1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Chiny postanowiły wychować sobie idealne, cyfrowe społeczeństwo. Xinternet wykluwa się na naszych oczach

Chiny postanowiły wychować sobie idealne, cyfrowe społeczeństwo. Xinternet wykluwa się na naszych oczach
328 interakcji
dołącz do dyskusji

3 godziny na gry, nadzór nad finansami influencerów, kary za monopolistyczne zagrania dla Big Techów, kontrola nad algorytmami. Tak Chiny budują u siebie nowy wspaniały świat technologii. Świat cyfrowego leninizmu-marksizmu. 

Super Mario Maker 2, FIFA21, The Last of Us Part 2, cała seria Call of Duty i cała seria Grand Theft Auto. 3 września na JD.com, drugim co do wielkości serwisie e-commerce w Chinach, doszło do prawdziwej czystki. Łącznie aż 86 tytułów gier praktycznie zniknęło z tej platformy.

Powód: zawarte w nich treści mają być nieodpowiednie. Czyli: niosące zagrożenie dla jedności narodowej Chin, suwerenności i integralności terytorialnej, grożące ujawnieniem tajemnic państwowych, zagrażające bezpieczeństwu narodowemu lub interesom narodowym, podżegające do nienawiści lub dyskryminacji etnicznej oraz promujące przesądy i kult. 

To, że takie argumenty dotyczą wciąż uważanej za kontrowersyjną serii GTA, może być jakoś zrozumiałe. Ale już to, że symulator rozgrywek piłki nożnej i platformowe przygody kultowego hydraulika też trafiły na czarną listę, dobitnie pokazuje, że za decyzją JD.com stoi coś bardzo poważnego. 

30 sierpnia Narodowa Administracja Prasy i Publikacji (NPPA), czyli chiński regulator gier i mediów online, wydała rozporządzenie nakazujące ograniczyć czas, jaki mogą spędzić na graniu osoby poniżej 18 roku życia. Nowa norma to maksymalnie godzina w każdy piątek, sobotę, niedzielę i podczas ustawowych świąt. I choć te zasady są i tak drastyczne to JD.com postanowiło wręcz je zaostrzyć. Samo z siebie już cztery dni później poszło kilka kroków dalej i ogłosiło, że wykasuje ze sprzedaży każdą grę, która narusza konstytucję Chin lub prawo bezpieczeństwa narodowego zakazujące wulgaryzmów, pornografii, hazardu i przemocy.

Tak naprawdę takie przepisy w Chinach funkcjonują już od niemal trzech lat, ale do tej pory największe nawet sklepy internetowe obchodziły je, grając w kotka i myszkę z państwem. Tak choćby robi — póki co — AliExpress. Platforma przykładowo wycofała kultowy survival horror Resident Evil 2: Remake w 2019 roku, ale działający na niej sprzedawcy kontynuują sprzedaż gry. Zmieniają tylko jej nazwę albo umieszczają ręcznie rysowane grafiki w miejsce oficjalnych plakatów. Podobnie w szarej strefie pełnej mniejszych sklepów on-line swobodnie kwitnie sprzedaż teoretycznie niezgodnych z prawem innych gier. 

Tym bardziej więc to, że JD.com teraz postanowił zdecydowanie i drastycznie dostosować się do prawa, ma drugie dno. Jest nim trwający od kilku miesięcy ostry i wyraźny zwrot Partii Komunistycznej w stronę przykręcenia śruby całemu biznesowi związanemu z technologiami, mediami i rozrywką. Miało zresztą JD nosa. Własnie się okazało, że Chiny tymczasowo zawiesiły zatwierdzanie wszystkich nowych gier online.

Oficjalne powody każdego nowego ograniczenia wyskakującego z prędkością pistoletu mechanicznego są ważne i dotyczą kwestii społecznie bolesnych. Dzieci i nastolatki za dużo czasu spędzają, grając, co prowadzi choćby do problemów ze wzrokiem. Influencerzy lansują głównie siebie i doprowadzają do rozwoju hejtu w sieci. Big Techy działają monopolistycznie kosztem małej konkurencji, którą zmuszają, by grała ich kartami. Algorytmy używane do zarządzania wielkimi technologicznymi usługami, są niejasne i manipulują ludźmi. Kult ciała i jego poprawiania powoduje problemy z samoakceptacją i psychiką u milionów ludzi. 

Wszystko to ważne wyzwania współczesności także na Zachodzie. Chiny znalazły na nie prostą odpowiedź: absolutna i realizowana bez mrugnięcia okiem kontrola Partii Komunistycznej i państwa.

I wygląda na to, że ten model może na tyle spodobać się na świecie, że zacznie się jego eksport. 

Regulacje made in China 

Spójrzmy więc, jak rozpędzał się chiński walec regulacyjny w ciągu sądnego tygodnia na przełomie sierpnia i września. 

2 września. Partia nakazała nadawcom, by unikali artystów o „niewłaściwym stanowisku politycznym” i „zniewieściałym” stylu. Oficjalnie to efekt serii skandali z udziałem celebrytów uchylających się od płacenia podatków i oskarżanych o napaści na tle seksualnym.

Grzywną w wysokości 299 milionów juanów (46,27 miliona dolarów) ukarano aktorkę Zheng Shuang za oszustwa podatkowe. Jeszcze głośniejsza jest sprawa Kris Wu Yifana, kanadyjskiego gwiazdora k-popu o chińskich korzeniach, który został 31 lipca aresztowany przez policję w Pekinie pod zarzutem gwałtu. Muzykowi grozi nawet dożywocie.

Afera z Krisem Wu wybuchła po tym, gdy obecnie 19-letnia Du Meizhu udzieliła wywiadu portalowi NetEase. Dziewczyna wyznała, że w wieku 17-lat została odurzona i zgwałcona przez gwiazdora. Du opowiedziała w mediach, że Wu używał różnych metod, by zwabić młode dziewczyny — m.in. twierdził, że rekrutuje nieletnie aktorki. Du stwierdziła również, że Kris Wu zgwałcił co najmniej osiem kobiet, w tym dwie były wówczas nieletnie. 

Kris Wu, fot, supermodel/Shutterstock.com

Efekt był natychmiastowy. Nie tylko aresztowano mężczyznę, ale co więcej zaczęto z wszelkich oznak jego popularności czyścić internet. Jak informuje dziennik „South China Morning Post", konta gwiazdora zostały usunięte z aplikacji WeChat i Douyin. Portal Weibo zamknął setki grup należących do fanów Wu i zablokował przeszło 1000 kont wyrażających poparcie dla artysty. Z tego powodu choćby usunięto konta pisarza Zhanga Xina i prezentera telewizyjnego Ma Weiwei.

Niemal natychmiast dwa ministerstwa, partyjna agencja i stowarzyszenie branżowe opublikowały nowe wytyczne dla przedstawicieli branży rozrywkowej, a w nim zwiększenie kar dla artystów, którzy dopuścili się nielegalnych lub nieetycznych zachowań.

Na celownik szczególnie mocno trafili influencerzy, którzy według partii są nazbyt ślepo idealizowani przez swoich nastoletnich fanów, co nie tylko doprowadza do tego, że w nielegalny sposób pozyskują fundusze, ale przede wszystkim propagują niewłaściwe wartości. 

O tym, że coś większego kroi się w temacie, najlepiej jednak świadczyły wyprzedzające ruchy Weibo, które już 6 sierpnia ogłosiło usunięcie „listy gwiazd”. Powodem było to, co tak naprawdę napędzało Weibo ruch, czyli fani poświęcający dużo czasu, pieniędzy i energii, wspierając swoich idoli. Wyszukiwarki Baidu i 360 również odłożyły na półkę swoje podobne listy gwiazd influencingu. Co więcej w ostatnich tygodniach ze sklepów z aplikacjami usunięto dziesiątki aplikacji crowdfundingowych w typie Patronite pozwalających wspierać ulubionych influencerów. 

1 września. Koniec z wieloma godzinami spędzonymi przez dzieci na graniu. Osoby poniżej 18. roku życia mogą przeznaczać na gry w sieci jedynie godzinę dziennie - w piątki, weekendy i święta. Chińska agencja prasowa Xinhua podała, że firmy oferujące gry online nie będą mogły udostępniać osobom poniżej 18. roku życia żadnych gier poza wyznaczonymi dniami i godzinami. Będą też odpowiedzialne za weryfikację nazwiska gracza. 

Tego samego dnia zaszła jeszcze jedna cichsza a ważna zmiana. U dwóch gigantów technologicznych — DiDi Chuxing (czyli chińskiego odpowiednika Ubera) i wspomnianego JD.com — powstały związki zawodowe. To przełomowe ruchy w chińskim sektorze technologicznym, który więcej niż niechętnie podchodził do takich form wspierania pracowników. 

DiDi w Hoizhou w Chinach, fot. Chintung Lee/Shutterstock.com

Kluczowe jednak są kulisy tej zmiany. Związek zawodowy w DiDi będzie kierowany przez wspieraną przez rząd Ogólnochińską Federację Związków Zawodowych (ACFTU). A samo DiDi od kilku miesięcy jest na cenzurowanym w Państwie Środka. W marcu tego roku chiński regulator ukarał spółki technologiczne Meituan, Pinduoduo, Tencent, Alibabę i właśnie DiDi za „niewłaściwe zachowanie w zakresie ustalania cen usług”. Każda z firm otrzymała po 230 tys. dolarów kary.

W lipcu z kolei sąd najwyższy postawił sobie za cel zlikwidować słynną w chińskich Big Techach praktykę „996”, czyli pracę od 9 do 9 przez sześć dni w tygodniu. Brzmi to jak poważna zmiana. Ale wiele wskazuje na to, że poprawa praw pracowników koncernów technologicznych to raczej środek do celu, czyli właśnie silniejszego wpływu państwa na te spółki. Także w lipcu osiem czołowych chińskich organów rządowych opublikowało wytyczne dotyczące ochrony praw pracowników gospodarki koncertowej i zasugerowało, że związki zawodowe mogą odegrać rolę w negocjacjach z firmami. Problem w tym, że w Chinach wszystkie związki zawodowe są zobowiązane do zarejestrowania się w ACFTU. A ta — jak ocenia wielu ekspertów, w tym badacz Aidan Chau z China Labour Bulletin z siedzibą w Hongkongu — koncentruje się raczej na łagodzeniu skarg pracowników niż na faktycznej walce o poprawę ich sytuacji.

31 sierpnia. Czarny dzień dla e-commerce. Chiński regulator rynku zaproponował poprawki do krajowego prawa o handlu elektronicznym, grożąc, iż licencje mogą stracić te firmy, które nie podejmą niezbędnych środków przeciwko sprzedawcom handlującym podróbkami.

Na celownik trafiło też sharing economy. Regulacje rozszerzono na niezwykle popularne w Chinach usługi współdzielenia rowerów i powerbanków. Zarabia na tym kilkanaście różnych platform internetowych. Władze wzięły się też za giganta dostaw żywności Meituan — za to, że nie zgłosił do kontroli antymonopolowej w 2018 roku przejęcia firmy Mobike zajmującej się udostępnianiem rowerów. A wspomniane DiDi (odpowiednik Ubera) już od wielu miesięcy ma spore problemy.

Na początku lipca rząd nakazał usuwanie aplikacji firmy DiDi ze sklepów internetowych. Powód oficjalny: firma ta miała nieuczciwie konkurować, gromadząc dane osobowe w nielegalny sposób. DiDi została skrytykowana przez państwowe media za niesprawiedliwe płacenie swoim kierowcom. Nieoficjalnie jednak szybko okazało się, że chodzi raczej o to, by utrudnić chińskim firmom pozyskiwanie kapitału inwestorów w USA. Stało się to jasne po tym, jak chińskie władze nakazały usunięcie aplikacji nie tylko DiDi, ale także Full Truck Alliance i Kanzhun (aplikacja do rekrutacji online.), które łączy to, że wszystkie są notowane na giełdzie w Nowym Jorku.

26 sierpnia. Najważniejsze chińskie media społecznościowe Wechat, Douyin, Sina Weibo i Kuaishou, poinformowały, że migusiem zaczną naprawiać nieprawidłowe praktyki kont „self-media”, które publikują informacje finansowe. Ten zryw to efekt ogłoszenia wydanego przez Chińską Administrację Cyberprzestrzeni (CAC), że bliżej przyjrzy się ona kontom, które „wielokrotnie publikowały nielegalnie wiadomości finansowe, zniekształcały interpretację polityki gospodarczej, oczerniały rynki finansowe, rozpowszechniały plotki i zakłócały komunikację sieciową”.

Termin „self-media” oznacza niezależnie obsługiwane konta, które tworzą często mocno opiniotwórcze treści i nie są oficjalnie zarejestrowane przez władze. Czyli to po prostu fanpage i blogerzy korzystający z mediów społecznościowych. Działają ich w Chinach tysiące. Mimo tej skali WeChat należący do jednej z największych chińskich spółek technologicznych Tencent niemal od razu po zapowiedzi CAC ogłosił, że zaczyna badanie i zamykanie tych, które „oszukują rynek finansowy”. W jego ślady momentalnie poszły Douyin, Sina Weibo i Kuaishou.

Finansowanie, algorytmy i odpowiedzialność

Pierwszy wyraźny sygnał alarmowy dla chińskiej branży technologicznej pojawił się jednak już niemal rok temu — na początku listopada 2020 roku. Do oferty publicznej (z angielskiego Initial Public Offering, IPO) na giełdach w Szanghaju i Hongkongu szykowała się wtedy spółka Ant Group, czyli chiński gigant e-płatności i część koncernu Alibaba. Niespodziewanie IPO planowane na 5 listopada zostało wstrzymane. Powód? Chiński regulator finansowy 2 listopada zmienił zasady dla instytucji finansowych działających w sektorze mikropożyczek. Reakcja była natychmiastowa: wstrzymanie obu IPO Ant Group.

Podobno regulatorzy zabrali się do zaostrzania przepisów antymonopolowych po osobistej interwencji Xi Jinpinga. Mścił się on w ten sposób na miliarderze Jacku Ma, założycielu Alibaby. Ten kilka tygodni wcześniej śmiał wygłosić w Szanghaju przemówienie, w którym stwierdził, że chiński system regulacyjny musi zostać zreformowany, bo blokuje innowacje.

Jack Ma, Paryż 2019 rok, konferencja VIVA, fot. Frederic Legrand - COMEOShutterstock.com

Potem poszło ekspresowo. Jack Ma, jeden z najbogatszych ludzi świata, na długie miesiące zniknął z życia publicznego. Trzy najważniejsze organy regulacyjne – Chińska Administracja Cyberprzestrzeni (CAC), chińska Administracja Państwowa ds. Regulacji Rynku (SAMR) i Państwowa Administracja Podatkowa – spotkały się z 27 najważniejszymi, chińskimi firmami internetowymi, w tym z Tencent, Baidu, Meituan, ByteDance i Alibabą. Wezwały je do uporządkowania gospodarki internetowej i rozwiązania problemów takich jak praktyki monopolistyczne, nieuczciwa konkurencja i handel podróbkami. 

Teoretycznie państwowa kontrola nad cyberkorpami nie jest w Chinach niczym nowym. Władze od dawna ściśle kontrolują np. treści online. Tym razem widać jednak, że to nie strzał w jedną firmę czy wąską branżę, a zmasowane działania, które dotyczą całej gospodarki związanej z nowymi technologiami i technologiami w ogóle.

Kendra Schaefer, ekspertka firmy analitycznej Trivium China po tym, jak pokazano szczegóły regulacji algorytmów, ze sporym zaskoczeniem opisywała ich szczegóły: „Użytkownikom należy zapewnić wygodny sposób przeglądania i usuwania słów kluczowych, których algorytm używa do ich profilowania. Mają być ograniczenia dotyczące typów słów kluczowych, które mogą zbierać algorytmy. Będzie rejestr algorytmów, które mają <<atrybuty opinii publicznej lub zdolności do mobilizacji społecznej>>”. 

Patrząc z boku brzmi to jak naprawdę potrzebna regulacja, bo samowolność firm w tworzeniu algorytmów od dawna budzi kontrowersje. Ale jak podkreśla Schaefer, trzeba się wczytać i zrozumieć, co stoi za tymi zmianami, a są one tłumaczone przez regulatorów tak: „Istnieje wyraźna obawa, że ​​algorytmy zostaną wykorzystane ze szkodą dla socjalistycznych podstawowych wartości. Kolejna obawa to to, że ​​mogą one zostać wykorzystane do manipulacji konsumentami. Partia nie chce, aby algorytmy szalały i wpływały na opinię publiczną”. Czytaj: by za ich pomocą nie podważać władzy Partii Komunistycznej i Xi Jinpinga.

By nie doszło do tego także na polu ekonomicznym, czyli przez finansowanie z zagranicy, pojawił się plan zbudowania w Chinach trzeciej giełdy — w Pekinie. Po to, żeby przyciągnąć z powrotem notowane za granicą spółki. Szczególnie że wcześniej niektórym z nich - jak DiDi - państwo pokazało, że nie opłaca się rumakować.

Nie ma co się jednak oszukiwać, chińskie Big Techy doskonale wiedzą, w jaką grę grają, a nawet jak nie wiedziały, to szybko nauczyły się jej zasad. Kiedy na łamach rządowego dziennika ekonomicznego dwóch badaczy z renomowanego Uniwersytetu Zhejiang wezwało do podnoszenia podatków, reakcja Tencentu była natychmiastowa. Przedstawiciele firmy zobowiązali się do utworzenia funduszu o wartości 50 miliardów juanów (czyli 7,7 mld dolarów), by pomóc w osiągnięciu „wspólnego dobrobytu” narodu.

XInternet w planach przewodniczącego

Widać jasno, że po latach niekontrolowanego wzrostu w tej drugiej co do wielkości gospodarce świata, chiński rząd postanowił pokazać, jak się reguluje cyfrowy świat. Za tym zrywem według ekspertów stoi skomplikowana układanka wewnętrznych tarć w obrębie samej Partii Komunistycznej i starań Chin o wzmocnienie pozycji międzynarodowej.

Termin wysypu regulacji jest nieprzypadkowy. Klucz brzmi: ośrodek Beidaihe. - Co roku w sierpniu najważniejsi dygnitarze partii spędzają urlop w tym ośrodku wypoczynkowym nad Zatoką Bohai. Z jednej strony to moment, gdy nic ważnego się nie dzieje, z drugiej właśnie wtedy jest okazja do wypracowania wspólnych stanowisk w kluczowych w danym momencie sprawach. I jak widać, tym razem tych stanowisk wypracowano sporo — mówi nam Michał Bogusz, ekspert z Ośrodka Studiów Wschodnich i autor bloga Za Wielkim Murem.

Jest jeszcze jeden ważny termin, który także wygląda na mocno związany z tym, co się dzieje. To zapowiedziane na listopad Szóste Plenum partyjne, choć zwykle w ogóle nie jest ono wcześniej oficjalnie ogłaszane lub wiadomo o nim po fakcie. Bogusz: - Ewidentnie widać następujące w Chinach przyspieszenie.

Proces coraz silniejszego podporządkowywania biznesu interesom państwowym w Chinach widoczny jest od kilku dobrych lat. Według obliczeń „Economist” w 2020 r. ok. 400 z 3,9 tys. spółek notowanych na giełdach w Chinach kontynentalnych powoływało się w swoich sprawozdaniach finansowych na partię komunistyczną lub osobiście na Xi Jinpinga. Jeszcze cztery lata temu nikt prawie tego nie robił. Wiele o zmianach powie takie podsumowanie za 2021 rok.

BATX, czyli najwięsze chińskie Big Techy: Baidu Alibaba Tencent Xiaomi. Fot. mundissima/Shutterstock.com

Póki co Michał Bogusz zwraca uwagę na słowa tamtejszego ministra handlu sprzed kilku tygodni, który ogłosił, że przyszły rok może być bardzo trudny dla chińskiego eksportu. - To zabrzmiało, jakby Państwo Środka spodziewało się jakiegoś uderzenia w swoją gospodarkę. Czyli tego, że jednak Zachód zacznie wychodzić z pandemii i Stany Zjednoczone, ale i Unia Europejska, zaczną mocniej dbać o własne interesy i tym samym — choćby przez podatek węglowy — mogą działać na ograniczenie pozycji Chin — podkreśla ekspert.

- Wygląda to jak przegrupowanie sił i wzmocnienie kontroli nad kluczowymi sektorami. Warto też zwrócić uwagę na sytuację wewnętrzną w Chinach. W przyszłym roku odbędzie się XX zjazd partii, po którym teoretycznie towarzysz Xi powinien przejść na partyjną emeryturę, lecz na poprzednim zjeździe zniesiono przepis ograniczający sprawowanie funkcji przewodniczącego i wiceprzewodniczącego ChRL dłużej niż dwie kadencje. Możemy się spodziewać, że zostanie na tym stanowisku dłużej, zwłaszcza patrząc na umacnianie jego pozycji i kontroli nad gospodarką państwa, szczególnie nad tymi jej elementami, które do tej pory kontrolowały konkurencyjne frakcje partyjne — podkreśla Bogusz.

Przytakuje mu w rozmowie z SW+ profesor Steve Tsang z SOAS China Institute University of London: -  Xi będzie chciał upewnić się, że potrafi jasno wskazać kierunek podróży, w jakim pojedzie do Chin przed XX Zjazdem Partii.

Skąd jednak używanie argumentów związanych z bezpieczeństwem dzieci w środowisku  gier czy ograniczenie pozycji influencerów i celebrytów? - To jest generalnie taka chińska specyfika. Władza chińska — czy to cesarz, czy partia — zawsze opierała się na dbaniu o zbiorową moralność. Więc dziś gdy chodzi raczej o zwiększenie nadzoru nad gospodarką, to używanie argumentów związanych z etyką jest działaniem pod opinię publiczną — tłumaczy Bogusz.

Według Bogusza, choć to przemieszanie działań gospodarczych i argumentów etycznych jest wyraźne, to nie jest to „rewolucja kulturalna 2.0”, lecz coś więcej. W przeciwieństwie bowiem do działań Mao Tse Tunga obecnie Pekin zwiększa nadzór nad całym państwem, gospodarką i partią. - Nawet jeśli ucierpi na tym cała gospodarka i nawet jeżeli stracą na swojej sile Big Techy, są to koszty, które można ponieść, bo przecież — z punktu widzenia KPCh — celem jest budowa Marksizmu. A ten można osiągnąć przez większą kontrolę nad całym państwem. Dziś dają na to szansę właśnie nowe technologie: wykorzystanie Big Daty, wiedza o przepływach płatności, ale też ograniczenie westernizacji młodych — wymienia ekspert. 

I stąd właśnie ma być to dość egzotyczne przemieszanie regulacji ważnych procesów w gospodarce cyfrowej a z drugiej strony zakaz reklam chirurgii estetycznej i prywatnych korepetycji (w tym tych on-line) czy wycofywanie list przebojów z serwisów społecznościowych. - Wielkie zmiany w Chinach w ostatnich dniach dotyczące zaostrzenia kontroli nad fintechami, odcięcie prywatnym firmom edukacyjnym szans na osiąganie zysków i wreszcie wprowadzenie myśli Xi Jinpinga do szkolnego programu nauczania. Wszystko to odzwierciedla próbę dalszego zacieśniania kontroli przez Xi nad państwem i zwrotu Chin w stronę marksistowsko-leninistycznego kierunku rozwoju — potwierdza profesor Tsang i podkreśla, że efektem ma być budowa techno-autorytarnego supermocarstwa.

Chiński wzór

Do tej pory Chiny swoim firmom technologicznym dawały naprawdę sporą swobodę, co jak prognozowała Rebecca Fannin w książce „Tech Titans of China”, mogło sprawić, że Państwo Środka w ciągu najbliższej dekady miało wręcz przegonić Stany Zjednoczone na tym polu. Dziś Fannin mówi nam tak: - Nowe ograniczenia mogą spowolnić tempo innowacji w Chinach. I nawet jeżeli Chińczycy są z natury przedsiębiorczy, to zbyt wiele ograniczeń zwykle nie sprzyja kreatywności i pomysłowości.

Chiński bestseller o Xi Jinping, "Xi Jinping: The Governance of China", miał premierę wiosną 2021 r. fot. humphery

Na negatywny wpływ regulacyjnego huraganu wskazują kolejni eksperci. - Czy te zmiany utrudnią innowacyjność i rozwój? Prawie na pewno tak się stanie, ponieważ swoboda odkrywania i przesuwania granic pomogła chińskim firmom wypróbować najnowocześniejsze innowacje. Wraz z wprowadzeniem kontroli zakres tych innowacji ulega zmniejszeniu. Ale biorąc pod uwagę priorytet, jaki Xi wyznaczył na nadchodzące lata, jest to tylko cena, jaką Chiny muszą zapłacić. Z tak potężnym przywódcą, jakim staje się Xi Jinping, kto w Chinach odważy się wyjść i przeciwstawić się którejkolwiek z tych zmian? Nie widzę, żeby ktokolwiek robił to w dającej się przewidzieć przyszłości. Przynajmniej dopóki polityka Xi nie przyniesie katastrofy w Chinach, co jest mało prawdopodobne w krótkim okresie — podkreśla profesor Tsang. 

Co jednak zaskakujące ten zdecydowany kurs zaczyna się podobać na Zachodzie. Kiedy demokracje wciąż rozważają, jak ograniczyć negatywne skutki technologicznej zmiany i opanować Big Techy, to zdecydowane kroki Chin budzą przynajmniej pewną fascynację. Już słychać, że chińska ścieżka może utrudnić potęgom takim jak Facebook czy Google kluczenie z władzami Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. - Jednym z argumentów, że nie powinniśmy tak mocno dążyć do ograniczania amerykańskich Big Techów, było to, że Chiny mają dla każdego z nich własną potężną firmę mająca jeszcze rządowe wsparcie — mówił kilka dni temu „Politico" Scott Wallsten, prezes amerykańskiego think thanku Technology Policy Institute. - Cóż, z dnia na dzień ten argument po prostu wyparował.

O ile faktycznie wyparował. A nie stanie się tak, że chiński biznes technologiczny już podporządkowany rządowym regułom i pod kontrolą jedynego influencera, jaki został na polu walki — Xi Jinpinga - wróci z jeszcze większym wsparciem.

Zdjęcie główne: Xi Jinping, ilustracja Michinoku/Shutterstock.com