Sprzęt  / Felieton

Piotr Lipiński: POLSKI CONDOR, czyli wszystko się zepsuje

Wymieniłem pamięć w komputerze. I teraz siedzę przerażony. Bo ja już mam taki odruch, że kiedy zaopatrzę się w coś nowego, to natychmiast oczekuję awarii.

Mówiąc po prostu: boję się kupować. Jest to mój podświadomy uraz. Potrafię go tylko zaleczyć, ale uwolnić od niego chyba już nigdy się nie zdołam. Mogę co najwyżej wymyślić nazwę, na przykład: zespół stresu zakupowego.

Uraz powstał w mojej młodości, czyli za PRL-u. Linijki wówczas produkowano krzywe a spirale proste. Na tym polegał polski socjalizm. Co wymyśliła inżyniera głowa, to spartoliła robotnika ręka. Klasie robotniczej najlepiej udało się obalanie komunizmu.

Kupowanie w tamtych czasach oznaczało podwójne problemy. Najpierw coś trzeba było wystać w kolejce. Potem - mordować się z naprawami.

Szczególnie zapadł mi w pamięć pewien produkt wrocławskich zakładów „Elwro”. Pewnego dnia w jednym ze sklepów elektronicznych - nazywały się ZURiT, chyba od Zakładów Radiowych i Telewizyjnych - wypatrzyłem wijący się przed wejściem „ogonek” klientów. Akurat „rzucili” wzmacniacze. Natychmiast stanąłem w kolejce, bo podobna gratka mogła mi się zdarzyć dopiero w następnym wcieleniu.

sprzet audio

Po kilku godzinach stania w kolejce – co zapewne wynikało z troski ówczesnych władz o rozwój czytelnictwa, bowiem „ogonki” w sklepach umożliwiały dogłębne poznawanie dowolnej literatury – dostąpiłem zaszczytu nabycia owego produktu „Elwro”. Zataszczyłem go do domu, podłączyłem wszystkie niezbędne kabelki i nauczony wieloletnim doświadczeniem zamarłem w przerażeniu, że pewnie i tak nic nie będzie działać. Nacisnąłem włącznik i oczywiście… nic nie działało.

Wróciłem do sklepu. Tam mi przepełniony wyższością sprzedawca zakomunikował, że nie wystarczy podłączyć kabelki. Trzeba jeszcze z tyłu obudowy przepiąć jakąś zworkę. Bowiem ten typ tak ma, jak powiadano wówczas, a i dziś niektórzy odwołują się to tej ponadczasowej diagnozy.

Potem wzmacniacz już działał. To znaczy bardzo dobrze odbierał stacje radiowe. Przypomnę na wszelki wypadek - w teorii to urządzenie było wzmacniaczem. W praktyce okazało się głównie radioodbiornikiem. Być może wrocławscy twórcy zamierzali skonstruować amplituner, ale coś im się tam po drodze pomyliło.

Radiomagnetofon mojej przyszłej żony, dumnie nazwany „Condor” (tego dla odmiany firmowała Unitra) miał mnóstwo anglojęzycznych napisów, ale grał po polsku. Czyli przebywał głównie w serwisie.

Jakoś nigdy nie chciał równomiernie ciągnąć taśmy. Wyobraźcie sobie teraz pijanego George Michela śpiewającego „Careless Whisper” – tak właśnie brzmiał w wersji z „Condora”.

A co się działo z rodzinnym telewizorem radzieckiej marki „Rubin”, to aż strach wspominać. Naprawiacz był stałym gościem w naszym domu, a ja się chyba nauczyłem nawet wymieniać bezpieczniki. „Rubin” palił je częściej, niż ja papierosy. „Rubiny” podobno nawet wybuchały, ale tego już nie doświadczyłem. Jednak jestem skłonny w to uwierzyć, bowiem wiele lat później na biurku eksplodował mi komputerowy monitor. Rozległ się huk i z tyłu bańki poszedł ogień. A powiadają, że informatyk to bezpieczny zawód.

telewizor telewizja tv

Mimo ciągłych awarii, telewizory były niemal tak bardzo pożądane, jak papier toaletowy. W 1989 roku w Tarnowie na PRZEDPŁATY sprzedano 70 procent telewizorów, których jeszcze nie wyprodukowano. W Szczecinie przy wejściu do sklepu milicjant sprawdzał dowody i odprawiał z kwitkiem tych, którzy mieszkali w innym województwie. (Uprzejmie informuję, że możecie mi nie wierzyć, kiedy piszę, iż pamiętam dinozaury. Ale przykładu z telewizorem i milicjantem nie zmyśliłem – ówczesny „Express Wieczorny”, który to opisał, moim świadkiem).

Generalnie w PRL-u nic nie działało. A już szczególnie samochody. Na przykład „maluch”, którym jeździłem, nie chciał zapalać, gdy robiło się wilgotno. A z nadejściem mocniejszej zimy wieczorem należało koniecznie wymontować akumulator i zanieść go do domu. Jakby został pod maską auta na zewnątrz, to ten tak zwany samochód z rana z pewnością by nie zapalił. Wyciąganie na mrozie owego akumulatora to była prawdziwa mordęga – być może dzięki takim treningom Polacy odnosili sukcesy w himalaizmie zimowym.

W PRL-u nie psuły się tylko rzeczy z „Pewexu”. Takie przynajmniej krążyły mity. Ale na ten temat nie posiadam żadnych własnych przekonań, bo i rzeczy z „Pewexu”, ze względów finansowych, posiadałem niewiele.

Kiedy jednak upadł PRL i nastał kapitalizm, okazało się, że w tym nowym świecie psuje się co prawda mniej rzeczy, ale za to w bardziej wyrafinowany sposób. Psucie wkroczyło na wyższy poziom.

sprzet elektroniczny tv komputer agd

Pojawiły się programy komputerowe, czyli coś takiego, za co należało zapłacić, żeby potem nie działało. Tak to pewnie wyglądało z zachodniej perspektywy, bo z polskiej było o tyle znośne, że prawie nikt tych programów nie kupował. Co nie znaczy, że nie używał. Ale jak nie chce funkcjonować program, za który się nie zapłaciło, to człowiek trochę mniej się piekli.

Pamiętam dreszczyk emocji przy instalowaniu każdego programu na domowym komputerze: zadziała czy też nie. Oczywiście za pierwszym razem nic się nie udawało i należało poświęcić kilka godzin na rozwiązanie problemu. Zastępowało to zabawę kostką Rubika, która tymczasem wyszła z mody.

A ileż to emocji było przy każdej zmianie systemu operacyjnego! Tego do dziś boję się bardziej niż urzędu skarbowego. Wciąż mam przeczucie, że coś musi się zawalić. I oczywiście mam rację. O, choćby po zainstalowaniu Mavericksa żaliłem się, że przestał „odpalać” się Word.

Za to w kapitalizmie bardzo poprawiła się bezawaryjność samochodów. Albo pogorszył się mój słuch. Wszelkie stuki zawsze słyszałem niezawodnie i znacznie lepiej, niż serwisanci.

Nauczyłem się przy tym, że na wiele usterek samochodowych bardzo dobrze wpływa posiadanie radia. Podkręcenie potencjometru eliminuje większość usterek.

Prawdę mówiąc, zwykle najlepiej działają te rzeczy, na których najmniej mi zależy. Na przykład lodówki albo pralki. Może na ich bezawaryjność wpływa właśnie mój brak zainteresowania? Bo jakbym się bliżej przyjrzał, to pewnie bym odkrył jakąś usterkę.

samochod auto fiat 126p maluch

W kapitalizmie, wraz z nadmiarem rzeczy, pojawił się kolejny problem związany z awariami. Otóż uwielbiam gubić gwarancje i rachunki. Nie pomaga nawet wydzielenie dla nich specjalnej półeczki albo szufladki. Sprytne te kawałki papieru wymykają się nocami i wędrują po całym mieszkaniu. Być może rozpływają się w powietrzy, aby na nowo zmaterializować, gdy upłynie ich czas?

W Wiśle upłynie jeszcze mnóstwo szlamu, a Niemcy wypiją morze piwa, nim wyleczę się z mojego strachu przed zakupami. Pisząc ten tekst drżę więc w oczekiwaniu, że mi się ten nowy ram w komputerze zepsuje. A tymczasem niespodzianka spotkała mnie z innej strony. Właśnie odpadł mi gumowy uchwyt od aparatu fotograficznego. Tak skleić różne elementy, żeby się rozpadły akurat pięć dni po gwarancji, to jest wielka sztuka. Tylko najlepsi to potrafią.

Niedawno zapytałem pewnego prezesa dużej firmy elektronicznej, jak producenci telewizorów zamierzają zmusić ludzi, żeby kupili te nowe 4K, choć nawet HD w telewizji słabo widać.

- Producenci w ogóle się tym nie martwią - odpowiedział. - Tak projektują, żeby telewizor nie psuł się przez dwa lata. A jak już go szlag trafi, to zamiast drogo naprawiać, ludzie pobiegną do sklepów po nowy. I jeszcze będą zadowoleni, jak te telewizory staniały.

Cieszmy się więc, gdy tylko coś nam się zepsuje. Przecież zaraz kupimy nowsze.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje naPiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst