1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

W jeden związek zawodowy połączyli się dostawcy jedzenia, kierowcy i programiści. "Wszystkich łączą te same problemy"

Idzie zmiana na rynku pracy programistów. Nie tylko chcą większej stabilności zatrudnienia, ale coraz częściej zwracają uwagę też na etykę. - Nie chcą robić rzeczy niegodziwych, antywspólnotowych, pracować przy wątpliwie etycznych projektach czy dla firm, które nie zwracają uwagi na kwestie humanitarne, co ostatnio w kontekście wojny w Ukrainie i obecności firm w Rosji jest szczególnie aktualne – mówi Katarzyna Kosakowska, wiceprzewodnicząca Komisji Krajowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Samozatrudnionych "wBREw".

W związek zawodowy połączyli się dostawcy, kierowcy i programiści

W teorii prowadzą własny biznes, a w praktyce są ekonomicznie zależni od często jedynego zleceniodawcy. Tysiące polskich samozatrudnionych, w tym trzy tysiące programistów, wstąpiło do związku zawodowego i zaczyna walkę o własne prawa.

Katarzyna Kosakowska, wiceprzewodnicząca Komisji Krajowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Samozatrudnionych "wBREw" w rozmowie z magazynem Spider’sWeb+ wyjaśnia, po co związek zawodowy osobom, które w teorii prowadzą własny biznes; dlaczego zrzeszają się nawet programiści, których branża określana jest niczym pracownicze eldorado; jak wygląda ciemniejsza strona medalu świata IT. 

Fot. shutterstock.com/ Popartic
Fot. Popartic / Shutterstock.com

Po co samozatrudnionym związek zawodowy? Czy nie powinni o wszystko walczyć sami?

Katarzyna Kosakowska: Wręcz przeciwnie. Związki zawodowe są im potrzebne, aby odnaleźć wspólnotę, która pozwoli im razem chronić swoje prawa. Choć samozatrudnieni to bardzo niejednorodna grupa, to łączy ich na pewno wspólne doświadczenie związane z pracą.

Przez lata samozatrudnieni nie mogli się zrzeszać w związkach zawodowych. To zmieniło się dopiero za sprawą wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a państwa związek powstał we wrześniu zeszłego roku. Ilu członków udało się państwu zgromadzić przez te pół roku?

Rzeczywiście, dopiero wyrok TK umożliwił samozatrudnionym organizowanie się w związkach, ale niestety, wdrożenia tego wyroku dokonano z niepełnym uwzględnieniem specyfiki pracy samozatrudnionych, co utrudnia zakładanie i działanie związku. Ale mimo to udało nam się powstać, a dziś zrzeszamy ok. 20 tysięcy osób.

20 tysięcy?! W pół roku? To rzesza ludzi!

Tak, ale to nie są wyłącznie samozatrudnieni. To także osoby, które wypychane są na śmieciówki, czyli takie, które zamiast umowy o pracę mają np. umowę-zlecenie czy o dzieło. Z naszej perspektywy ta ostatnia forma zatrudnienia wypacza się coraz mocniej. Mamy nawet przypadki osób na dziele pracujących w ubojniach, przy rozbiorze mięsa.

Czyli są u państwa z jednej strony samozatrudnieni, czyli osoby wypchnięte na jednoosobową działalność gospodarczą, z drugiej te na śmieciówkach.

Tak. Mamy "przedsiębiorcze" osoby sprzątające, mamy zleceniobiorców, którzy pracują np. w wariancie 1/10 etatu, a reszta na zleceniu, co częste w branży transportowej. Mamy sporą grupę informatyków. I te wszystkie osoby, choć z różnych grup zawodowych, branż, także narodowości, bo mamy sporo obcokrajowców, łączy potrzeba walki o swoje prawa.

Jakie to wspólne prawa? W końcu co innego sprzątaczka na umowie-zleceniu, a co innego świetnie opłacany programista, któremu po prostu opłaca się mieć JDG.

Trochę ich różni, ale są sprawy wspólne dla wszystkich. Na pierwszy plan wybija się stabilność zatrudnienia. To łączy zarówno sprzątaczkę na umowie-zleceniu, jak i samozatrudnionego programistę na B2B. A więc dołączając do związku, przede wszystkim chcą walczyć o stabilność zatrudnienia, bez której trudno budować teraźniejszość, nie mówiąc o przyszłości. Po drugie, upominają się o ucywilizowanie sposobu, w jaki świadczą pracę. Chcą normowanego czasu pracy, zachowania balansu między pracą a życiem zawodowym w sytuacji, gdy trzeba pracować często po 12 czy 14 godzin dziennie, bo akurat jest coś pilnego czy wydarzyła się awaria. Walczą też o podstawowe prawa pracownicze, jak płatny urlop czy płatne zwolnienie lekarskie, o którym nie ma mowy na samozatrudnieniu czy "śmieciówce". Kolejna rzecz to emerytura, o której wielu aż boi się myśleć. Nawet jeśli dziś zarabiają nieźle, to przy płaceniu minimalnych składek ich emerytura nijak nie będzie oddawała zarobków z czasu aktywności zawodowej.

fot. Andrey_Popov / Shutterstock.com

To dotyczy także freelancerów, tłumaczy, dziennikarzy, którzy na co dzień żyją ze zleceń od różnych pracodawców. Kiedy wszystko idzie dobrze, to jest dobrze, ale kiedy przychodzi kryzys, jak w pandemii, gdy te zlecenia nagle zupełnie się urwały, to jest dramat. Te osoby w pandemii często przeżywały gehennę, nie mając choćby minimalnego zabezpieczenia zdrowotnego czy finansowego.

Takie osoby pandemia zbliżyła. Uświadomiła, że potrzebna jest im reprezentacja. Zrozumieli, że potrzebują kogoś, kto będzie mówił w ich imieniu, bo dotąd ich głos nie był właściwie słyszalny.

Pandemia wielu ludzi przekonała do tego, że stabilność jest bardzo ważna, a tej w samozatrudnieniu często brakuje.

Mówimy o tym od dawna, ale nadal do wielu nie dociera to, że nie są żadnymi przedsiębiorcami, jeśli sami nie wymyślają sobie pracy, sami jej nie tworzą. Jeśli wykonuję pracę dla kogoś, to jestem zależny ekonomicznie. Nie jestem żadnym samozatrudnionym, bo wyklucza to ekonomiczna niesamodzielność. Takie osoby nie są przedsiębiorcami w tradycyjnym rozumieniu, lecz świadczą usługi. To pokazuje, że lwia część samozatrudnionych na JDG jest wprost wypaczeniem rynku pracy. Trzeba to podkreślać, że to wypaczenie, które często nam umyka w tym micie bycia przedsiębiorcą.

Mówi pani, że to nie dociera, ale do kogo? Do tych samozatrudnionych? Nie widzą tego, że mając np. jednego dużego zleceniodawcę, są kompletnie od niego zależni?

Nie dociera do nich, ale też szerzej do opinii publicznej. Przede wszystkim jednak nie dociera do tych, którzy mają wpływ na kształt naszego prawa, obowiązujących przepisów. My im mówimy, że to jest iluzja, fejk, a przy tym emerytalna bomba z opóźnionym zapłonem, która wszystkim nam niedługo wybuchnie w twarz.

Emerytury to jedno, ale co jeszcze łączy samozatrudnionych? Postulują państwo o wakacje dla samozatrudnionych. Kto miałby im za ten urlop płacić?

Dziś samozatrudnieni nie mają oczywiście możliwości, aby pójść na płatny urlop, jak pracownik na umowie o pracę. I owszem, często stawia im się zarzut, że skoro tak ładnie optymalizują sobie podatki i obciążenia, to musi być tego jakiś koszt. My twierdzimy, że tak nie może być, bo to nie jest dobre ani dla tych samozatrudnionych, ani dla systemu, który będzie potem obciążony chorymi ludźmi, którzy przez lata nie mieli urlopu. A brak odpoczynku bezpośrednio zwiększa ryzyko ciężkich chorób. Za ich leczenie, renty i tak zrzucimy się jako społeczeństwo, więc coś trzeba z tym zrobić.

Fot. Fulltimegipsy / Shutterstock.com

Co zatem zrobić?

Wakacje dla samozatrudnionych, w przypadku JDG, mogłyby polegać na tym, że przez pewien okres, np. 2 tygodni czy miesięcy w roku, nie odprowadzaliby składki ZUS. Nie mówimy, że mają mieć płatny urlop, ale chcemy choć trochę im ulżyć, aby pozwolili sobie na odpoczynek.

Wśród państwa członków są ludzie z branży IT. Dla wielu może wydawać się to zaskakujące. W końcu na rynku pracy to elita. Ciągle słyszymy, że niektórzy dostają po kilka ofert pracy dziennie, a ich zarobki sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. To firmy się o nich zabijają, więc po co oni się zrzeszają?

Po pierwsze, pracownicy z szeroko pojmowanej branży IT to niejednorodna grupa, na jaką wygląda w publicznym przekazie. Nie są to wyłącznie ci, którzy zarabiają krocie. Tacy oczywiście są, ale to śmietanka IT, o której słyszymy w mediach i która rzeczywiście ma się świetnie, może stawiać wygórowane warunki pracodawcom. Ale poza nimi istnieje też duża grupa informatyków, programistów niższego szczebla, serwisantów itd., którym już tak różowo nie jest. I tacy ludzie zgłaszają się do nas. Niezależnie jednak, czy to pracownicy niższego szczebla, czy śmietanka, wszystkich łączą te same, wspomniane wcześniej problemy. Tyle że ci drudzy osładzają je sobie wysokimi zarobkami.

Chwileczkę. Burzy pani właśnie pewien mit mówiący, że branża IT to eldorado oraz kraina mlekiem i miodem płynąca.

To tylko jedna strona medalu. Druga to pracownicy, którzy nijak nie pasują do tego medialnego obrazu bananowego życia w branży IT. To osoby wypchnięte na fikcyjne samozatrudnienie, pracujące poprzez pośredników i im oddające część nie tak wysokich jak u elity zarobków. Pracują od zlecenia do zlecenia, bez pewności, że ta praca będzie jutro. To raczej niższy szczebel drabiny. Wyrobnicy pracujący trochę jak przy taśmie produkcyjnej, nie mogący liczyć na stabilność zatrudnienia czy płatny urlop i L4. Owszem, ofert pracy mają bardzo dużo, ale to zwykle zlecenia projektowe na miesiąc albo dwa. Między innymi dlatego rotacja w tej branży jest olbrzymia, co jest jej potężną bolączką.

To ile osób z tych 20 tysięcy członków państwa związku "wBREw" wywodzi się ze świata IT?

To ok. 3 tysięcy osób. To szeroka grupa, ale wielu z nich doskwiera ten brak stabilności, więc nie jest tak dobrze, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka zdawać. Lwia ich część to ludzie, którzy są tak naprawdę pracownikami tymczasowymi.

Na Zachodzie świetnie opłacani programiści, inżynierowie też decydują się działać, zakładają związki zawodowe, jak rok temu w Google. Ale walczą przede wszystkim o ważne dla nich wartości. Widzi pani coś podobnego w Polsce?

To dostrzegalny, ale dopiero kiełkujący trend. Również ludzie z naszej branży IT mają oczekiwania niebezpośrednio związane z wysokością wynagrodzenia. Ważna dla nich staje się cała sfera wartości, aby np. przedsiębiorstwo rozwijało się w sposób zrównoważony. Coraz więcej z nich nie chce robić rzeczy niegodziwych, antywspólnotowych, pracować przy wątpliwie etycznych projektach czy dla firm, które nie zwracają uwagi na kwestie humanitarne, co ostatnio w kontekście wojny w Ukrainie i obecności firm w Rosji jest szczególnie aktualne. Spora grupa, szczególnie młodych, zaczyna myśleć już nie tylko o tym, co jest na koncie bankowym, ale także o tym, w jakim kierunku zmierza rzeczywistość i chce mieć na nią wpływ.

Nie boją się, że kiedyś zastąpi ich sztuczna inteligencja? Program, który być może sami napiszą?

My takich obaw nie dostrzegamy. Jeśli już, to raczej u osób ze świata poza IT. Natomiast w tej branży nie ma takich obaw, bo to chyba jeszcze nie ten czas, aby sztuczna inteligencja czy automatyzacja pozwalała na pełną zastępowalność.

A czy samozatrudnieni, członkowie związku – mówiąc szerzej nie tylko ci ze świata IT – nie boją się, że zleceniodawca po prostu nie da im nowego zlecenia, gdy dowie się, że są w związku?

To oczywiście możliwe i przed tym ostrzegamy naszych członków, ale przynależność do związku może, ale nie musi być natychmiast ujawniana. Raczej doradzamy ścieżkę, aby ten pierwszy etap, kiedy zyskujemy siłę, przejść w miarę po cichu. A gdy zyskamy siłę, większą liczbę członków, to wtedy odkrywamy karty i mówimy: jesteśmy. Od teraz musicie z nami niektóre decyzje konsultować. To oczywiście nie niweluje ryzyka np. wypowiedzenia umowy o współpracy, ale to już gra na innym szczeblu, kiedy okazuje się, że jakiś istotny odsetek ważnych zleceniobiorców należy do związku. Ich nie tak łatwo zastąpić, a więc i zwolnić. Jednej osoby dużo łatwiej się pozbyć, wielu niekoniecznie.

A tacy członkowie związku są w jakiś szczególny sposób chronieni jak w tradycyjnym związku przy umowie o pracę? Wówczas nie tak łatwo zwolnić działacza związkowego. Oczywiście można, ale sprawy często kończą się przegraną przed sądem.

Tylko na rozstrzygnięcie sądu czeka się kilka lat. Ale tak, tutaj z pozoru też nie jest tak łatwo zwolnić człowieka za działalność związkową. Aczkolwiek jeszcze nie testowaliśmy takiego rozwiązania. Samozatrudnieni mogą się zrzeszać od 2019 roku. Możliwe, że jeszcze takiej sprawy przed sądem nie było. Nie wiadomo więc, jaki będzie kierunek rozstrzygnięć.

Nie jesteśmy też przesadnie skłonni, aby tę drogę testować. Nie z lęku, ale staramy się rozmawiać z pracodawcą, a nie prowokować go do sytuacji, która zaprowadzi nas wszystkich do sądu.

Tradycyjny związek działający w przedsiębiorstwie ma z kim negocjować, może też wejść w spór zbiorowy, zrobić referendum strajkowe, w końcu strajk. A u państwa? Możliwy jest strajk samozatrudnionych?

Jest możliwy, choć niełatwy do zrealizowania, aby był zgodny z prawem. To jest to, o czym wspomniałam na początku naszej rozmowy. Ustawodawca umożliwił samozatrudnionym organizowanie się w związkach, ale nie do końca wyposażył ich w te same prawa i narzędzia. Nie znaczy to jednak, że samozatrudnieni nie mają prawa do strajku. Mają, ale to trudniejsze. Zasadniczo strajk odbywa się w przestrzeni przedsiębiorstwa, a więc należałoby założyć organizację związkową na szczeblu zakładowym i wtedy rozpocząć rozmowy, które mogą doprowadzić do strajku.

Jakie zmiany regulacyjne poprawiłyby sytuację samozatrudnionych? Jakiś czas temu upadł pomysł tzw. testu przedsiębiorcy, który weryfikowałby, czy mamy do czynienia z przedsiębiorcą, czy raczej osobą wypchniętą na JDG. To dobry kierunek, aby walczyć z fikcyjnym samozatrudnieniem?

Trudno powiedzieć, że samozatrudnienie jest fikcyjne, kiedy ktoś prowadzi JDG. Fikcyjne staje się dopiero, gdy wspomniana jest zależność ekonomiczna od jednego partnera. Rozwiązanie hiszpańskie czy niemieckie, gdzie są progi odpowiednio 75 i 50 proc. dochodu od jednego zleceniodawcy, to świetne przykłady.

Fot. shutterstock.com/ Evgeny Atamanenko
Fot. Evgeny Atamanenko / Shutterstock.com

To, na czym nam zależy, to rozwiązanie, które zbalansuje obciążenia i ochronę w myśl zasady: coś za coś. Albo ochrona i długi 26-dniowy urlop, albo mniejsze obciążenie i mniejsza ochrona.

Zależy nam też na rozwiązaniu kwestii umów o dzieło, umów-zleceń. To olbrzymia przestrzeń do porządkowania. Chcielibyśmy, aby osoby, które świadczą pracę w tej formie zatrudnienia, miały taką samą lub zbliżoną ochronę do tej, jaką mają pracownicy na umowach o pracę. Aby przestało być tak, że Kodeks Pracy to ekskluzywne rozwiązanie dostępne tylko dla pracowników budżetówki, a i to nie zawsze.

A jaka czeka nas przyszłość? Samozatrudnionych i osób na śmieciówkach będzie przybywać? Jednym ze zjawisk, które promuje takie formy zatrudnienia, jest praca platformowa, a ta rozlewa się na kolejne zawody.

Nie jestem optymistką, zwłaszcza w kontekście pracy platformowej, która jest absolutnym wynaturzeniem świadczenia pracy i relacji pracowniczych. Rozprzestrzenianie się tego zjawiska nie może skończyć się dobrze. Praca to nie tylko czynności, za które pobiera się wynagrodzenie. To również człowiek, który ją wykonuje. Jego życie i jego przyszłość. Towaryzacja pracy, jej dehumanizacja nie jest neutralna dla człowieka. Pociąga za sobą nie tylko postępującą dysocjację społeczną, która już sama w sobie jest zagrożeniem, ale też szereg problemów tak oczywistych jak zapaść systemu publicznego, wszelkiego rodzaju świadczeń, także emerytalnych, które będą na tyle niskie, że nie pozwolą na utrzymanie. A to oznacza, że my wszyscy będziemy musieli do przetrwania tych osób dopłacać. A czy będzie nas na to stać? Nie sądzę.

Zdjęcie tytułowe: SG SHOT / Shutterstock.com

Data publikacji: 6.05.2022