1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Zachód objaśnia nam świat. Oto jak lewica dała się omamić rosyjskiej propagandzie

W Polsce mówimy o takich per beton, zagranicą to tankies, czyli czołgi. Twittera zasypują pożyteczni idioci, na widok których Putin parska ze śmiechu i satysfakcji. Kłopot ma lewica, bo to w jej szeregach znalazło się wielu równie naiwnych, co niestety wpływowych polityków łykających bzdury rosyjskiego prezydenta.

Rosyjska propaganda. Westplainers, tankies, pożyteczni idioci

Ukrainą rządzą neonaziści i marionetki Stanów Zjednoczonych. Atak Putina został sprowokowany przez NATO i ludobójstwo w Donbasie. Rosja musiała wejść, żeby bronić swoich i uchronić Ukrainę przed dalszym staczaniem się w nazizm. Europa Środkowa i Wschodnia to w najlepszym wypadku bufor, w najgorszym ziemia przynależna Rosji, która w żadnym razie nie prowadzi imperialnej i rewizjonistycznej polityki, tylko stawia opór Amerykanom.

Nie, to nie są tylko propagandowe narracje i hasła, jakimi Kreml karmi własne społeczeństwo. Takie głosy słychać także w zachodniej (i nie tylko) lewicy. Słychać i widać je w mediach społecznościowych. Docierają nawet do prominentnych dziennikarzy i polityków z Zachodu. I są znacznie groźniejsze niż tweety botów czy banalne do rozgryzienia wpisy rosyjskich trolli.

Westplaining płynie z lewicy

Część z nich pochodzi od naprawdę szanowanych autorytetów nowej i antyimperialnej lewicy. Na przykład od greckiego polityka Janisa Warufakisa, który zainicjował powstanie lewicowej, paneuropejskiej organizacji politycznej DiEM25. Od włosko-amerykańskiej ekonomistki Mariany Mazzucato, najbardziej znanej z promowania koncepcji wpływu wydatków publicznych na gospodarkę. Ale przede wszystkim od Naomi Klein, badaczki słynnej z książek „No logo” i „Doktryna szoku”.

Niespodziewanie ci liderzy opinii w obliczu rosyjskiej inwazji zaczęli mówić Kremlem, podważać prawo Ukraińców do samostanowienia, decydowania o swoim losie i o tym, z kim chcą się sprzymierzać. Bezpośrednio jak Warufakis i pośrednio jak Klein i Mazzucato – które usunęły już swoje najgorsze tweety, ale screeny nie płoną – postulują ustanowienie Ukrainy państwem neutralnym, bo tylko wtedy Putin się uspokoi, rozwścieczony (słusznie!) przez zbliżające się do granic NATO. Najlepiej, gdyby NATO cofnęło się do granic z 1997 roku, czyli sprzed pierwszego rozszerzenia o państwa byłego bloku sowieckiego. Europa Środkowa i Wschodnia to nie są dla nich narody, które mogą podejmować własne decyzje, ale jakaś bezładna masa, którą można przesuwać w tę i we w tę. Bez problemu można poświęcić je za spokojny sen Zachodu, a co sobie ci półcywilizowani nie do końca Europejczycy myślą, to już mało ważne.

Przesadzam? Tylko trochę. Naomi Klein, rzeczniczka prawa do samostanowienia rdzennych ludów, wysłuchiwania ich racji i głosu, nie widzi problemu w dogadaniu się między potęgami nad głowami Ukraińców. Tweet, w którym szeruje analizę problemu wojny w Ukrainie właśnie w takim świetle, usunęła (zresztą po licznych głosach krytycznych, także z polskiej lewicy, w tym Adriana Zandberga), ale niesmak pozostał. 

Mazzucato jeszcze w przeddzień inwazji pytała, co by zrobiły Stany Zjednoczone, gdyby Meksyk sprzymierzył się z Rosją i też po fali krytyki go usunęła. Warufakis natomiast idzie w zaparte. Ten były minister finansów Grecji, wielki orędownik niezawisłości swojego kraju, od pierwszych strzałów w Ukrainie domaga się, by Stany i Rosja usiadły do negocjacji i dogadały się w sprawie przyszłości Ukrainy. A słowem, którego używa, jest „finlandyzacja”. Nie dociera jednak do niego, że neutralność Finlandii i to, że nie została włączona do ZSRR po drugiej wojnie światowej, było okupione poważnymi ograniczeniami wolności tego państwa, rezygnacją ze skorzystania z Planu Marshalla, a i tak przecież poprzedziła ją wojna zimowa. Gdy Warufakisowi tłumaczą to i fińscy socjaliści, i były premier Finlandii, ten ich zbywa. To on ma rację, a nie mieszkańcy regionu.

Takich przykładów jest więcej: od Jeremy'ego Corbyna (byłego przewodniczącego Partii Pracy), przez Progressive International (międzynarodowa organizacja zrzeszająca lewicowych działaczy) i wspomniane DiEM 25, po Evo Moralesa, boliwijskiego lidera Ruchu na Rzecz Socjalizmu.

Pojawiło się już określenie na takie działania – westplaining. Od znanego już terminu mansplaining ukutego przez Rebeccę Solnit w eseju „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Wygląda na to, że takie podejście to jednak i tak tylko wierzchołek góry lodowej.

Czołgi rozjeżdżają Waszyngton

Ostatnie dni spędziłem w prawdziwych czeluściach Twittera, wśród tankies, po naszemu czołgów. Tak jak na skrajnej prawicy w sieci aktywnie działa alt-right, tak tankies są dziś najbardziej skrajnym odłamem lewicowych sieciowych aktywistów. Pierwszy raz ten termin pojawił się w 1956 roku w środowisku brytyjskiej partii komunistycznej, której twardogłowi członkowie poparli sowiecką inwazję na Węgry. Powrócił 12 lat później wraz z inwazją wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

Zatwardziali brytyjscy antyrewizjonistyczni marksiści-leniniści dziś znajdują się na marginesie życia publicznego. Ale określenie przetrwało i okazuje się być idealne do opisania postaw nowych pokoleń z dumą głoszących, że Stalin nie zrobił nic złego, Finlandia powinna była oddać ZSRR tereny, a wtedy by nie wybuchła wojna zimowa, Hołodomor to nazistowski fejk, a rozpad Związku Radzieckiego to największa tragedia w najnowszej historii świata. To, co łączy ich z westsplainerami, to radykalny antyamerykanizm. Każda walka ze Stanami Zjednoczonymi jest antyimperialistyczna, a więc uzasadniona. Rosja i Chiny nie mają żadnych imperialnych ambicji. Żadnych. Po prostu nie chcą być pionkami Waszyngtonu w jednobiegunowym świecie i nigdy, przenigdy nie wywołały żadnej wojny. A kto uważa inaczej, jest kapitalistycznym sługusem, trollem, reakcjonistą, którego w nowych, socjalistycznych czasach czeka kulka w łeb. Rewolucja musi być krwawa i okupiona cierpieniem burżuazji.

Z drugiej strony część zachodnich tankies promuje bardzo progresywną agendę – od walki o prawa osób trans po prawa zwierząt. Samostanowienie narodów? Tak, bo tak powiedział Lenin, ale już niekoniecznie tych w Europie Wschodniej.

Wśród czołgów jest też frakcja maoistyczna, dla której wzorem nie jest Związek Radziecki, ale Chiny z okresu rewolucji kulturalnej. To w Państwie Środka widzą zalążek światowej rewolucji – Globalne Południe zrzuci jarzmo zachodniego kolonializmu i razem z Chinami stworzy nowy wspaniały świat. Na trupie zachodu, rzecz jasna.

– W najlepszym wypadku jest to ignorancja. W najgorszym, świadome wypaczenie rzeczywistości. [Tankies] żyją w świecie własnych fantazji. Myślą, że każdy światowy problem ma coś wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi, wierzą, że próby zmian władzy czy protesty są prowadzone przez amerykański rząd. W tym sensie wierzą, że walczą z imperializmem, całkowicie lekceważąc ironię swoich działań – mówiła Sophie Mak, hongkońska aktywistka na rzecz demokracji w wywiadzie dla „The Diplomat”.

Czy to marginalne zjawisko? Nie tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. 

Bańki wzmocnień przekazu 

Tankies, westplainerzy i inne podobne „lewicowe” grupy korzystają z mechanizmu mediów społecznościowych, który niebezpiecznie pomaga w rozprzestrzenianiu skrajnych koncepcji: baniek informacyjnych. Algorytmy są tak skonstruowane, że gdy trafi się na jedną skrajną opinię, zaraz pojawiają się wzmacniające przekaz głosy. Niektóre konta tankies to dość świeża sprawa, inne sieją propagandę od dawna, przygotowywały grunt do obecnych, wzmożonych działań.

To skomplikowany system, w którym obok siebie występują anonimowi „rewolucjoniści”, partie komunistyczne z całego świata – od Kanady i Stanów Zjednoczonych po Sudan – oraz „niezależni, niepokorni dziennikarze”.

Dobrym przykładem, jak działa ten mechanizm echo chamber, jest zwrot #AbolishNATO propagowany przez tankies i ich sojuszników. Sprawiają wrażenie, że to ruch masowy. Czołgi powielają nie tylko informacje z rosyjskich – przede wszystkim RT (Russia Today) – i chińskich państwowych mediów, ale również z Press.tv, irańskiej, anglojęzycznej rządowej stacji. Nie tylko je retweetują, ale aktywnie komentują, włączają do własnej narracji. Dobrym przykładem wpływowego czołga jest Rainer Shea, który sam o sobie pisze, że jest marksistowsko-leninowskim analitykiem, obnażającym kłamstwa imperialnego zachodu.

Wrażenie wszechobecnej narracji na rzecz Rosji wzmacniają anglojęzyczni dziennikarze pracujący dla RT, CGTN czy mediów powiązanych z rosyjską i chińską propagandą w sposób mniej oczywisty, tak jak „antyimperialistyczne” Mango Press (których aktywność na Twitterze od początku rosyjskiej inwazji składa się wyłącznie z pochwał dla dzielnych rosyjskich wojaków oraz donieckich i ługańskich separatystów) czy The Grayzone.

Przekaz takich osób, jak Anya Parampil (68,5 tys. obserwujących), George Galloway (325 tys.), Aaron Mate (195 tys.), Afshin Rattansi (25 tys.), Caitlin Johnstone (106 tys.), Benjamin Norton (186 tys.) jest bardzo spójny, prawie zunifikowany, bardzo bliski anonimowym czy mniej popularnym tankies. Krąży wokół takich narracji: od 2014 r. Ukrainą rządzą neonaziści i krwawe marionetki Stanów Zjednoczonych, w Donbasie popełniają zbrodnie ludobójstwa, Euromajdan to sponsorowany przez Amerykanów przewrót, a ostatecznym celem tej wojny są Chiny.

W swoich tweetach mieszają ordynarne fejki z półprawdami i rzeczywistymi faktami, ale pokazanymi tak, żeby przedstawić Zachód i Ukrainę w jak najgorszym świetle. Dochodzi do tego antysystemowa narracja: „otwórz oczy, twój rząd cię okłamuje, nie daj się owczemu pędowi, nie wierz w to, co pokazują media (zachodnie)”. Podważają zaufanie do autorytetów, budują nowe. Popularnym motywem jest, że nie warto umierać za Kijów, nie warto ryzykować nuklearnej zagłady za jakiś kawałek ziemi. Caitlin Johnstone pisze o tym właściwie bez przerwy od kilku dni, nieświadomie parafrazując przedwojenne „nikt nie będzie umierał za Gdańsk”.

Geopolityczny whataboutism

Do tego dochodzi stary, dobry whataboutism – co z tego, że Putin spuszcza na Ukraińców bomby kasetowe, Amerykanie robili to samo; gdzie byłaś, gdy Amerykanie najechali Afganistan i Irak, dlaczego wtedy nie protestowałaś? Jesteś rasistką i faszystką, imperialnym pachołkiem. Ci niezależni dziennikarze i tankies często wchodzą w interakcję ze sobą, łatwo więc trafić na kolejne matrioszki, które w oczach odbiorcy uprawomocniają przekaz. 

Cel jest prosty – sianie dezinformacji, zmniejszanie morale, podważanie zaufania do informacji z innych źródeł. Skoro wszyscy kłamią, to nie wiadomo, co jest prawdą. Do tego wszyscy z nich są przecież antywojenni, walczą z imperializmem.

Wśród tej galerii często groteskowych postaci wybija się – jest to osiągnięcie – Pepe Escobar, brazylijski dziennikarz i „eurazjatycki analityk”, jak sam się określa. Autor kilku książek poświęconych Azji Środkowej nadaje z drugiej strony lustra. 40 tysięcy jego followersów może przeczytać, że sankcje nałożone na Rosję wcale jej nie złamią, tylko jej pomogą. Putin, mistrz szachowy jest na wszystko przygotowany, to Zachód sam się odcina od Rosji, która wreszcie będzie mogła bez przeszkód współpracować z Chinami, Mongolią i całą Azją. Zamknięcie cieśnin przez Turcję to sukces Rosji – wbrew zachodniej propagandzie – bo rosyjskie statki już są na Morzu Czarnym. Rosjanie w zasadzie już podbili Ukrainę, a odłączenie od SWIFT to kolejne zwycięstwo Rosji i Chin. Do tego Putin wysłał Kadyrowców, swoich Fremenów, by zrobili porządek z ukraińskimi nazistami. Ach, zapomniałbym, Rosja już wygrała, Zachód przegrał.

W tym środowisku spędziłem cztery dni, zrobiłem nawet twitterową listę kont, które najszerzej i najmocniej szerzą narracje, które opisałem. To ważny element wojny informacyjnej. Antyimperializm jest fundamentem lewicy, a jej zachodni przedstawiciele wroga widzą u siebie, w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, NATO i Unii Europejskiej, dlatego tak łatwo łykają prorosyjską propagandę. 

Jak z tym walczyć? Z tankies nie ma sensu, próbowałem im tłumaczyć – zresztą nie ja pierwszy – naszą perspektywę, a dowiedziałem się, że jestem rasistą, nazistą i rewizjonistą. Jest nadzieja, jeśli chodzi o westplainerów. Partia Razem w odpowiedzi na pojawiające się w pierwszych dniach skandaliczne wypowiedzi przedstawicieli zachodniej lewicy wystosowała list otwarty, w którym tłumaczy swoje stanowisko. Przynajmniej częściowo podziałało. Youtuber i felietonista Guardiana Owen Jones przeprosił za swoje tweety, zrozumiał naszą perspektywę. A Jonesa na samym Twitterze obserwuje milion użytkowników – to o wiele więcej niż prominentne czołgi bezwzględnych prorosyjskich propagandzistów. 

Michał Wieczorek – pisze przede wszystkim o muzyce i nowych mediach. Publikował m.in. w Dwutygodniku, Czasie Kultury, „Gazecie Wyborczej”, The Calvert Journal i „Polityce”.

Zdjęcie tytułowe: Paul Craft / Shutterstock