Dzięki nim zawsze jest to robić w tej grze. Zamiast jednak przebierać w zadaniach, zastanawiam się, które umiejętności dzisiaj rozwinąć. Retoryka? Zielarstwo? Kradzież kieszonkowa? Opcji jest masa, a każda rozszerza możliwości rozgrywki.

REKLAMA

Siadając przed konsolą, świat ratuję prawie codziennie. Raz Obcy, kiedy indziej zombie, czasem szaleńcy z atomowym przyciskiem w kieszeni. Pewnie dlatego nie wzbudza to już we mnie takich emocji, co pierwsza dobrze puszczona strzała, która trafia w zająca pędzącego przez czeski las. Bez żadnego kursora, celownika ani spowalniania czasu na bezdechu. Kingdom Come Deliverance jest tak przyziemne i odmagicznione, że aż fantastyczne. Niestety, grze daleko do ideału, o czym niebawem przeczytacie w naszej pełnej recenzji.

Tymczasem wracam poszukać jakiejś bali z wodą. Na wizytę w łaźniach mnie nie stać, a córka młynarza sama się przecież nie poderwie.

REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: tydzień temu
Aktualizacja: tydzień temu
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA