Bezpieczeństwo  / Lokowanie produktu

Czym dokładnie jest nielegalne oprogramowanie? Skąd piraci biorą swój towar?

Piractwo to nie kradzież? Nawet jeśli się z tym zgodzimy, to nadal jest to czyn karalny, szczególnie jeżeli zdecydujemy się sprzedawać nielegalne oprogramowanie. Ale skąd właściwie bierze się „lewy” towar, skoro twórcy oprogramowania stosują przeróżne zabezpieczenia antypirackie?

Jak brzmi definicja nielegalnego oprogramowania? Wbrew pozorom, wcale nie jest to takie proste do określenia. Nielegalnym oprogramowaniem może być takie, które nie jest użytkowane w myśl dołączonej do niego licencji. Może to być też oprogramowanie określane z góry jako nielegalne (są to przeróżnego rodzaju „cracki”). Wreszcie może być to kopia legalnego oprogramowania, którą wykonał ktoś inny niż autoryzowany dystrybutor, niejednokrotnie do złudzenia przypominającą oryginał (mowa tu, rzecz jasna, o opakowaniu i nośniku).

Największym problemem piractwa jest fakt, że rozwinęło się ono do poziomu gigantycznego biznesu. To z kolei oznacza, że pirackie kopie stają się coraz doskonalsze, coraz mniej odróżnialne od legalnych produktów. Wszystko po to, by wprowadzić nas w błąd, zarobić na nas i… narazić nas na przykre konsekwencje.

Prawo polskie dotyczące pirackiego jest surowe, i w myśl art. 74-772 z ustawy o prawie autorskim oraz prawach pokrewnych, samo wykorzystywanie nielegalnego oprogramowania grozi grzywną, ograniczeniem wolności, zarekwirowanie narzędzi przestępstwa (komputerów, serwerów) nawet jeżeli nie należą one do sprawcy oraz pozbawieniem wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Firma, która naruszyła prawa autorskie danego producenta oprogramowania komputerowego może być również zmuszona do zapłaty kwoty zadośćuczynienia.

Piraci chcą się na nas wzbogacić i nie dbają o nasze późniejsze kłopoty z wymiarem prawa. Jednak by naciągnąć tych uczciwych z nas, muszą nas wpierw wprowadzić w błąd. Niestety, przez lata doszli do niesamowitej wprawy.

Pudełka wciąż na fali

Mimo coraz większego nacisku na dystrybucję cyfrową i oferowania oprogramowania jako usługi, sprzedaż „pudełek”, a więc oprogramowania dystrybuowanego na nośniku fizycznym jest wciąż jednym z głównych kanałów jego dystrybucji. Piraci o tym nie zapomnieli i zbudowali wokół tego cały przemysł. Tolerowany przez jedno ze światowych supermocarstw, a więc Chiny.

counterfeit-software

Według badań przeprowadzonych na zlecenie Organizacji Narodów Zjednoczonych, ponad 70 procent podrobionych pudełek z oprogramowaniem pochodzi z Państwa Środka. Czemu właśnie stamtąd? To bardzo proste: przecież to kraj tanich rzemieślników, których zdolności do perfekcji wyszlifowała światowa gospodarka. To największy eksporter i wytwórca towarów na świecie. Zdolności zdobyte przy produkcji legalnych produktów wykorzystuje więc przy tworzeniu podróbek. Często wykorzystując te same linie produkcyjne i procesy technologiczne.

Przemytnicy wprowadzający chińskie podróbki na europejski i amerykański rynek są niezwykle sprawni. Wykorzystują zarówno internetowe platformy handlowe, takie jak Amazon i Allegro, jak i też poprzez lokalnych partnerów wprowadzają pudełka do sprzedaży.

Piraci są gotowi do ery cyfrowej dystrybucji

Starsi Czytelnicy Spider's Web, pamiętający czasy, gdy prawo autorskie w naszym kraju nie obowiązywało, z pewnością nie zapomnieli jak "aktywowało się" zakupione na giełdzie gry i programy. Do produktu dołączany był tak zwany crack, a więc dodatkowy program oszukujący zabezpieczenia antypirackie. I choć czasy giełd komputerowych są już dawno za nami, cracki istnieją nadal i mają się lepiej niż kiedykolwiek.

Cracki traktowane są przez prawo ze szczególnym „namaszczeniem”. Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych Art. 1181 mówi, że kto wytwarza urządzenia lub ich komponenty przeznaczone do niedozwolonego usuwania lub obchodzenia skutecznych technicznych zabezpieczeń przed odtwarzaniem, przegrywaniem lub zwielokrotnianiem utworów lub przedmiotów praw pokrewnych albo dokonuje obrotu takimi urządzeniami lub ich komponentami, albo reklamuje je w celu sprzedaży lub najmu, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3. Kto posiada, przechowuje lub wykorzystuje urządzenia lub ich komponenty, o których mowa powyżej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Cracki są szczególnie problematyczne dla twórców oprogramowania i organów ścigania z uwagi na to, że stworzyć je może właściwie każdy, kto jest niezły w programowaniu. Często największe talenty w rozpracowaniu algorytmów siedzą w domku na przedmieściach a ich całonocne kodowanie programu negatywne wpływa na kartkówkę z geografii następnego dnia. Osoby te rozpracowują zabezpieczenia motywowani chęcią popisania się przed kolegami lub z ideologicznych, zahaczających o anarchizm pobudek. To też darmowa siła robocza dla osób chcących się nielegalnie wzbogacić na sprzedaży oprogramowania.

the-Pirate-Bay

Dystrybucja scrackowanego oprogramowania jest zdecydowanie tańsza od pudełkowej, choć też wymaga logistyki i planowania, by „złowić” również te osoby, które pragną mieć legalne programy. Schemat działania jest zazwyczaj bardzo podobny. Najpierw piraci, wykorzystując kontrolowane przez siebie botnety i komputery, zaczynają rozsyłać spam do użytkowników w danym kraju. Spam dotyczy „promocji”, „niesłychanej oferty” na oprogramowanie. Przecież „wystarczy, że klikniesz, wykonasz przelew i oprogramowanie będzie gotowe do pobrania”. W pełni działające, aktywowane, wyglądające jak prawdziwe, pobrane ze strony nieodróżnialnej na pierwszy rzut oka od typowego sklepu internetowego. Instalując je łamiemy prawo nie wiedząc tego, a „dystrybutor” nie ponosi praktycznie żadnych kosztów związanych z łamaniem zabezpieczeń danego programu czy gry.

Najgorsze jest jednak perfidne kłamstwo

By bronić się przed kupnem trefnego, pudełkowego oprogramowania wystarczy dokonywać zakupów w dobrze znanych sklepów lub bezpośrednio od dystrybutora. To samo zresztą tyczy się programów dystrybuowanych cyfrowo: wystarczy nieco rozwagi w obserwowaniu promocji i korzystanie z nich tylko, jeżeli znamy i ufamy danemu sprzedawcy. Poważny problem zaczyna się w momencie, w którym widzimy pożądany przez nas program na popularnej witrynie, kupujemy go i… stajemy się piratami.

Wielokrotnie już spotykaliśmy się z sytuacjami, w których na wiodących w naszym kraju platformach aukcyjnych i przeznaczonych do zakupów grupowych pojawiało się oprogramowanie tańsze nawet o 90 procent. Nic tylko kupować, prawda? Przecież normalnie ten pakiet biurowy z licencją dla firm kosztuje 2300 złotych, a tu go oferują za 400…

Takie oprogramowanie nie pochodzi z Chin ani żadnej innej fabryki podróbek. Nie jest też w żaden sposób sckrackowane. Po instalacji normalnie się aktywuje i nic nie wskazuje na to, by było z nim coś nie tak. Tymczasem zarówno my popełniamy przestępstwo, jak i podmiot, który nam oprogramowanie sprzedał. Wszystko przez… licencję.

Twórcy oprogramowania oferują niejednokrotnie ten sam produkt w różnych cenach, dopasowanych do potrzeb danych grup klientów. Czym innym jest oprogramowanie przekazane użytkownikowi za darmo do celów niekomercyjnych, a czym innym dokładnie to samo oprogramowanie wykorzystywane przez nabywcę do celów zarobkowych. Dlatego też niejednokrotnie do ofert sklepów trafiają programy będące częścią większej umowy licencyjnej. Otrzymujemy jedynie licencję cząstkową, która jest nieważna, jeżeli nie jesteśmy członkiem danej struktury organizacyjnej (na przykład, korporacji). Opis produktu w ofercie sklepu, jak nietrudno się domyślić, nie wspomina o takich drobnych szczegółach.

pirackie gry

Jak się przed tym bronić? Najgorsze jest to, że to wcale nie jest takie proste. Ciężko bowiem oczekiwać po internaucie, że ten, za każdym razem jak zobaczy „niesamowitą okazję”, zamiast czym prędzej kupić, zdecyduje się udać się na witryny producenta, poszukać licencji na ten rodzaj oprogramowania i wczytać się w trudny, ciężkostrawny dokument.

- Pirackie oprogramowanie wciąż pojawia się na aukcjach internetowych i w serwisach zakupów grupowych. To, co się zmieniło na przestrzeni lat, to intencje sprzedających te programy. Dziś coraz częściej wykorzystują oni nieświadomość kupujących i dystrybuują towar deklarując jego oryginalność, na co często nawet zdaje się wskazywać cena zbliżona do tej oficjalnej. Od lat współpracujemy z policją, starając się zminimalizować tę nielegalną działalność i jej szkodliwe skutki. Osoby kupujące takie oprogramowanie są narażone nie tylko na konsekwencje prawne,  ale też na utratę lub kradzież danych np. przez złośliwe aplikacje działające w tle. Dla małego przedsiębiorstwa korzystanie z nielegalnego oprogramowania – świadomie lub nie – prędzej czy później może oznaczać utratę kontrahentów i straty lub kary, doprowadzające je do ruiny. Dlatego zalecamy korzystanie z oficjalnych kanałów dystrybucji oprogramowania, a w przypadku wątpliwości zgłoszenie się do firmy Microsoft, która pomoże zweryfikować sprzedawcę i oferowane przez niego produkty. – mówi Ilona Tomaszewski z polskiego biura Microsoft, odpowiedzialna za ochronę własności intelektualnej.

Microsoft deklaruje więc, że w razie wątpliwości jego dział pomocy technicznej pomoże w ustaleniu legalności danej oferty. Inni producenci oprogramowania niekoniecznie jednak są zobowiązani do udzielania takiej pomocy, choć wielu to robi. A to oznacza, że niejednokrotnie jesteśmy zdani… sami na siebie.

Oprogramowanie jako usługa może rozwiązać problem

Z nim bowiem piraci nie mogą sobie poradzić ze względów czysto technicznych. Czym innym jest jednorazowa transakcja kupna-sprzedaży, a czym innym ciągłe świadczenie danej usługi. Nie tylko pogłębia to relacje pomiędzy firmą lub konsumentem a usługodawcą lub resellerem, ale praktycznie uniemożliwia „podrobienie” tej usługi przez podmioty trzecie. Co prawda szybka wycieczka na witryny oferujące pirackie oprogramowania nieco weryfikuje nasze poglądy (bez problemu można znaleźć „złamanego” Office’a czy Adobe Creative Cloud i inne), ale procedura łamania zabezpieczeń takiego oprogramowania klienckiego, którą na dodatek należy powtarzać przy każdej zmianie ze strony usługodawcy powoduje, że osoba decydująca się na pirackie wersje jest w pełni świadoma łamania przez siebie prawa.

Software as a Service to jednak nadal pieśń przyszłości. Firmy i konsumenci nadal nieufnie podchodzą do tego pomysłu, przyzwyczajeni do tradycyjnej formy dystrybucji oprogramowania. Może się jednak okazać, że subskrypcja na programy stanie się idealnym kompromisem między obiema stronami (użytkownik i usługodawca), a ceny subskrypcji będą kształtowane wyłącznie przez popyt i ofertę konkurencji. Bez konieczności rekompensowania strat poniesionych w wyniku twórców podróbek, świadomie wprowadzających swoich klientów w błąd.

* Ilustracje pochodzą z serwisu Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst