W filmie "Wolność po włosku" (oryginalny tytuł "Fuori"), który niebawem wejdzie do polskich kin, poznajemy losy Goliardy Sapienzy. To włoska pisarka uchodząca za jedną z najważniejszych włoskich autorek XX wieku. Sapienza, zanim osiągnie sukces, będzie frustrować się odmową publikacji książek, zacznie kraść i ostatecznie trafi nawet do więzienia. Dopiero osobista refleksja na temat wolności i przyjaźni, a także "życie samo w sobie" pozwoli jej napisać coś, co trafi do szerszej publiczności. Dziś pewnie Sapienza nie miałaby takich rozterek: gdyby wydawca jej odmówił, publikowałaby w sieci, na blogu albo w mediach (anty)społecznościowych. Co nie byłoby korzystne dla niej i świata. Łatwość publikowania, jaką daje sieć, to nie zawsze dobre rozwiązanie.
Udręki czytelnicze
Segregacja. Selekcja. Wybór. To nie hasła wyjęte z podręcznika o Holokauście. To nie jest też plan na weekendowy spacer po lumpeksach. To strategia szukania igły w stogu siana. Strategia czytania i pisania z sensem. Bo jak świat światem – po nocy przychodzi dzień, po burzy spokój – tak pewne sa dwie rzeczy. Nieskończona jest ilość treści, czy jak niektórzy mówią: contentu, a skończona – i coraz bardziej agresywnie anektowana – jest uwaga. Głosujemy pilotem, kliknięciem, spojrzeniem. Wydaje się to proste. Ale wcale takie nie jest.
Kiedy byłem młodym chłopakiem, moją dobrze zapowiadającą się karierę piłkarską przerwał nieunikniony, choć całkiem powszechny, brak talentu. Przestawiłem wtedy jupitery mojej uwagi ze stadionu na bibliotekę. Zacząłem dużo czytać. Myślałem wtedy, że wymarzoną pracą byłoby, gdyby płacono mi za czytanie. I rzeczywiście – spełniło się. Dziś w dużej mierze płacą mi za to, że siedzę i czytam. Przy okazji lojalnie ostrzegam: uważajcie, czego sobie życzycie. Życie z pisania i czytania brzmi jak jedzenie wyłącznie ulubionej czekolady. Na początku marzenie. Potem mdli.
Czytam dużo. Literatura piękna, literatura faktu, scenariusze, analizy, raporty firm i instytucji, publikacje naukowe. A najwięcej – z wiadomych względów – tekstów dziennikarskich. Dla przyjemności i z obowiązku. Ostatnio policzyłem, że mam prenumeratę – papierową albo tylko online – ponad dziesięciu tytułów prasowych. Od polskich magazynów, takich jak "Znak", "Pismo. Magazyn Opinii", "Tygodnik Powszechny", "Gazeta Wyborcza", po "The Atlantic", "The New Yorker" i "The Verge".
Lwia część to czytanie z obowiązku. Szukanie inspiracji. Monitorowanie konkurencji. Czytanie głośnych publikacji na najróżniejsze tematy. A także czytanie tekstów zamówionych i niezamówionych do naszego magazynu. To szczególnie bolesna forma lektury. Czytanie redakcyjne niewiele ma wspólnego z czytaniem dla przyjemności. Oczywiście bywają momenty, kiedy człowiek podnosi głowę znad tekstu i myśli: ależ to dobre, do cholery. Ale częściej pojawia się zniechęcenie, niedowierzanie, irytacja.
Zgryzoty piszącego
Czy pisanie jest trudne? To na pewno praca fizyczna. Jak mawiał jeden z moich nauczycieli dziennikarstwa: w pisaniu najważniejsza jest twarda dupa. Trzeba zmusić się do siedzenia i smarowania tekstu. Nawet gdy się nie chce, nawet gdy pod kopułą pustka, a miasto kusi wiosną, barami i pięknymi dziewczynami.
Mój znajomy, były żołnierz, dziś budowlaniec, powtarza, że wolałby cały dzień przerzucać piasek dziecięcą łopatą niż pisać.
Najważniejsze w pisaniu jest jednak czytanie. Mam wrażenie, że na każde dobrze napisane zdanie przypada co najmniej sto "dobrze przeczytanych". Do dziś pamiętam historię, jak pewien znajomy pisarz przyniósł na nasze spotkanie opasłą książkę – bite 800 stron, ważyła pewnie z kilogram. Tylko po to, by pokazać mi dwa zdania, których szukał przez cały poprzedni wieczór.
Czy to przesada? A może pozerstwo. A może jedno i drugie. Dość powiedzieć, że mój znajomy – podobnie jak ja – traktuje literaturę serio. Według ostrożnych wyliczeń człowiek, czytając nawet dwie książki tygodniowo, jest w stanie pochłonąć w ciągu życia około 2500–2800 tytułów. Ogromna większość czytelników – czyli tych, którzy w ogóle czytają – zamknie się raczej w przedziale 300–500 publikacji.
Dla porównania: nad Wisłą ukazuje się co roku ponad 30 tysięcy nowych tytułów. Nawet czytelniczy gigant nie byłby w stanie przez całe życie przeczytać wszystkiego, co publikuje się w języku polskim.
I właśnie dlatego, gdy tylko trafiam na kolejne narzekania na stan polskich mediów – że klikbajty, że upolitycznienie, że niski poziom, że niedouczeni dziennikarze – łapię się za głowę. Osobiście mam znacznie większy problem z nadmiarem dobrych treści niż z bezmiarem nijakich czy wręcz szkodliwych.
Stosik wstydu książkowych reportaży i papierowych magazynów rośnie. Lista linków zapisanych "na później" niebezpiecznie się wydłuża. Liczba tekstów, odcinków podcastów i książek oznaczonych metką "na potem" puchnie bez końca.
Rakieta Nadala, koszulka Messiego i życie przeciętniaka
Ludzie bardziej ufają i bardziej podobają im się teksty napisane przez AI niż przez człowieka. Czy to oznacza, że AI pisze lepiej niż człowiek? W żadnym razie. Opieranie się na masowych gustach nie jest żadnym wyznacznikiem. Przypomnę, że większą popularnością nad Wisłą cieszą się piosenki disco polo – naród kocha Zenka czy innego Skolima – a nie muzykę klasyczną. Nawet popowa Hania Rani nie zgromadzi takich tłumów jak Kizo.
Nie chcę zabrzmieć klasistowsko, ale przecież dla niewprawionego czytelnika Ulisses Jamesa Joyce’a to jakiś bełkot; dla osoby, która na co dzień nie obcuje ze sztuką współczesną, Mark Rothko to poziom siedmioletniej bratanicy ze Swarzędza; a taki "Łuk" Kim Ki-duka to paździerz, w którym aktorom płaci się od wypowiedzianej kwestii (spoiler: bohaterowie nic nie mówią).
Sztuczna inteligencja nie robi lepszego filmu, nie pisze bardziej interesującego tekstu ani nie tworzy ciekawszej muzyki tylko dlatego, że generyczna twórczość lepiej się klika.
Trafiam także na różnego rodzaju dyskusje: czy AI pomaga w pisaniu? A może pomaga – tym, którzy mają oryginalne myśli, ale brak im warsztatu. Niestety: jeśli nie ma się nic do powiedzenia nawet łamaną polszczyzną, to i wersja premium ChatGPT nie pomoże. Z pustego i Salomon nie naleje; z banału nawet ejajowe cuda oryginału nie urządzą. Wracając do wątku sportowego z początku tekstu: to nie buty czy piłka decydują o umiejętnościach. Wiem, że wciąż są ludzie, którzy mocno wierzą, że wystarczy lepsza rakieta do tenisa, by grać jak Rafael Nadal, ale – moi drodzy – marketingowcy was oszukali.
Założenie koszulki Messiego (nawet jeśli oryginalnej, a nie z tureckiego bazaru) nie dodaje +1 do strzałów. To nie pierścień władzy, to nie baśń, a życie. Prof. Krzykawski w naszej rozmowie mówił wprost: sztuczna inteligencja działa jak zwierciadło. Nie chodzi tylko o to, że obnaża cały układ, w jakim żyjemy – ona pokazuje dokładnie to, co jest. To nie tylko słynne GIGO (Garbage in, garbage out), lecz potwierdzenie: jeśli za klawiaturą siedzi ktoś, dla kogo "Czarodziejska góra" to książka o sanatorium, nie spodziewajmy się, że opublikuje coś więcej niż do bólu poprawne i oczywiste teksty.
Czy pisanie jest trudne? To na pewno praca fizyczna. Ilustracja: shutterstock / Billion Photos
To nie jest AI. To SI
"Every clunky metaphor sets me off… the dead cadence of the machine" – pisze Sam Kriss w tekście „Why Does A.I. Write Like … That?” z grudnia 2025 roku.
Oczywiście nie jestem kolejnym tropicielem tekstów wygenerowanych przez AI. W sieci co chwila trafiam na kolejną totemiczną dyskusję nad tym, czy dany tekst, wpis albo komentarz pachnie ejajem. "Wygląda, jakby AI to pisało" to dziś kalumnia, którą można rzucić, gdy chce się podważyć wypowiedź, autora albo jedno i drugie naraz. Bo jeśli ktoś napisał coś za pomocą AI, to musi się nie znać – prawda?
Rzecz w tym, że z jednej strony trudno tak naprawdę i w stu procentach sprawdzić, czy dana treść została napisana przy pomocy generatora tekstu. Dość powiedzieć, że jedyny całkiem sprawny detektor to rozmowa – najlepiej twarzą w twarz z autorem. To trochę jak z królem Michałem Korybutem Wiśniowieckim. Władca, który zmarł z przejedzenia, może i mówił w kilku językach, ale co z tego, skoro w żadnym nie miał nic ciekawego do powiedzenia.
Z drugiej strony ludzie nadużywający AI i czytający niemal wyłącznie treści wypluwane przez AI, nawet gdy piszą sami, "brzmią" maszynowo. Coraz częściej przejmujemy rytm, frazy i sposób argumentacji modeli językowych. Jak sugerują analizy, styl AI staje się "pervasive, recognizable… overwrought, formulaic" ("wszechobecny, rozpoznawalny… przesadzony, schematyczny"). Czym jest styl AI? To taki styl SEO, gdyby pracowały nad nim studentki polonistyki. Łączy przesadną powagę z banalnością, a jego znakiem rozpoznawczym są powtarzalne konstrukcje i retoryczne schematy – na przykład zdania typu "To nie jest X. To Y." czy obsesyjne używanie "ładnych" słów, które jednak z dobrą frazą mają tyle wspólnego, co Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz z poezją.
Dlatego wolę, gdy ktoś pisze od siebie – z błędami, z metaforami z kapelusza; gdy dorzuca nawet nieznośne wątki z życia wzięte, niż gdy próbuje się LLM-ować. Nie chodzi tu wyłącznie o pochwałę (własnego) rozumu, o zdewaluowaną do granic autentyczność czy o docenienie trudu i znoju, ale o coś prostszego: jeśli nie chcemy, aby świat był meblowany na jedno kopyto (albo na jeden styl z IKEI), postawmy na pisanie. Z powodów etycznych, estetycznych i praktycznych. Sztuka pisania po prostu się przydaje. Oddajmy AI to, co mechaniczne, a sobie zostawmy to, co ludzkie.
Jeśli komuś miałbym dać radę odnośnie pisania, to bardziej niż Sama Altmana czy szamanów AI z LinkedIna poleciłbym posłuchać Wiesława Myśliwskiego. Nestor polskiej powieści, który niedawno świętował 94. urodziny, mówił w 2008 roku na łamach "Gali": "piszę ręcznie, ołówkiem chemicznym 3H. Tylko takim, zawsze takim, od samego początku takim".
"Poprawiam bez końca" – dodawał, kokietując. Ale jeśli w zalewie generowanych miałkich treści chcemy czymś się wyróżnić, to nie lepszym promptem czy droższą licencją, lecz stylem – bo to stylem podbijamy serca. Czytelników, którzy przecież są klientami, partnerami biznesowymi, współpracownikami.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-27T10:02:43+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T09:53:32+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T08:07:34+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T07:46:41+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T06:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T06:15:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T06:11:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T06:04:42+01:00
Aktualizacja: 2026-03-27T06:02:07+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T21:04:03+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T20:44:21+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T20:10:12+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T20:01:15+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T19:29:35+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T18:39:07+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T18:07:08+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T17:42:54+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T17:15:37+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T16:14:33+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T15:33:25+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T15:19:05+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T14:44:17+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T14:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T13:41:32+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T13:14:28+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T13:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T12:07:43+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T11:25:35+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T10:29:20+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T09:52:51+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T09:27:18+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T08:40:29+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T08:19:04+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T07:30:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T06:25:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T06:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T06:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T06:05:00+01:00