Tech  / Felieton

Teraz to Google zadecyduje, co jest pornografią, a co sztuką

To świetne, że wielkie internetowe korporacje dużo mówią o wolności w sieci. Ujawniają jakieś dane (kto wie, czy prawdziwe?) na temat zgłoszeń rządów o udostępnienie danych użytkowników, zawsze stają przeciw projektom tj. ACTA, SOPA, a w Stanach walczą o zachowanie neutralności sieci. Jak to wspaniale, że bronią wolności… Oh, wait.

Nie mam pojęcia, dlaczego w kwestiach obyczajowych Internet zadziałał odwrotnie, niż można było się spodziewać. A można było spodziewać się większej otwartości na nagość, seks i wszelkie tematy związane z ciałem. Przecież Internet - miejsce, które sprawiło, że nagość jest dostępna po 3 kliknięciach - sprawił, że spora część internautów regularnie ogląda pornografię, że coraz więcej osób korzysta z anonimowości sieci i rozmawia bardziej otwarcie o seksie, zamawia erotyczne akcesoria i otwiera się na nowe doświadczenia.

Przemysł okołoerotyczny dzięki sieci rozwija się niesamowicie, a jednocześnie w jakiś dziwny sposób stajemy się na powrót pruderyjni.

Google - ostoja wolności, pierwszy rzucający pieniędzmi i farmazonami przy każdym zagrożeniu wolności, które zagraża też zyskom firmy - dał blogerom ze swojej platformy Blogger (blogspot.com) miesiąc na usunięcie “niektórych materiałów o charakterze erotycznym”. Chodzi o “niecenzuralne” zdjęcia i wideo oraz niektóre “graficzne” typy nagości.

google-wyszukiwarka

Jakie? Tego w ogólnym poście nie zaznaczono. Google stwierdził natomiast, że pozwoli na publikację na Blogspocie nagości, która niesie “publiczną korzyść - artystyczną, dokumentalną czy naukową”.

Jeśli właściciele blogów (niektórzy mają je od dekady na Bloggerze) nie usuną banowanych treści, 23 marca ich blogi zostaną ukryte, przejdą w tryb prywatny.

Oznacza to mniej więcej tyle, że pewnie część blogów zniknie, sporo odnośników w sieci stanie się nieaktywnych, a Blogger stanie się rodzinnym, bezpiecznym miejscem.

Oznacza to też, że Google postanowił skorzystać z tego, iż jest właścicielem platformy i może robić na niej co chce. Również stać się cenzorem i oceniać, która nagość, które akty i czynności są złe, a które nie.

To żadna nowość

W zeszłym roku Google zaczął banować reklamy z “graficznym przedstawieniem czynności seksualnych”. Yahoo próbowało zepchnąć erotykę i pornografię na Tumblrze w niebyt. Na razie się nie udało, ale idę o zakład, że podejmie kolejne działania. Snapchat, nagle zatroskany moralnością, zabronił obecności gwiazdom porno, które wykorzystując nowe funkcje płatności pojawiły się w aplikacji w celach zarobkowych.

Nawet Reddit, który słynie z otwartości na dowolne treści, postanowił zacząć wymagać do publikacji zgód osób przedstawionych na grafikach w sytuacjach bardziej intymnych. I chociaż ten ruch popieram - być może ukróci trochę Redditową samowolkę i wchodzenie z butami w życie innych - to wciąż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest w tym dużo hipokryzji. Zdjęcia osób uprawiających seks wymagają dodatkowych zgód, natomiast subreddity z abortowanymi płodami (sexy abortions) czy zmasakrowanymi ciałami martwych ludzi istnieją sobie w najlepsze. Nie to, żeby abortowane ciała i martwi ludzie protestowali przeciw publikacji zdjęć siebie - jakoś oni głosu nie mają, więc o co mi chodzi?

shutterstock_124670467

Facebook znany jest z tego, że nie cierpi nagości. Sutek? Trzeba banować i usuwać. Podobnie Instagram - każdy sutek, każdy tyłek, który nie spodoba się moderatorom skutkuje konsekwencjami. Sama ich doświadczyłam. Facebook zdjął mi post i zablokował konto za to, że wrzuciłam linka do Twittera faceta, który ma dwa penisy. Facebookiem nie da się nawet przesłać prywatnie linka do stron dla dorosłych - próbowałam z PornHubem. Nie i już. Taka zła jestem. Nieprzyjazna społeczności.

Ta dziwnie pojęta moralność, która pozwala na kradzież zdjęć i materiałów innych autorów (przecież wszyscy to wiemy, pewnie przeważająca większość treści z fanpejdży etc. to grafiki podprowadzone innym autorom), utrudnia zgłaszanie nękania czy nadużyć, nie ma specjalnie nic przeciwko wywalaniu materiałów, które nie podobają się moderatorom, która często nie reaguje na brutalność i przemoc, odzywa się, gdy chodzi o nagość i seks.

Owszem. Właściciele serwisów mają prawo robić u siebie to, co im się podoba. Nawet rozumiem niechęć do pornografii i tego typu treści - przyciągają fanów materiałów erotycznych i potrafią zepsuć opinię całej usłudze.

Jednak przestańmy udawać, że chodzi o coś innego niż o kasę. I nie dawajmy się nabierać na głośne deklaracje o wolności słowa, które Google i inne Fejsy, Reddity i Twittery wspierają.

Serwisy szybko wkraczają, gdy coś zagraża ich wizerunkowi. Posty z Instagrama, w których zabójca dwóch policjantów z Nowego Jorku mówił co zrobi, szybko zniknęły z serwisu. Przetrwały na screenshotach, ale Instagram usuwając je uniknął powiązania swojej marki z zabójstwami za pomocą choćby zaembeddowanych zdjęć. Podobnie wiele razy działo się na Twitterze w przypadkach różnych ataków. Twitter niby broni kont użytkowników, ale wyznań i spowiedzi morderców trzymał nie będzie i już!

Granice pomiędzy wolnością słowa i ekspresji a strategią biznesową i wizerunkiem, który przyciąga reklamodawców są bardzo płynne. Grupy nawołujące i wywołujące presję na firmach by te nie trzymały treści, które im się nie podobają mają niesamowitą siłę.

facebook

Czekam, kiedy Google - w imię czynienia usług bardziej przyjaznymi - zbanuje porno i erotykę, ba, nawet seks gadżety, z wyszukiwarki.

Mam też pytanie. Czy Google’owi, który od 23 marca będzie oceniał co jest odpowiednie, będą przeszkadzały reklamy, z których wylewa się nagość? Czy jest ona jeszcze dopuszczalna, czy może już zbyt graficzna? Czy na Blogspocie będzie można hostować na przykład taką reklamę, czy może Dolce & Gabbana przesadził i jego reklamy nie będą omawiane na hostowanych na blogspocie blogach o marketingu?

Co z bestialstwem? Co z drastycznymi, pełnymi przemocy treściami? Co dalej?

Quis custodiet ipsos custodes?

* Zdjęcia pochodzą z serwisu Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst