Tech  / Felieton

Słowniki w telefonie korumpuję, psuję, demoralizuję, sprowadzam na złą drogę

Oczywiście tradycyjnie już nie namawiam, by poniższy wpis traktować śmiertelnie poważnie, ale niewątpliwie coś jest na rzeczy.

Ja generalnie nie jestem przesadnie entuzjastycznym przedstawicielem pokolenia post-pc. Choć już prawie 55% czytelników Bezprawnika przychodzi do nas ze swoich smartfonów, ja jestem skłonny za laptopy umrzeć. I nikt mnie nie przekona, że tablet albo smartfon mógłby mi go kiedykolwiek zastąpić. Nie mówię już nawet o pracy prawnika albo blogera – wybieram laptopa choćby i w zupełnie rozrywkowych czynnościach, takich jak oglądanie filmów albo przeglądanie internetu.

Szału dostaję, kiedy muszę się przełączać między zakładkami mobilnego Chrome’a i niestety szału dostaję, ilekroć muszę coś na telefonie napisać albo wdać się w dłuższą dyskusję. Na komputerze piszę jak torpeda, nigdy nie spotkałem nikogo, kto pisałby szybciej ode mnie (co oczywiście nie znaczy, że takich osób nie ma wiele). A na telefonie…

Na telefonie nie jest już tak kolorowo, do tego ciągle robią się literówki.

Kiedyś próbowałem napisać na smartfonie artykuł na Spider’s Web i pod koniec ostatniego akapitu w kciukach bolały mnie takie mięśnie, o których istnieniu wcześniej nie miałem nawet pojęcia. Kciukom trochę pomaga technika wprowadzania typu swype, ale tutaj już absolutnie kluczowy jest dobry słownik. No i właśnie, słownik, o tym przecież miał być ten artykuł.

Nie biorę jeńców i uprawiam totalną destrukcję. Słowniki korumpuję, psuję, demoralizuję, sprowadzam na złą drogę. Podobno, ale tylko w teorii, którą wyznaje między innymi kolega Mateusz Nowak, słowniki dla telefonów komórkowych pisane są dziś w taki sposób, by z dnia na dzień uczyły się nas, naszych zwyczajów językowych i po kilku miesiącach w zasadzie „pisze się samo”.

Otóż u mnie jest dokładnie odwrotnie. Najpierw korzystałem ze SwiftKey, a potem przerzuciłem się na klawiaturę Google. Wcale nie o design, tudzież fashion tutaj chodziło. O ile SwiftKey na początku podpowiadał całkiem nieźle, tak z czasem wszystkie jego domysły odnośnie intencji użytych słów, zdecydowanie odbiegały od moich zamiarów.

Przesiadłem się więc na nową klawiaturę.

I znów – pierwsze dni były wspaniałe, rozumieliśmy się w trymiga, wystarczyło spojrzenie.

Ale minęły tygodnie, a kiedy przesuwam palcem po klawiaturze, by rezultatem było słowo „sałatka” wyskakują mi pseudonimy niemieckich raperów, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. Kiedyś chciałem napisać Nowakowi „Mateusz, jesteś geniuszem, bez Ciebie ta redakcja by się posypała”, a klawiatura zupełnie sama zmieniła mi na „jesteś najbardziej upierdliwym człowiekiem pod słońcem, przestań do mnie dzwonić o siódmej rano”.

Im dalej w las, tym gorzej. To nie moja pierwsza klawiatura, by zrzucać winę na producenta. Sprowadzam klawiatury na manowce. Tłumaczę to sobie, próbuję się pocieszać, że to ten mój bogaty zasób słownictwa, że po prostu za skomplikowane konstrukcje myślowe wysyłam z telefonu i że jest ich za wiele. Ale jakoś sam w to nie do końca wierzę.

Moje słowniki stają się dziś powoli bezużyteczne, podpowiadając słowa, które są, i słowa, których nawet jeszcze nie ma.

Powoli więc do łask wracają tradycyjne metody wpisywania tekstu, a kciuki cierpią i tęsknią za komputerem.

Słyszałem taki żart, że w minionym tygodniu zmarł twórca słownika T9. A może nawet to była prawda. W każdym razie, niech mu ziemia lepkim Będzin.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst