Gry  / Recenzja

Jak urlop po sezonie, to tylko do Mordoru. Śródziemie: Cień wojny - recenzja Spider's Web

Średnia październikowa temperatura w Polsce to 13°C. We Włoszech - 18°C. W Chorwacji 19°C. Jest jednak miejsce, gdzie ciepły*, wulkaniczny wręcz klimat panuje zawsze. Nawet po sezonie. Jeżeli macie trochę wolnego, w tym sezonie polecam wycieczkę do Mordoru.

Napiszę to już we wstępie, jasno i wyraźnie. Chociaż Śródziemie: Cień wojny bywa bliźniaczo podobne do mistrzowskiej serii Arkham, przygody Batmana pozostają nie do pobicia. Nowa historia Taliona oraz upiora Celebrimbora (w polskiej wersji językowej błędnie opisanego jako Kelebrimor) plasuje się jednak zaraz za tetralogią Mrocznego Rycerza, wyprzedzając Cień Mordoru oraz Mad Maxa. To absolutna najwyższa półka gier akcji. Kapitalna przygoda na przynajmniej kilkanaście godzin, od której uzależnia się jak od Jedynego Pierścienia.

Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego.

Śródziemie: Cień wojny ponowne rzuca gracza w buty niepowtarzalnego Taliona. To nieszczęśliwy byt, który powstał w wyniku mrocznego rytuału łączącego kapitana Czarnej Bramy oraz Celebrimbora - elfiego kowala, który onegdaj stworzył Pierścienie Władzy. Dwie istoty zespojone w jednym ciele kontynuują wendettę przeciwko Sauronowi, osłabiając wojska Mrocznego Pana na nieprzyjaznych ziemiach Mordoru.

Tym razem do duetu Talion - Celebrimbor dołącza trzeci „element”. To dziesiąty Pierścień Władzy, który zostaje wykuty przez bohaterów w celu pokonania Saurona. Niestety, potężny artefakt ląduje w rękach Szeloby - pradawnego zła, z którym bohaterowie zawiązują nieoczekiwany i niepewny sojusz.

Jeżeli jesteś fanem książkowego Władcy Pierścieni, pewnie chwytasz się w tym momencie za głowę. Scenarzyści gry korzystają z tematów zarysowanych przez Tolkiena, uprawiając własną mitologię. Śródziemie: Cień wojny to zupełnie inne uniwersum, którego nie powinno się przystawiać ani do filmów, ani tym bardziej do książek. Szukając w tym programie zgodności z literaturą można osiwieć. Jeżeli jednak wyłączycie uprzedzenia i po prostu zanurzycie się w historię, ta jest bardzo absorbująca.

Scenarzyści Śródziemia żonglują znanymi tematami jak piłeczkami.

Mamy Saurona. Są Nazgule. Powraca Gollum. Pojawia się Szeloba, również w ludzkiej (?!) formie. Znalazł się nawet przerażający balrog! Do tego dochodzą wszelkiej maści orkowie, trolle, gobliny, ghule, karagory, graugi, a nawet przypominające smoki draki, nazywane skrzydlatymi grozami z Mordoru. Twórcy gry wyciskają z licencji ile tylko mogą. Czerpią ze świata Tolkiena wielką chochlą i pal licho, że czasami składniki tej potrawki nie do końca do siebie pasują. Chodzi o zabawę, a tutaj Śródziemie: Cień wojny nie ma sobie równych.

Gra została w znaczący sposób rozwinięta względem poprzedniczki. Najbardziej ucieszyła mnie możliwość tworzenia własnych armii oraz warowni, oddana w moje ręce po kilku pierwszych godzinach gry. Dziesiąty Pierścień pozwala dominować nad orkami, które posłusznie przyłączają się do naszych oddziałów. Właśnie tego potrzebował znany z poprzedniej odsłony system Nemesis, aby w końcu stał się kompletny. Teraz zależności między potworami nareszcie mają sens.

W Cieniu wojny popleczników kolekcjonujemy niczym Pokemony. Potężnych kapitanów najpierw pokonujemy w walce, a następnie przydzielamy do własnych struktur. Tacy nowi, niezbyt urodziwi sojusznicy pomagają podczas oblężenia wrogiej warowni. Po jej zdobyciu tworzymy w Mordorze przyczółek własnej potęgi, krok po kroku wyszarpując ziemię z objęć Saurona.

Jak doskonale wiadomo, nic tak nie cieszy jak rozkwit własnego imperium.

Pal licho, że złożonego ze śmierdzących orków, paskudnych goblinów i monstrualnych trolli. Nałożenie na Śródziemie: Cień wojny strategicznego gorsetu to najlepsze, co mogło przydarzyć się temu tytułowi. Dzięki konieczności zdobywania ziem rozgrywka nabiera dodatkowej głębi. Przygody Taliona przestają być jedynie kopią Batmana. Zamiast tego stają się dosyć skomplikowanym quasi-symulatorem wojny partyzanckiej na okupowanych terenach.

Mozolny rozwój własnej armii nie jest co prawda tak efektowny jak kontaktowa walka na miecze, ale stanowi świetną odskocznię od „brudzenia sobie rąk” misjami fabularnymi oraz zadaniami pobocznymi. Tych jest z kolei od groma. Podzielona na kilka obszarów mapa została usiana znajdźkami, kolekcjonerskimi skarbami, czasowymi wyzwaniami i tak dalej. Można ugrzęznąć w tym po kolana, zapominając na długie godziny o wątku fabularnym.

Będąc przy fabule, grając w Śródziemie: Cień wojny odczułem wyraźną poprawę w obszarze narracji. Do gry wciśnięto więcej postaci pobocznych. Popracowano nad ich zróżnicowaniem i mimiką. Część orków to prawdziwe nieoszlifowane diamenty. To, jak zachowuje się potężny Bruz na filmikach przerywnikowych, jest klasą samą w sobie. Podoba mi się również, że twórcy zabierają gracza do ludzkich miast i królestw. To świetna odmiana po ciemnych, mrocznych lepiankach ghuli. Nareszcie czujemy, po co nam ta walka. Widząc świat ludzi z bliska, mamy dodatkową motywację, aby go chronić.

No właśnie, walka. Ta jest hipnotyzującym tańcem śmierci. Niesamowicie to wygląda.

Śródziemie: Cień wojny jest znacznie efektowniejsze (i brutalniejsze) od Batmana czy Assassin’s Creed. Wszystko dzięki wyjątkowej postaci głównego bohatera. Jego ruchy są po prostu NIE-SA-MO-Wi-TE. Moment, w którym jednocześnie walczy się ludzkim Talionem oraz widmowym Kelebrimborem zapadnie mi w pamięci na długo. Tak wymyślnych choreografii nie znajdziecie w wielu innych grach. Gdy dochodzi do chwilowego „rozszczepienia” dwóch bytów, dzieje się prawdziwa magia.

Pojedynki są cholernie rozbudowane. Ataki z zaskoczenia, starcia kontaktowe, broń miotana, magiczne zdolności, wykorzystanie wierzchowców, przejmowanie kontroli nad przeciwnikami, teleportacja, kontrataki, chwyty, bloki, żywioły, pułapki - jest tutaj wszystko i jeszcze trochę. Opanowanie całego wachlarza możliwości zajmuje przynajmniej kilka godzin. Jednak gdy już nauczycie się w pełni wykorzystywać moc Taliona, długo będziecie zbierać szczękę z podłogi. Starcia są niezwykle satysfakcjonujące! Samo mięso. Dosłownie, jak i w przenośni.

O dziwo, szumnie zapowiadana w materiałach reklamowych możliwość latania na drakach wcale nie zwala z nóg. To ciekawy dodatek, a jednocześnie dobry sposób na szybką podróż. Głównym filarem Śródziemia wciąż pozostaje jednak brudna, rozbudowana, krwista walka na udeptanej ziemi. System bloków i ataków zapoczątkowany w Arkham Asylum został doprowadzony niemal do perfekcji. Nim jednak zdobędziecie dostęp do wszystkich możliwości, musicie wbić przynajmniej 20 poziomów.

„W krainie Mordor, gdzie zaległy loot boksy”

Szkoda, że twórcy zepsuli Śródziemie: Cień wojny zupełnie niepotrzebnymi paczkami z losową zawartością. Te pasują do gry jak pięść do nosa. Najcenniejsze skrzynie z łupem kupimy za specjalną walutę, którą najłatwiej zdobyć w zamian za złotówki. Co najgorsze, skarbami są nie tylko elementy ekwipunku, ale również poplecznicy których możemy wcielić do armii, a nawet dopalacze mnożnika dla punktów doświadczenia.

Fatalna decyzja. Loot boksy są jak paskudna naleciałość o szkodliwym działaniu. Całkowicie niszczą balans gry. Ma się wręcz wrażenie, że producenci Śródziemia celowo stworzyli nijaki system hazardowy, aby gracze z niego nie korzystali. Jak gdyby sabotowali decyzję wydawcy, któremu zamarzył się skrzynkowy sukces na modłę Overwatcha czy CS:GO. Nie tędy droga. Zwłaszcza że Śródziemie: Cień wojny doskonale broni się samo. Żaden dodatkowy, uzależniający system dystrybucji nie jest tutaj potrzebny.

Wadą jest także spora powtarzalność względem poprzedniej odsłony. Podobni przeciwnicy, podobne miejsca, podobne zwroty akcji… Wszyscy, którzy kilka lat temu grali w Cień Mordoru, mogą mieć delikatne deja vu. Z drugiej strony, ciężko wymyślić coś naprawdę nowego, gdy akcja gry ma miejsce w tej samej krainie, co pierwsza odsłona serii. Czasami warto wymyślać koło na nowo, ale nie wiem, czy akurat w tym przypadku było to sensowne.

Osobiście jestem zdecydowanie na tak. Śródziemie: Cień wojny to znacznie lepsza gra względem poprzedniczki. Nie wyobrażam sobie fana LotR-a, który nie da szansy temu tytułowi. Śródziemiem powinni się zainteresować również wszyscy ci, którzy odczuwają pustkę po seriach Assassin’s Creed oraz Batman: Arkham. Cień wojny świetnie wypełnia tę przestrzeń, wystarczając na wiele długich godzin przyjemnej, a do tego nieco wymagającej rozgrywki. Uwielbiam takie produkcje.

*książki sugerują, że Mordor jest miejscem zimnym, o powiewach powietrza przeszywających do samych kości. Filmowa adaptacja zrobiła jednak swoje.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst