1. SPIDER'S WEB
  2. Gry
  3. Tech

Super Mario Odyssey to najlepsza gra z Mario od czasu wejścia hydraulika w 3D

Recenzja Super Mario Odyssey - najlepsze trójwymiarowe Mario w historii
681 interakcji
dołącz do dyskusji

Chociaż kartridż Nintendo ugina się od zawartości, chciałbym, aby platformowa przygoda nigdy nie miała końca. Super Mario Odyssey to najlepsza gra z ikoną Nintendo od czasu wejścia hydraulika w trzeci wymiar. Nawet niesamowite Super Mario 64 oraz Super Mario Galaxy nie mają startu!

Zapamiętajcie moje słowa - ta gra jest klasykiem już w momencie premiery. Dzięki uprzejmości Nintendo mogłem przejść Super Mario Odyssey kilka dni przed światowym debiutem i cóż to była za przygoda! Jeszcze nigdy - NIGDY - nie bawiłem się tak dobrze z trójwymiarową odsłoną serii. Super Mario Galaxy, Super Mario 3D World, nawet kultowe Super Mario 64 - żadna z tych rewelacyjnych produkcji nie umywa się do Odyssey. Nie przesadzam.

Super Mario Odyssey to odważne połączenie gry platformowej i otwartego świata. Skakania oraz eksploracji.

Początkowo możecie być zaskoczeni tym, jak mało rozpadlin, przepaści i platform znajduje się w nowej grze Nintendo. Zwłaszcza, jeżeli myśląc o Mario macie w pamięci głównie Super Mario Bros. z zakurzonego Pegasusa. Japończycy odważnie przesuwają akcenty, wracając do najlepszych czasów z Nintendo 64. Motywem przewodnim nie jest skakanie i zbieranie monet, ale eksploracja. Podróż po otwartym i zróżnicowanym terenie, który skrywa masę sekretów.

Jestem pod gigantycznym wrażeniem tego, ile zawartości zostało upchniętej na otwartych lokacjach. Atrakcje czekają na gracza co kilkanaście kroków. Nawet tak „puste” mapy jak pustynia zawierają masę miejsc do odkrycia. Morze piasków skrywa na przykład małe miasteczko, lewitującą świątynię, oazę, podwodne ruiny, lodową jaskinię (?!), odwróconą piramidę (?!?!) czy nawet stację kosmiczną zaraz nad powierzchnią planety (?!?!?!). Wszystko to sporych obszarów mini-lokacje, z własnymi skarbami, przeciwnikami, a nawet bossami.

Świat(y) w Super Mario Odyssey są gigantyczne. Nie ze względu na powierzchnię, ale zagospodarowanie przestrzeni. Trudno wskazać mi jakąkolwiek inną grę, która posiada tyle sekretów. Tyle bonusów i znajdziek. Każde królestwo odwiedzane razem z Mario to od jednej do kilku godzin zabawy. Krain jest ponad piętnaście, więc łatwo możecie sobie policzyć, jak rozległa i jak długa jest to produkcja. Wiele bym dał, aby każdy tytuł adresowany do gracza offline posiadał podobne natężenie zawartości. Nintendo może uchodzić tutaj za wzór.

Producenci Super Mario Odyssey zadbali, aby rozgrywka była czymś więcej niż skakaniem i rozbijaniem głową kostki brukowej.

Jasne, klasyczne elementy platformowe wciąż istnieją i wciąż stanowią bardzo ważny element przygody. O wiele ciekawsza jest jednak nowa możliwość „przejmowania” żyjących elementów otoczenia za pomocą specjalnej czapki hydraulika. Dzięki niej Mario może przejąć kontrolę nad rozmaitymi, najbardziej wymyślnymi kreaturami.

Już w drugim królestwie mamy możliwość wskoczenia w skórę potężnego T-Rexa, niszczącego ściany i odkrywającego zawalone jaskinie. Jeżeli myślicie, że to szczyt fantazji Nintendo, to jesteście w wielkim błędzie. Potem robi się jeszcze ciekawiej. Mario zamienia się między innymi w wystrzeloną rakietę, czołg, a nawet swoich grzybkowatych i żółwiowatych rywali.

Każdy możliwy do przejęcia obiekt (a tych jest ponad 30) posiada własną paletę ruchów oraz możliwości. Część lata. Część strzela. Jeszcze inni świetnie pływają albo skaczą na gigantyczne odległości. Dzięki nieustannym zmianom wachlarza środków, rozgrywka NIGDY SIĘ NIE NUDZI. Wręcz przeciwnie - ciężko doczekać kolejnej sesji z grą. Rodzina patrzyła na mnie jak na idiotę, gdy cieszyłem się, że mogłem wyjść z psem na październikowy spacer albo jechać komunikacją miejską. Nie wiedzieli, że to z powodu Switcha włożonego do kieszeni płaszcza.

Szkoda tylko, że w Super Mario Odyssey nie ma żadnego wyzwania ani poczucia zagrożenia.

Pamiętam, że grając w Super Mario Bros. z 1985 roku potrafiłem wstać z miejsca, przepełniony emocjami. Zwłaszcza, gdy byłem blisko zamku, a do pokonania trudnego poziomu dzieliło mnie już tylko kilka udanych skoków. Dawne gry platformowe (nie tylko z Mario w roli głównej) pompowały do żył gigantyczne pokłady adrenaliny. W Odyssey niestety tego zabrakło. Gra się spokojnie, bez dreszczyku emocji i obaw o liczbę posiadanych żyć.

Nie mogę się pogodzić z tym, że Nintendo zdecydowało się na rezygnację z żyć. Rozumiem, że wymusiła to na nich otwarta struktura świata, połączona z flagami robiącymi za punkty kontrolne oraz możliwością szybkiej podróży (!) z poziomu mapy. Z logistyczno-turystycznego punktu widzenia tak zwane życia po prostu przestały mieć sens. Niestety, cierpi na tym rozgrywka. Gdzieś zabrakło tych emocji, od których wierci się człowiek w fotelu. Zabawie towarzyszy przyjemne, rozleniwiające uczucie. Szkoda, że Nintendo nieco nie podkręciło tempa.

Na pocieszenie dostaliśmy egzotyczny tryb kooperacji na jednym ekranie, przed jedną konsolą.

Pamiętacie, jak wspomniałem o nowej czapce Mario, dzięki której hydraulik przejmuje kontrolę nad innymi bytami? Okazuje się, że kawałek materiału jest tak naprawdę samodzielnym, inteligentnym bytem - to Cappy, który podobnie jak nasz bohater ma do załatwienia kilka spraw z podłym Bowserem. W trybie kooperacji na jednym ekranie gracze dzielą się rolami - jeden z nich wskakuje w spodnie Mario, drugi zostaje nakryciem głowy.

Duet jest nierozłączny i w pełni zależny od siebie. Kamera podąża za Mario, podczas gdy Cappy może zwiedzać otoczenie w zasięgu widzenia. Grając inteligentną czapką, potrafimy atakować wrogów, zbierać monety oraz udawać „trampolinę” dla naszego humanoidalnego towarzysza.

Początkowo zgranie nie jest łatwe. Zwłaszcza podczas sekwencji platformowych. Do tego brakuje jakiegoś ogólnego zamysłu stojącego za co-opem. To przyjemny dodatek do którego nie potrzeba dodatkowych kontrolerów, ale najlepiej z Super Mario Odyssey bawiłem się jednak samemu. Może po prostu nie natrafiłem na partnera z odpowiednimi umiejętnościami?

To pierwszy raz, kiedy ktoś sensownie wykorzystał HD Rumble w konsoli Nintendo Switch

Specyficzne, punktowe drżenie kontrolerów Joy-Con było marginalizowane przez producentów, bądź ograniczane do roli zwykłych wibracji. Super Mario Odyssey jest pierwszym tytułem, który odpowiednio wykorzystuje funkcję HD Rumble. Posiadacze Switcha nareszcie mogą się przekonać, na co stać te malutkie silniczki schowane pod kolorowym plastikiem.

Drżenie HD Rumble naprawdę świetnie imituje rozmaite doznania fizyczne. Gdy znajdujemy się na pokładzie latającego statku, nieustanne wibracje sprawiają, że czujemy pracę silnika i drżenie desek. Szukając skarbu pod powierzchnią piasku, wibracje naprowadzają nas na właściwy trop, nawigując precyzyjnym góra-dół oraz lewo-prawo. Oczywiście to tylko dodatek, ale jakże ciekawy. Silnie punktowe, kierunkowe, wielostopniowe drżenie stanowi odświeżające dopełnienie rozgrywki. Jest frajda.

Dzięki czemu Super Mario Odyssey jest tak dobre? Dzięki rozgrywce dopracowanej do najdrobniejszego szczegółu.

To jedna z tych produkcji, podczas grania w którą uśmiechasz się pod nosem i mówisz „kurde, ale to jest dobre”. Czasami po prostu czujesz, że obcujesz z niezwykle dopracowanym produktem. Dziełem, w które ktoś wpompował masę czasu, zaangażowania oraz uczucia. Odwzorowaniem tego są świetne animacje, kapitalna oprawa muzyczna czy rewelacyjne pomysły. Są gry dobre oraz Dobre, przez wielkie D. Takie, które w pamięci zostają na miesiące, jak nie lata. Nie mam wątpliwości, że Super Mario Odyssey należy do tego zbioru.

Wielokrotnie lądowałem w jakiejś mrocznej, maksymalnie oddalonej od głównego szlaku dziurze, myśląc sobie: „nie no, tutaj na pewno już niczego nie wstawili”. No i proszę - nagle widzę magiczne drzwi wyrzeźbione w drzewie, przenoszące do innego wymiaru. W Super Mario Odyssey nie ma ani jednego metra kwadratowego pozostawionego bez opieki architektów poziomów. Twórcy z Nintendo wyciskają ile tylko się da z tej gry.

Produkcja dla Switcha zawstydza nie tylko inne platformowe tytuły, ale rownież poprzednie gry z Mario. To nowy „złoty standard” dla całego gatunku. Myślałem, że po świetnym, odkurzonym Crashu na PS4 lepiej w tym roku już być nie może. Nintendo zamiotło wszystko. Oczywiście Super Mario Odyssey nie jest idealne i na hurraoptymistyczne 10 na 10 nie zasługuje. Jest kilka rzeczy do poprawy, jak na przykład zbyt łatwe i zbyt krótkie walki z bossami. Jeżeli jednak miałbym wskazać najlepszą platformówkę 2017 roku, nie będę się wahał ani przez moment.

Największe zalety:

  • Masa zawartości, sekretów, bonusów i lokacji w każdym królestwie
  • Zabawa dla kolekcjonera na kilkadziesiąt godzin
  • Nieco ułomny, ale zawsze mile widziany tryb co-op na jednej konsoli
  • Otwarte, niechronologiczne lokacje w świecie Mario zdały egzamin
  • Rewelacyjna muzyka
  • Pierwszy raz ktoś w pełni wykorzystał HD Rumble
  • Ta gra po prostu cieszy, niezależnie od wieku

Największe wady:

  • Zaledwie poprawna (chociaż miła dla oka) warstwa wideo
  • Walki z bossami są zbyt łatwe i zbyt krótkie
  • Brakuje dreszczyku emocji w sekcjach platformowych, bo nie ma już żyć

Nintendo po raz kolejny udowadnia, że nie straciło ręki do gier. Super Mario Odyssey jest kapitalną ofertą na start dla posiadaczy Switcha. Przy tej produkcji doskonale bawią się dorośli i dzieci, a do pełnego odkrycia gry potrzeba kilkudziesięciu godzin. Nie wyobrażam sobie posiadania sprzętu Japończyków bez tego tytułu. Nie mam żadnych wątpliwości i mogę napisać to z pełnym przekonaniem:

Dla takich gier kupuje się konsolę.