1. Spider's Web
  2. plus
  3. Technologie
  4. Biznes

Wielka Wojna Chipowa. Jak Tajwan, Chiny i USA walczą o technologiczną dominację

Przed główną siedzibą tajwańskiego giganta chipów TCMS wita wielki czerwony napis "Dream". Właśnie marzenia o przejęciu choćby fragmentu półprzewodnikowego rynku napędzają globalne starcie. To pierwszy konflikt, w centrum którego są technologie niezwiązane z obronnością. Kto ma półprzewodniki, ten będzie rządził światem.

20.12.2022
9:02
Wielka Wojna Chipowa. Tajwan, Chiny i USA walczą o półprzewodniki

Droga z Tajpej do Xinzhu zajmuje trochę ponad godzinę. W tym średniej wielkości mieście nie ma nic szczególnie ciekawego: ani cennych zabytków, ani pięknej architektury. Nawet jego położenie nad Zatoką Tajwańską nie gwarantuje zapierających dech w piersiach widoków. A jednak ze stolicy Tajwanu do tego liczącego trochę ponad 400 tys. mieszkańców miasta codziennie autostradami ciągnie sznur samochodów wiozących tysiące inżynierów, programistów i speców od cyberbezpieczeństwa.

Xinzhu potrzebuje istnej armii takich pracowników. Nic dziwnego, skoro na ponad 700 akrach parku przemysłowego, który powstał w tym miejscu ponad cztery dekady temu, mieści się dziś aż 360 technologicznych mniejszych i większych firm. Na czele z technologiczną perłą w koronie całego Tajwanu, czyli gigantem Taiwan Semiconductors Manufacturer Company, szerzej znanym jako TSMC. Okolica wygląda niezwykle spokojnie. Nie ma tu nic z buzującego knajpami, sklepami i neonami klimatu Tajpej.

TSMC, fot. Sylwia Czubkowska

Ale niech nikogo ten spokój nie zmyli. Wystarczy na chwilę zatrzymać się przy napisie "Dream", by za chwilę marzenia o bliższym obejrzeniu tej firmy powstrzymali ochroniarze, którzy szybko witają ciekawskich. Cała okolica jest dokładnie monitorowana komórkami termowizyjnymi, które wyłapują wszelki ruch i szybko alarmują o niespodziewanych gościach.

Nic dziwnego: TSMC jest nie tylko technologiczną dumą Tajwanu. Przede wszystkim jest dziś gwarantem bezpieczeństwa całego państwa. I to państwa, które ma wątpliwą sławę najbardziej narażonego na zostanie zarzewiem kolejnej wojny. Choć w scenariusz militarnego ataku Chińskiej Republiki Ludowej na Republikę Chińską (jak oficjalnie nazywa się Tajwan) wierzy mało który polityk i ekspert, to wyspa ta jest już w samym sercu wojny.

Tyle że jest to wojna o dominację nad półprzewodnikowym przemysłem.

Chipowe fronty 

Kiedy 6 grudnia świat obiegły zdjęcia prezydenta USA Joe Bidena stojącego ramię w ramię z prezesem TSMC Morrisem Changiem i ogłaszającego w Arizonie potężną inwestycję tajwańskiej firmy, było jasne, że nie chodzi o biznes, jakich wiele. I nie o to, że Chang zapowiedział potężne zwiększenie inwestycji: z planowanych 12 do 40 mld dolarów. Kluczowe było to, że w Arizonie ma powstać jedna z najnowocześniejszych fabryk półprzewodników na świecie.

8 grudnia pojawiła się informacja, że rząd Holandii planuje wprowadzenie poważnych obostrzeń dotyczących eksportu zaawansowanego sprzętu służącego do produkcji półprzewodników. To w Holandii działa firma ASML, potentat w produkcji maszyn do drukowania chipów w litografii (rzeźbienia w krzemie) 14 nm lub niższej (czyli bardziej zaawansowanej). Teraz maszyny te mają dostać bana na Chiny. To nie będzie łatwa decyzja, bo sprzedaż do Chin odpowiadała w ubiegłym roku za 15 proc. przychodów ASML. Jednak wiele wskazuje na to, że rząd w Amsterdamie już ją podjął.

Nie wiadomo jeszcze, jaką konkretnie decyzję podejmie Japonia. 9 grudnia do Yasutoshiego Nishimury, japońskiego ministra przemysłu, zadzwoniła Gina Raimondo, sekretarz handlu USA. Trochę prosiła, trochę zachęcała, by Tokio przyłączyło się do chipowego frontu i nie tylko zaczęło wspólne prace nad ich produkcją, ale przede wszystkim pomogło odciąć Chiny od dostaw półprzewodnikowych technologii. I choć nie ma jeszcze oficjalnej odpowiedzi Japonii na tę propozycję, to wiele mówi fakt, iż japoński Rapidus właśnie podpisuje umowę z amerykańskim IBM na produkcję 2-nanometrowych chipów.

Jeszcze więcej mówi reakcja samych Chin. 12 grudnia tamtejsze ministerstwo handlu złożyło skargę przeciwko Stanom Zjednoczonym do Światowej Organizacji Handlu. Powód: USA mają doprowadzić do światowego kryzysu swoją polityką dotyczącą ograniczania chińskich planów produkcji chipów.

Wszystkie te wydarzenia z ledwie kilku dni grudnia pokazują, jak gorąca jest atmosfera wokół – wydawać by się mogło nudnych – chipów. Choć tak naprawdę te gorące emocje buzują od dawna.

Jak silne są, pokazała sierpniowa wizyta Nancy Pelosi, spikerki Izby Reprezentantów, na Tajwanie. Gdy tam leciała, polityczna sytuacja wyspy tak się zaogniła, że wielu ekspertów i analityków, delikatnie mówiąc, pukało się w głowy. Po co wywoływać kolejny globalny konflikt w sytuacji, gdy świat jest wstrząśnięty wojną w Ukrainie? Po co Pelosi i Stanom drażnienie Chin?

Dziś wyraźnie widać, że Stany miały w tym swój konkretny cel, a spotkanie Pelosi i Morrisa Changa nie było przypadkowe. Celem tym jest takie ograniczanie możliwości produkcyjnych Chin (we współpracy z Tajwanem i przy nakłonieniu do współdziałania państw Zachodu), by odciąć Państwo Środka od chipowych mocy.

Niczym ropa i złoto 

Co takiego jest w tych coraz mniejszych urządzeniach, że Chris Miller, dyrektor ds. Eurazji w Foreign Policy Research Institute, swoją świeżo wydaną książkę zatytułował "Chip War", czyli "Wojna chipowa"? I że takim terminem coraz częściej określa się sytuację globalnego technologicznego starcia?

Chipy są dziś wszędzie. Laptop, na którym piszę ten tekst, nawet by się bez nich nie włączył, nie mówiąc o połączeniu się z internetem i przechowywaniu danych. Bez chipów nie ma wielkich centrów przetwarzania danych, smartfonów, lodówek, pralek, odkurzaczy, elektronicznych hulajnóg i samochodów.

fot. PastryShop/Shutterstock

Jak pisze Miller: "Stratedzy w Pekinie i Waszyngtonie właśnie zdali sobie sprawę, że wszelkie zaawansowane technologie – od uczenia maszynowego do ochrony przeciwrakietowej, od pojazdów autonomicznych do uzbrojonych dronów – wymagają zaawansowanych chipów".

Nie ma dzisiaj ważnej dziedziny życia, która mogłaby funkcjonować bez półprzewodników. To już nie tylko przemysł, ITC czy wojskowość, ale także nowoczesna medycyna. Nasz powszechny dobrobyt i dobrostan jest zależny od dostępu do nich. W samym autonomicznym samochodzie jest umieszczanych od 1,5 tys. do 3 tys. mikroprocesorów. Jak wylicza Stowarzyszenie Przemysłu Półprzewodnikowego (The Semiconductor Industry Association – SIA), w tym roku światowa wartość tego rynku ma przekroczyć 600 mld dolarów. W 2021 roku sięgnęła 553 mld dolarów, a rok wcześniej 440 mld. Firma konsultingowa McKinsey szacuje, że światowy popyt na półprzewodniki będzie wyłącznie rósł i do końca dekady branża ta ma być warta 1 bln dol.

Nic więc dziwnego, że chipy są dziś na wagę złota. Jak cenne to dobro udowodniła pandemia, gdy zerwanie łańcuchów dostaw pokazało, co niedobór chipów może zrobić ze światową gospodarką. Na parkingach stały tysiące gotowych fabrycznie samochodów, których nie można było sprzedać, bo bez chipów nawet drzwi się w nich nie otwierały. Kolejnym producentom sprzętu mobilnego zaczęło brakować produktów do sprzedaży. Właśnie wtedy świat odkrył, jaka siła tkwi w chipach.

Jednak jak pisze Miller, nie ma bardziej skoncentrowanej geograficznie produkcji niż ta chipów. Nawet w przypadku ropy naftowej dostęp jest bardziej równomiernie rozłożony. Arabia Saudyjska to potentat, ale jednak odpowiada tylko za 15 proc. światowego wydobycia.

W chipach zaś mamy kilka globalnych monopoli. Tajwan to niekwestionowany producent półprzewodników. Holandia, z ASML i przejętym rynkiem maszyn, kontroluje zaawansowaną litografię. Korea Południowa wytwarza około 40 proc. światowych układów pamięci. I Stany Zjednoczone - wciąż główny producent know-how i danych do drukowania na chipach.

W tym układzie Chiny, uchodzące za technologiczną potęgę i mające ambicje zostania światową potęgą nr 1, okazują się uzależnione od reszty świata. Niemal wszystkie półprzewodniki, których potrzebują, wciąż eksportują. A ich plany stworzenia własnego przemysłu półprzewodnikowego zderzyły się z kontrplanem USA, by Chiny od wszelkich technologii niezbędnych do tworzenia faktycznie nowoczesnych chipów odciąć.

A w centrum tego planu jest wyspa na Oceanie Spokojnym, wokół której robi się coraz bardziej niespokojnie. Z jednej strony chipy są gwarantem bezpieczeństwa tego państwa, a z drugiej są przyczyną jeszcze silniejszych zakusów Chin.

Tajwańskie ryzyko 

Z danych Boston Consulting Group za 2021 r. wynika, że 90 proc. najbardziej zaawansowanych technologicznie półprzewodników pochodziło właśnie z Tajwanu, głównie z TSMC. Połowę przychodów tej firmy stanowi rynek amerykański, a ok. 10 proc. chiński. Mają obezwładniającą przewagę nad konkurencją, zarówno jeśli chodzi o wolumen produkcji, jak i o jakość. Ich procesory powstają w technologii 5 nanometrów, co oznacza, że są najbardziej wydajne i energooszczędne na rynku. Według zapowiedzi w 2025 r. TSMC będzie w stanie wyprodukować procesor w technologii 3 nm, dzięki czemu smartfon będzie mógł działać na jednym ładowaniu ok. 4 dni. Łącznie cały ten biznes daje Tajwanowi aż 15 proc. krajowego PKB.

Siedziba TSMC fot. Jack Hong / Shutterstock

Tyle że Tajwan od dekad leży na geopolitycznym uskoku. Pozycję międzynarodową tego państwa najlepiej może określać enigmatyczny zwrot "to skomplikowane". Oficjalnie, jako Republika Chin, Tajwan uważa się za politycznego i instytucjonalnego spadkobiercę przedrewolucyjnych Chin, a ChRL uznaje za uzurpatora. Za to dla ChRL Tajwan to "zbuntowana prowincja" i w ramach polityki jednego państwa Pekin skutecznie zwalcza wszelkie międzynarodowe objawy uznawania państwowości Tajwanu. Efekt: ledwie 16 państw uznaje oficjalnie Tajwan za niezależne państwo chińskie. Jeszcze bardziej komplikuje sytuację fakt, że nie wszyscy politycy tajwańscy i niecałe społeczeństwo tej wyspy uznaje, że jest "właściwymi Chinami". Wręcz przeciwnie: coraz silniejsze są przekonania o narodowości tajwańskiej.

W takiej sytuacji, podlewanej ciągłymi groźbami ze strony Pekinu, potencjał półprzewodnikowy stał się dla Tajpej główną kartą przetargową w globalnej układance politycznej. Nie ma polityka – czy to z rządzącej DDP, czy niegdyś najsilniejszego Kuomintang, czy z mniejszych opozycyjnych partii – który by nie miał na temat półprzewodników i tajwańskiej potęgi w tym zakresie swoich poglądów. Brakuje właściwie tylko jakiejś śmiesznej maskotki, która udawałaby chip i którą sprzedawano by jako magnesy, breloczki i figurki. Ale i bez tego rola półprzewodników w dobrobycie i bezpieczeństwie tego państwa jest kluczowa.

Produkujemy ok. 90 proc. najbardziej zaawansowanych półprzewodników na świecie. Co więcej, za ich eksport w 40. proc odpowiadają szlaki morskie. Więc gdyby wybuchł jakikolwiek konflikt wokół Tajwanu, to byłoby to ekstremalne dla globalnej gospodarki. I nie chcielibyśmy tego doświadczyć. Dlatego naszym obowiązkiem jest zadbać o to, by nie było żadnego konfliktu między Tajwanem a Chinami - mówi SW+ Joseph Wu, minister spraw zagranicznych Tajwanu: –

To jest bezprecedensowa sytuacja. Gwarantem – powiedzmy to sobie wprost – przeżycia całego państwa jest technologia i to wcale nie obronna. To dlaczego Tajwan, jakby sam kładąc głowę pod topór, zgodził się, by część produkcji przenieść do USA?

Twierdza Tajwan

Robert Tsao nie wygląda na swoje 75 lat. Żwawo dyskutuje, podrzuca kolejne metafory, sypie faktami. Ten miliarder i jeden z ojców chipowej potęgi Tajwanu nie boi się ostrych deklaracji na czele z tą, że Chiny to państwo mafijne, a w takim nie tylko nie da się bezpiecznie żyć, ale i robić pewnych biznesów. Dlatego właśnie Tsao po kilkunastu latach życia i robienia tam biznesów w 2019 roku – gdy był świadkiem drastycznego rozprawienia się z ruchem prodemokratycznym w Hongkongu – postanowił porzucić singapurskie obywatelstwo i wrócił na Tajwan.

Robert Tsao, fot. Sylwia Czubkowska

Zapowiedział, że łącznie przekaże 100 milionów dolarów na przeszkolenie i uzbrojenie armii, w skład której ma wejść 3,3 miliona "cywilnych wojowników". Przede wszystkim jednak podkreśla konieczność zadbania o chipową suwerenność tej wyspy.

– Tajwański przemysł chipowy nie powstał z inicjatywy prywatnych firm, tylko rządu. W połowie lat 70. zaczęto myśleć o tym przemyśle i o tym, co powinno być wdrożone. Zaplanowano zakup technologii od firm ze Stanów Zjednoczonych. Sam pracowałem wtedy w rządowym instytucie badawczym i wraz z 30 innymi inżynierami zostaliśmy wysłani na szkolenia. Przywieźliśmy technologie, które pod ochroną i wsparciem rządu zaczęliśmy wykorzystywać do budowy mojej firmy UMC. To była długotrwała współpraca. Moim zadaniem było sprawienie, by firma przynosiła zyski. Szybko zdano sobie sprawę, że jeżeli nie zarabiasz, to nieważne, ile się zainwestuje, bo i tak nie odniesie się sukcesu – opowiada SW+ Tsao.

Podobne były początki TSMC. Chińczyka Morrisa Changa, który skończył MIT i pracował od 1955 roku w amerykańskiej Sylvania Semiconductor, na Tajwan ściągnął sam premier Sun Yun-suan. Skusił go funkcją prezydenta Instytutu Techniki Przemysłowej, który to instytut stał się parasolem dla rozwoju całego półprzewodnikowego biznesu w kraju. Wkrótce Chang podszedł na swoje i w 1987 r., korzystając z doświadczeń i kontaktów w Stanach oraz wsparcia rządu w Tajpej, uruchomił własną firmę, która dziś jest globalnym gigantem - uzależniony od niej jest choćby Apple.

– Mamy więc na Tajwanie po prostu za duże przewagi, by uruchomienie fabryk w Stanach czy nawet wielkie chińskie inwestycje łatwo zagroziły naszemu przemysłowi – podkreśla biznesman.

– Produkcja półprzewodników jest jak śpiewanie w chórze. Każdy głos jest ważny. Nie da się wszystkiego samodzielnie zrobić, to jest cały łańcuch produkcji. Chiny planujące, że nagle same wszystko zaśpiewają, są w głębokim błędzie – studzi Tsao.

Według niego próba przejęcia całego procesu produkcji półprzewodników przez jedno państwo to jak próba przeniesienia francuskich instytucji państwowych do Tajwanu. Jasne, można próbować, ale z góry wiadomo, że to sztuczny pomysł, który ma raczej nikłe szanse na zrealizowanie.

Jednak sam rząd w Tajpej nie jest chyba aż tak przekonany o tym, że pozycja tego państwa jest niezachwiana. Tamtejsze Ministerstwo Spraw Wewnętrznych na początku grudnia ogłosiło, że wprowadzone mają być poważne ograniczenia dla pracowników technologicznych pracujących w kluczowych sektorach, którzy chcieliby udać się do ChRL. I to nie tylko dla tych wyjeżdżających do pracy, ale także dla udających się w podróż czy po prostu chcących przejechać przez Chiny. Pracownicy sektora technologii w firmach współfinansowanych przez rząd (a tak jest właśnie w przypadku półprzewodników) będą musieli na 60 dni przed planowanym wyjazdem poprosić o specjalną zgodę Narodowe Biuro Imigracyjne. Co więcej, nowe zasady mają obowiązywać do trzech lat po zakończeniu pracy w takiej technologicznej firmie.

Fot. Shutterstock

A to tylko pierwszy krok mający na celu ochronę tego najcenniejszego dobra. Tajwan przygotuje cały specjalny zespół, który będzie miał za zadanie chronić technologie i tajemnice handlowe TSMC. Także przed Amerykanami. Dlatego też nawet powiększone inwestycje w Arizonie mają produkować sprzęt co najmniej o jedną generację słabszy od tego, do czego ma być zdolna spółka-matka na Tajwanie.

Tylko czy Stany faktycznie pójdą na taki układ?

Chipy made in USA

Pod wpływem półprzewodnikowego kryzysu oraz chińskich pohukiwań w stronę Tajwanu administracja Bidena wyraźnie przeszła do ofensywy. Inwestycje we własny rynek to jedno, drugie to zwarcie szyków przeciwko Chinom.

W połowie października – tuż przed XX zjazdem Komunistycznej Partii Chin – Stany wydały prezydenckie rozporządzenie, które nałożyło kolejne restrykcje ograniczające eksport zaawansowanych półprzewodników o wielkości tranzystorów poniżej 14-16 nanometrów do ChRL. Czyli praktycznie wszystkich dziś naprawdę poszukiwanych. Co ważne, zarówno tych produkowanych w USA, jak i projektowanych przez amerykańskie firmy, ale wytwarzanych w państwach trzecich. Na deser dołożono zakaz dla amerykańskich obywateli wspierania chińskiego sektora czipowego bez specjalnych licencji. Właściwie postawiono ultimatum: albo paszport USA, albo praca dla chińskich firm z sektora chipowego. Reakcje były natychmiastowe: kolejni menadżerowie i inżynierowie masowo rzucali pracę.

Fot. Andreas Merchel

Dodatkowo Stany starają się do współpracy skłonić sojuszników. Stąd właśnie i telefony do Tokio, i plany Holandii. Wszystko, byleby odciąć Chiny istnym chipowym murem od najnowszych technologii. Tyle że to wcale nie oznacza, że w samych Stanach nastąpi półprzewodnikowe odbicie. Tim Culpan z Bloomberga w swoim komentarzu tuż po z pompą ogłaszanej inwestycji w Arizonie napisał: "Przykro mi, USA, ale 40 mld dolarów nie kupi ci chipowej suwerenności". Może i nie kupi całemu państwu, ale za to Apple – którego prezes Tim Cook towarzyszył Bidenowi i Morrisowi Changowi – może zacząć czuć się bezpieczniej i samodzielniej. W końcu jedna czwarta najnowocześniejszych półprzewodników z Tajwanu trafia właśnie do firmy Cooka.

Technologia wciąż pozostanie mniej lub bardziej w tajwańskich rękach. Jednak na wypadek jakichkolwiek problemów z bezpieczeństwem samej wyspy będzie back up na amerykańskiej ziemi. Dla Stanów i tak kluczowe pozostaje, by takiego własnego back upu nie miały Chiny.

Chiny w grze

Obecnie Chiny produkują u siebie jedynie ok. 15-16 proc. mikroprocesorów wykorzystywanych przez własną gospodarkę. Reszta to import. ChRL chce jak najszybciej sytuację odmienić i do 2030 roku produkcja własna ma wzrosnąć do 70 proc. Aby to osiągnąć, Pekin rozrzuca worki pieniędzy. Najmniejszym wsparciem dla firm, które chcą wejść w produkcję chipów, są upusty podatkowe, dotacje do badań i rozwoju, wsparcie przy imporcie komponentów, a nawet przy kupowaniu zagranicznych konkurentów.

W sumie do tej pory na pobudzenie postępu w dziedzinie półprzewodników Pekin przeznaczył ponad 150 miliardów dolarów. Jakby tego było mało agencja Reuters przed kilkoma dniami podała, że Chiny pracują nad dodatkowym pakietem wsparcia o wartości ponad 1 biliona juanów (143 miliardy dolarów) dla swojego przemysłu półprzewodników. To jasno pokazuje, jak dużą wagę przykładają do tego przemysłu. I to od dłuższego czasu.

fot. William Potter

Xi Jinping w czerwcu odwiedził w Wuhanie firmę produkującą półprzewodniki. – Żywot technologii musimy wziąć w swoje ręce. Jeżeli każde miasto, każdy sektor rozwoju zaawansowanych technologii, każda firma technologiczna i każdy naukowiec będą mogli postępować zgodnie z wytycznymi rządu dotyczącymi innowacji technologicznych, z pewnością będziemy w stanie osiągnąć cele – zapowiadał Xi.

Cele, o których mówił, są znacznie ważniejsze niż wyniki produkcji w jednej fabryce. Choć właśnie fabryki produkujące półprzewodniki są kluczowe. W końcu cztery lata wcześniej też w Wuhan i też w fabryce półprzewodników poetycko wyjaśniał Xi: "Półprzewodniki są dla przemysłu równie ważne, jak serce dla ludzkiego organizmu".

Jakub Jakóbowski, ekspert z Ośrodka Studiów Wschodnich, tłumaczy, że to jak bardzo to serce jest kluczowe, Chiny odczuły po raz pierwszy, gdy zaczęły się amerykańskie bany na Huawei: – Nam się ten atak kojarzy z siecią 5G, ale być może najważniejsze w batalii o przyszłość tej firmy było odcięcie jej od półprzewodników - tłumaczy ekspert OSW.

- Zakazano wszystkim firmom nie tylko z terenów Stanów, ale i działającym na tym rynku, sprzedaży technologii półprzewodnikowych do Huawei. To był zimny prysznic, bo pokazał, że najważniejszą firmę technologiczną Chin można rzucić na kolana. To właśnie z braku technologii chipowych wzięły się takie niedobory flagowców Huawei na sklepowych półkach - podkreśla Jakóbowski.

Nic dziwnego więc, że Chinom zależy na samodzielności. Jednak plany planami, a trudniej z ich realizacją. Nawet ciężarówki pieniędzy inwestowanych w ten przemysł nie zawsze pomagają. Najbardziej spektakularnym przykładem jest klapa Hongxin Semiconductor Manufacturing Co. w Wuhan, czyli firmy odwiedzanej przez Xi Jinpinga. Wydała ona na inwestycje w produkcję chipów zawrotną sumę 20 mld dolarów. Wszystko poszło z państwowej dotacji. Obiecała, że w zamian w 2020 roku dostarczy 30 tys. nowoczesnych półprzewodników o wielkości 14 i 7 nanometrów. Tyle że upadła, zanim wyprodukowała chociaż jeden chip.

Są jednak w Państwie Środka pierwsze sukcesy. Tego lata okazało się, że SMIC, jeden z głównych chińskich producentów chipów, wyprodukował 7-nanometrowy chip, co plasuje go zaledwie o jedno lub dwa pokolenia za liderami branży.

Morris Chang, założyciel TSMC, fot. Wen-Yee Lee/Shutterstock

To jest właśnie wytłumaczenie dla tak nagle zaognionej amerykańskiej chipowej ofensywy. A wojna o chipy tłumaczy trochę gorzkie słowa Morrisa Changa, który w Arizonie w swoim przemówieniu ogłosił, że "globalizacja i wolny handel są niemal martwe".

Faktycznie, w czasie konfliktów o wolnym handlu można już tylko pomarzyć.

Zdjęcie tytułowe: William Potter/Shutterstock
DATA PUBLIKACJI: 20.12.2022