Tech

Hewlett-Packard płaci za błędy przeszłości

Hewlett-Packard płaci za błędy przeszłości. Nowa dyrektor generalna dopiero zaczyna porządki i minimalizowanie strat i zniszczeń, jakich dokonali jej poprzednicy. HP jest wciąż gigantem, tu nie ma żadnej wątpliwości, ale w papierach wygląda to wszystko bardzo źle.

Strata w wysokości prawie dziewięciu miliardów dolarów? Takie komunikaty nie zdarzają się zbyt często w świecie związanym z IT. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę jak gigantyczną firmą jest HP. Kojarzymy ją z drukarkami, laptopami, czasem też cienkimi klientami i stacjami roboczymi, jeżeli pracujemy w firmie, która jest przez nią obsługiwana. A to tylko mała część całości.

Warto przypomnieć, że to jedna z tych firm, która spełniła swój amerykański sen. Została założona w niewielkim garażu w Palo Alto przez Billa Redingtona i Dave’a Packarda. Dziś jest numerem jeden na rynku PC, ale to nie wszystko. Zajmuje się też przetwarzaniem danych w chmurze, rozwiązaniami sieciowymi, pamięciami masowymi, usługami i korporacyjnym oprogramowania. HP zajmuje się właściwie wszystkim, poza rynkiem mobilnym (próbował, ale nie wyszło) i Internetem.

Odnotowana w księgach strata nie wynika ze złej kondycji firmy w ujęciu dosłownym, a z bałaganu, jaki pozostawiło po sobie stare kierownictwo. Meg Whitman, obecna dyrektor generalna firmy, zarządziła wielkie porządki. W strukturze firmy i księgowości. Strata wynika z analizy starych ksiąg a jej przyczyna pochodzi sprzed aż czterech lat. HP, pod wodzą Marka Hurda, w 2008 roku kupił firmę Electronic Data Systems za 13 miliardów dolarów.  Przepłacił za nią gigantyczne pieniądze. Whitman nie chce kierować przewartościowaną firmą. Strata wynika ze zmniejszenia wartości środków trwałych.

To zabawne, ale 9-miliardowa kwartalna strata to dobre wieści, biorąc pod uwagę jej przyczyny. To efekt ciężkiej pracy Whitman, która od 11 miesięcy pełni funkcję CEO giganta. Zapowiada, że HP będzie cały czas kurczyć się w ujęciu księgowym i że ten proces może potrwać nawet do 2016 roku. Z pracą ma się pożegnać osiem procent zatrudnionych (czyli około 27 tysięcy osób).  Program wcześniejszej odprawy dla chętnych będzie kosztował firmę 1,5-1,7 miliarda dolarów.

Whitman przypomina nieco słynną brytyjską „żelazną damę”. Widzi jak bardzo napompowana jest firma, dostrzega stagnację i zgniliznę, nie boi się więc iść po trupach. Zdaje sobie sprawę, że świadomie wprowadza swoją firmę w kontrolowany kryzys. Przewartościowanie działu Enterprise Services odbije się na cenach akcji (wartość spadnie o 4,31-4,49  dolara za akcję). Krótka analiza historii firmy i już wiadomo, że to największa kwartalna strata w całej historii HP. Whitman wierzy jednak, że tak jak po brytyjskich brutalnych reformach Thatcher, tak HP wystrzeli w górę z dynamiką dawno niewidzianą w tej firmie. Już w następnym kwartale ceny akcji mają wzrosnąć, według prognoz, o dolara.

W tym całym hurraoptymizmie brakuje mi tylko jednego: czemu w księgach nie ma dochodów? Czyżby w trakcie restrukturyzacji HP walczy o sprzedaż produktów i usług? Jeżeli tak, wyjdzie to w następnym raporcie fiskalnym. Póki co, inwestorzy są zadowoleni, podbijając cenę akcji o 0,45 dolara. Ja czekam na aktualny, niezależny raport dotyczący sprzedaży. Czuję, że tu może być pewien problem…

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Tagi: HPrynek
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst