SW+

Media żywią się nienawiścią. Zarabiają na niej i z niej kreują polityków. Nawet Trumpa

 - Jest taka obiegowa opinia, że Trump wygrał dzięki Twitterowi. To kompletna bujda i mit - mówi Łukasz Pawłowski, współautor „Podkastu Amerykańskiego” - Wygrał dzięki mediom, które go wylansowały. 

Joe Biden wygrał a liberalny świat odetchnął z ulgą. Jednak zwycięstwo Bidena może być tylko krótkim oddechem przed całkowitym zanurzeniem w otchłań. Porażka Donalda Trumpa nie rozwiązuje przecież wszelkich amerykańskich chorób i patologii. Co więcej skierowała oczy świata także na rolę mediów. Mediów, które teraz zaczęły Trumpa za kłamstwa zdejmować z anteny, ale które wcześniej goniąc za coraz większymi zyskami wyniosły go do władzy. 

Pogłębiającą się z każdym rokiem degradację amerykańskich mediów w książce „Nienawiść sp. z o.o.” doskonale opisuje Matt Tabbi. Dziennikarz publikujący m.in. w „Rolling Stone” na kolejnych przykładach pokazuje, jak współczesne telewizje informacyjne, gazety i portale niszczą swoich odbiorców. Karmią ich lękiem, pogłębiają podziały i stają się śrubką w ogromnej politycznej machinie zapominając czemu i komu powinni właściwie służyć.

Matt Taibbi jest uznanym, choć kontrowersyjnym reporterem i publicystą. Od lat zajmuje się opisywaniem polityki wewnętrznej USA i świata finansów. Mimo, że sam też jest umoczony w taki system działania mediów, to potrafi krytycznie spojrzeć na swoje środowisko; dziennikarzy, producentów i wydawców.

Jakie mechanizmy opisuje Taibbi? Polaryzację amerykańskich mediów, które pogłębiają różnice między siedzącymi w okopach plemionami. To jak media nie zajmują się wnikliwym i krytycznym dziennikarstwem oraz dostarczaniem rzetelnych i zróżnicowanych informacji, lecz tworzeniem treści dopasowanych pod polityczny klucz i aktualną narrację. Treści, które mają być odczytane tak, jak to zaplanowano.

Taibbi dowodzi, że obie strony barykady mają swoje media (telewizje, gazety itd.), których głównym zajęciem jest obecnie transmitowane przekazów dnia, co gorsza także w materiałach udających poważne dziennikarskie śledztwa, a w rzeczywistości będących celowymi przeciekami np. ze służb specjalnych czy wprost od polityków. Efekt? Podzielone społeczeństwo. „Im bardziej podzieleni jesteśmy jako naród, tym bardziej bezsilni politycznie się stajemy” – pisze Taibbi.

Co więcej to nakręcanie negatywnych emocji i ludzi przeciwko ludziom przynosi wymierne korzyści finansowe a biorące w tym udział koncerny prasowe czy telewizje jak „Fox News” zarabiają miliardy dolarów. Autor „Nienawiści” podkreśla, że podsycanie wzajemnych leków i nienawiści jest niejako nową nieformalną misją mediów, które są przecież biznesami i zgodnie z logiką wolnego rynku mają zarabiać. Im więcej, tym lepiej. A to w jaki sposób i jakimi metodami zapewne nie interesuje ich właścicieli dopóki skrzeczące sumienie mogą zagłuszyć potokiem szeleszczącej gotówki. 

Kolejnym mechanizmem, który opisuje Taibbi jest wykorzystanie chwytów zaczerpniętych wprost z rozgrywek sportowych. Taibbi udowadnia, że sformułowania używane wcześniej w relacjach walk bokserskich czy we wrestlingu świetnie sprawdziły się w opisywaniu polityki, w szczególności kampanii wyborczych. Stąd te wszystkie „znokautowania oponenta” czy „cios poniżej pasa”. Pokazuje też, że odbiorcy zostali wręcz wytresowani tak, aby rozumieli politykę, jak pojedynek lokalnych drużyn sportowych, którym trzeba bezkrytycznie kibicować, „bo są nasi”.

W tej rzeczywistości plemiennej wojny, gonieniu za sensacją i zyskami świetnie przed czterema laty odnalazł się Donald Trump. Taibbi opisuje, że początkowo był tylko ciekawostką. Następnie kandydatem, którego warto śledzić, bo zawsze chlapnie coś kontrowersyjnego, co przekłada się na oglądalność a więc i wyższe zyski. A potem został wylansowany tak mocno, że stał się pretendentem do urzędu prezydenta, więc trzeba go śledzić ze względu na dobre wyniki sondaży. Aż w końcu został wybrany głową państwa, choć zamiast do gabinetu owalnego powinien trafić do więzienia za różnego rodzaju oszustwa.

Czytając wiwisekcję amerykańskich mediów nie sposób odnieść wrażenia, że wszelkie te mechanizmy brzmią znajomo. Autor książki „Nienawiść sp. z o.o.” pisze wprawdzie o Stanach Zjednoczonych, ale jego opowieść jest uniwersalna. Kiedy przez jej pryzmat spojrzymy na polskie media, to trudno nie dostrzec tu wielu podobieństw, choćby w działaniach najważniejszych stacji telewizyjnych czy największych tytułów prasowych. I dlatego warto po nią sięgnąć, bo takiej opowieści o naszych mediach wciąż nie ma, a szkoda.

„Nienawiść sp. z o.o.. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem”, Matt Taibbi. Wydawnictwo Czarne, 2020.
Książka dostępna w wersji papierowej i jako e-book. 

- Polsat zaprosił Kaję Godek  i Krzysztofa Śmiszka. Dyskusja wyglądała tak, że Godek mówiła, że geje gwałcą dzieci a Śmiszek, który sam jest homoseksualistą bronił się to nieprawda. Przecież to jest chore - Łukasz Pawłowski ostro podsumowuje to jak nie tylko amerykańskie ale i polskie media same nagłaśniają i kreują populizm w polityce.

Joe Biden wygrał, a liberałowie na całym świecie, także w Polsce, odetchnęli z ulgą jakby wszystko miało być jak dawniej. Będzie?

Oczywiście, że nie. Mleko się rozlało. Można oddychać z ulgą, cieszyć się, że prezydentem USA zostanie człowiek, który komunikuje jakimi problemami się zajmie, obiecuje że zatrudni specjalistów np. do walki z pandemią. To wszystko działa kojąco, ale nie tak łatwo wrócić do czasów sprzed Trumpa. On pokazał, że można zhakować system a politykę da się robić zupełnie inaczej, przesuwając kolejne granice i niszcząc fundamentalne normy.  

Zwycięstwo Bidena i Demokratów oznacza, że odrobili lekcje? Wiedzą dlaczego przegrali w 2016 roku? Czy po prostu mieli trochę „szczęścia” z pandemią, która ujawniła wewnętrzne problemy USA?

To nie jest banda głupich ludzi, którzy nic nie widzą i niczego nie rozumieją. Demokraci dostrzegli swoje błędy. Dlatego Joe Biden oparł swoją kampanię na tym, że wychował się w małym mieście w Pensylwanii, Scranton. Niemal w każdym przemówieniu powtarzał, że jest dzieckiem klasy robotniczej. Podkreślał, że wychował się w etosie pracy, która nie jest tylko sposobem na zarabianie pieniędzy, lecz także elementem budowania godności. Ale oczywiście pandemia też pomogła Demokratom. 

Jednak przegrał Trump, który cztery lata temu doszedł do władzy nie przez przypadek.

Teraz też miał szansę na wygraną. Jednak ważniejsze od tego, dlaczego wtedy mu się to udało jest to jakim cudem on przez 40 lat swojej działalności nigdy nie został skazany? Przecież on miał tysiące procesów za setki oszustów, których się dopuścił, jak choćby te dotyczące niewypłacenia wynagrodzeń nielegalnym imigrantom z Polski, których zatrudnił przy pracach nad Trump Tower w Nowym Jorku. Był oszustem, a jednocześnie był członkiem elit. Sam mówił, że kupił sobie obecność Clintonów na swoim weselu. Nie wiem czy to prawda, ale faktem jest, że oni na tym przyjęciu byli. To niepojęte że nie poniósł żadnych poważnych konsekwencji swoich praktyk. Ważniejsze od tego, że został prezydentem jest fakt, że nie został ukarany więzieniem czy choćby solidną grzywną, a ma wiele na sumieniu i wszyscy o tym wiedzieli. Znali jego oszustwa biznesowe, seksizm, rasizm. I nic.

W książce „Nienawiść sp. Z o.o” Matt Taibbi pisze, że stało się tak, bo amerykańskie media nie mogły mu się oprzeć. Był gwarancja wysokiej oglądalności, więc go pokazywały. W ten sposób go wylansowały. Jak to możliwe, że media promowały osobę, która powinna trafić raczej do więzienia niż do Białego Domu?  

Jest taka obiegowa opinia, że Trump wygrał dzięki Twitterowi. To kompletna bujda i mit. Kiedy startował miał mniej niż 50 mln followersów, a Obama 80 mln. Dziś Trump ma 89, a Obama 126. Jeśli Twitter byłby czynnikiem decydującym, to Demokraci nie powinni stracić władzy. Tylko, że to nie Twitter zdecydował, ale właśnie tradycyjne media, które podbijały prawie każdy tweet Trumpa. Matt Taibbi świetnie opisuje ten mechanizm na przykładzie tweetów Trumpa, który pisał, że w 2008 roku w wyścigu o nominację partii Demokratycznej Hillary Clinton została „wydymana”. Media natychmiast to podchwyciły. Zrobiły całą dyskusję czy Trump miał prawo użyć takich słów, co one dokładnie znaczą, jakie niosą konsekwencje. Ludzie ze sztabu Clinton opowiadali jakie to obrzydliwe i rasistowskie, bo potem Trump dodał, że Hillary została „wydymana przez Obamę”, a to dodatkowo uruchomiało stereotyp czarnoskórego przestępcy seksualnego. Dyskusja trwała, a media dawały głos Trumpowi. Sprawiły, że ludzie nie mogli o Trumpie nie usłyszeć. I na tym polega hakowanie tego systemu. On nie wygrał dzięki Twitterowi, ale dzięki mediom, które mówiły o jego wybrykach, bo to zwiększało oglądalność.

Gdyby media nie lansowały tak Trumpa to nie zostałby prezydentem?

Trudno gdybać, ale mechanizm był prosty. Najpierw mówiono o nim jako o ciekawostce, bo dobrze się sprzedawał. Potem zaczął rosnąć, więc mówiono o nim, bo stawał się poważnym graczem, co też oburzało. A później jak już został prezydentem, to mówiono o nim, bo przecież jest prezydentem. Ujawnia się tu fundamentalny spór o rolę mediów. Czy mają być tylko pasem transmisyjnym czy powinny selekcjonować informacje? Zresztą zawsze selekcjonują. Przecież nie pokazują wszystkiego, bo to niemożliwe. Zawsze trzeba coś wybrać i wybrały Trumpa. Gdyby go tak nie lansowano, to miałby trudniej. Nawet przemawiając na największym wiecu dotarłby do góra 30-40 tysięcy osób jednocześnie. A do wygrania wyborów potrzeba około 70 mln głosów.

Ta ślepa pogoń mediów za sensacją wynika przecież z chęci zysków. Taibbi stawia tezę, że to ich nowa misja. 

Tak wygląda ich nowy model biznesowy. Media przedstawiają politykę jako walkę dwóch sił: dobra i zła. Pod przykrywką dbania o sprawiedliwość uważają, że ich obowiązkiem jest dopuszczanie do głosu wszystkich. Tymczasem tak nie jest.   

Także w Polsce. Weźmy przykład Polsatu, który w prime time zaprosił do studia Roberta Bąkiewicza, głównego organizatora Marszu Niepodległości, w czasie którego demolowano miasto, dokonano podpaleń i atakowano policjantów.

Co więcej Konrad Piasecki z TVN napisał, że trzeba zapraszać wszystkich. Także tych, z którymi się nie zgadzamy. Jasne, tylko zapraszając kogoś takiego legitymizujesz jego poglądy. Kilka dni temu wspomniany Polsat zaprosił Kaję Godek  i Krzysztofa Śmiszka. I ta dyskusja wyglądała tak, że Godek mówiła, że geje gwałcą dzieci a Śmiszek, który sam jest homoseksualistą bronił się to nieprawda. Przecież to jest chore.  

Owszem trzeba zapraszać różnych ludzi, ale trzeba mieć świadomość, że to kogo zapraszamy ustawia dyskusję. A niektórych poglądów po prostu nie należy dopuszczać, bo opierają się na kłamstwie. Równie dobrze do dyskusji o pandemii można zaprosić Edytę Górniak, która twierdzi, że w szpitalach leżą statyści, i lekarza epidemiologa. Jaki to ma sens?

Podobne rozmowy już w polskich mediach były…

Tak. To odnoszę się do rozmowy z „Pytania na Śniadanie” w TVP, gdzie lekarz spierał się z mistrzem windsurfingu o to czy pandemia to oszustwo. Przecież to kompletny absurd! Takie dyskusje powinny opierać się na podstawowej zasadzie polegającej na tym, że owszem możemy się różnić, ale zgadzamy się co do pewnych faktów. Możemy nie zgadzać się co do tego, jak walczyć z pandemią. Czy lepszy jest model szwedzki czy lockdown, ale musimy zgadzać co do podstaw, że pandemia jest groźna i trzeba z nią walczyć. A jak zaprasza się kogoś, kto zaprzecza niepodważalnym faktom, to dyskusja przestaje mieć sens. 

Oponenci takiej postawy jednak twierdzą, że dziennikarz powinien dać każdemu głos, a potem wykazać kłamstwa zaproszonego gościa. 

Tak, można wykazać że Kaja Godek kłamie i nie ma żadnych dowodów, że geje jakoś zagrażają dzieciom. Ale wykazanie kłamstwa nie ma już żadnego znaczenia. Tu dobrze wrócić do Trumpa. Kiedy dziś kwestionuje uczciwość wyborów, nie chodzi mu przecież o to, żeby naprawdę udowodnić to, że wybory zostały sfałszowane. Nie może tego udowodnić, bo takich dowodów nie ma. Jemu chodzi o to, żeby ludzie zaczęli mieć wątpliwości.

W Polsce jest ktoś, kto wyprzedził Trumpa w takiej działalności o całe lata. To Antoni Macierewicz. Chodził po mediach i bez żadnych podstaw opowiadał, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Dziennikarze dawali mu się wypowiedzieć i proszę: przekonał 30 proc. społeczeństwa, że tam był zamach. Tak to działa. W efekcie wykazanie Macierewiczowi, że kłamie nie spełnia swojej roli. On i tak dalej będzie mówił swoje. Jak mu powiemy, że nie ma dowodów na wybuchy, to będzie mówił, że zawinili rosyjscy kontrolerzy, a jak nie oni, to że mgła. Udowodnienie kłamstwa nic nie zmienia, kiedy celem naszego rozmówcy nie jest przekonanie, że ma rację i mówi prawdę, ale wrzucenie pewnego poglądu do debaty publicznej.

Kolejnym grzechem mediów tak tych amerykańskich opisanych przez Taibbiego, jak i naszych rodzimych jest podsycanie konfliktów.

To też nie wzięło się znikąd. Przełomowe było wymyślenie formatu telewizji informacyjnej, w której przez 24 godziny na dobę trzeba podawać informacje. Szybko okazało się, że podawanie pogłębionych relacji z różnych części świata jest drogie, nikogo na to nie stać, a jednak trzeba czymś zapełnić te godziny transmisji. Zauważono, że najtańsze i najłatwiejsze jest zapraszanie tzw. ekspertów. To mało kosztuje i zapełnia czas, ale żeby ich rozmowy nie były nudne to trzeba ich jakoś zderzyć, pokazać, że toczy się tu pojedynek o fundamentalne sprawy.

Czyli trudniej i drożej jest zrobić dobry reportaż o problemie dostępu do aborcji w Ameryce Łacińskiej a łatwiej i taniej zaprosić Kajdę Godek?

Decydują pieniądze.

Kiedy zyski buduje się na konflikcie powstają dwa plemiona. Taibbi pisze nawet o dwóch sektach odbiorców zamkniętych w swoich bańkach. Czym to może grozić?

Realnym konfliktem. Stany Zjednoczone to państwo, gdzie obywatele mają miliony sztuk broni. Nietrudno sobie wyobrazić, że ktoś pęka i nakręcony wychodzi z bronią wyładować swoje emocje, co zresztą dzieje się tam regularnie. I może dziać się tak, że do ataków będzie dochodzić z powodu tego, że ktoś coś usłyszał w telewizji.

W Polsce ta plemienność mediów też jest mocno widoczna. Z każdym rokiem się zaostrza. Podziały społeczne są coraz głębsze. Nie obawiasz się, że u nas pójdzie to w podobnym kierunku co w USA? I ten rów niedługo będzie nie do zakopania.

Nie musi tak być. Może pojawić się polityk lub siła polityczna, który będzie pokazywał ludziom, że mogą być lepsi i nie będzie nawiązywać do najniższych instynktów. Te podziały nie muszą się tylko pogłębiać.

Widząc to, jak obie strony medialnej barykady okopały się w ostatnich latach mam wątpliwości.

Jak widzę to, co PiS zrobił z mediami publicznymi, to też mam dni, kiedy uważam, że trzeba je zaorać. Ale z drugiej strony, jeśli tych mediów publicznych nie będzie, to będzie wygrywać już tylko pogoń za tanim zyskiem. Dlatego mimo wszystko nie widzę innej drogi, jak właśnie przez media publiczne lub media finansowane częściowo z publicznych pieniędzy, na przykład w formie grantów na określone materiały - coś jak Polski Instytut Sztuki Filmowej dla mediów. Problem w tym, że rzetelność, obiektywność mediów opiera się na przyzwoitości i dobrej woli. Jeśli społeczeństwo zgodzi się z tym, że media publiczne są potrzebne, aby było forum gdzie da się normalnie rozmawiać i opisywać rzeczywistość, to muszą być pewne punkty bazowe, zgoda co do wspólnych faktów. Problemem są też ludzie, którzy mieliby te media nadzorować. Musieliby powstrzymać się od ich wykorzystywania we własnym interesie.

To chyba zbyt idealistyczne. Nie wierzę, że po zmianie władzy po tym co zrobił PiS np. PO się powstrzyma przed przejęciem TVP i Polskiego Radia. 

To jest zawsze pytanie czy ludzie będą w stanie się samoograniczyć. Naiwnością jest wiara, że da się wszystko wyregulować przepisami. W USA doskonale widać, jak wiele elementów tego systemu było opartych na niepisanych umowach. Na przykład proces ogłaszania zwycięzcy w wyborach. Zawsze robiły to agencje informacyjne i nikt tego nie kwestionował. Te agencje formalnie nie mają do tego prawa, ale i tak uważano, że to co mówią jest prawdą. W tym roku niespodziewanie pojawiła się argumentacja, że to nie są oficjalne wyniki tylko projekcja CNN czy innej stacji. 

A może jednak idzie na lepsze? Decyzja CNBC o zdjęciu Trumpa i powiedzeniu wprost „on kłamie" pokazuje, że coś się zmieniło, że media nawet te goniące za polityczną sensacją zaczynają poczuwać się do odpowiedzialności. W Polsce już też to widzimy. TVN24 z tych samych powodów przerwała wystąpienie Bąkiewicza... To dobra zmiana?

Wszystko zależy od tego, czy pracownicy mediów zastanowią się, jak mają sobie poradzić z tymi, którzy chcą wykorzystać liberalne swobody, w tym wolność wypowiedzi i pluralizm mediów do tego, żeby wprowadzać swoje zamordystyczne zapędy do obiegu i udawać, że to pogląd jak każdy inny. I niestety nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi: pozwalać na wszystko, nie pozwalać na nic. Pod tweetem, w którym skrytykowałem opinię Piaseckiego, że należy zapraszać wszystkich, ktoś napisał o jego wizji tak: „To jest szczera wiara w to, że dziennikarze mają misję bezstronności nie skonfrontowana z faktem, że ci fundamentaliści już dawno rozgryźli i zhakowali ten mechanizm wolnego rynku idei. Im bardziej kłamiesz tym bardziej przesuwasz scenę w prawo a limitu na kłamstwa przecież nie ma". I to jest to: nie możesz udawać, że wszystkie poglądy są równie uprawnione i że nic się nie dzieje, kiedy widać, że dotychczasowe normy przestały działać.

Tę przerwaną transmisję niektórzy polscy komentatorzy nazwali cenzurą.

To nie jest cenzura, bo media mają prawo decydować co chcą pokazywać a czego nie chcą. To ich prawo, ale też wielka odpowiedzialność. To nie jest cenzura, bo nikt Trumpowi nie wyłączył mikrofonu. Mógł dalej mówić to, co mówił.

Były też głosy, że mogli nie przerywać transmisji, tylko pozwolić dokończyć, a później prostować kłamstwa.

W normalnych warunkach tak mogłoby być, ale warunki nie są normalne. Trumpowi nie chodzi przecież o to, żeby coś udowodnić. On nie ma dowodów na fałszerstwo. Chodzi o to, żeby zasiać niepewność.

Tak samo było z Brexitem. 

Tak, zwolennicy Brexitu ciągle powtarzali, że po wyjściu z UE Wielka Brytania zyska 350 mln funtów tygodniowo, które będzie mogła przeznaczyć na ochronę zdrowia. Liczba z sufitu. Media wielokrotnie prostowały te kłamstwa, ale to nie miało już znaczenia, bo hasło weszło do obiegu. I to wystarczyło. Z Trumpem, Macierewiczem i Kają Godek jest podobnie.

Myślisz, że polskie media byłyby w stanie przerwać transmisję wystąpienia prezydenta, jak zrobiły to amerykańskie?

Już to robią. Na przykład TVP Info nie pokazuje wielu różnych rzeczy niewygodnych dla władzy. A czy powinny przerywać kłamliwe wystąpienia? Tak. Jeśli mamy prezydenta, który mówi rzeczy absolutnie skandaliczne np. że osoby LGBT są gorsze od komunizmu, i to w kraju gdzie ludzi mordowano i wywożono na Sybir, to powinny. Ale u nas dziennikarze powtarzają te słowa. Oburzają się a następnego dnia zapraszają przedstawiciela prezydenta żeby wyjaśnił co jego szef miał na myśli i czy - uwielbiam to stwierdzenie - „to aby nie przesada”.

Co ciekawe nawet przyjazny Republikanom Fox News przerwał konferencje rzeczniczki Białego Domu tłumacząc, że mówi nieprawdę. Ale z drugiej strony wciąż puszcza publicystów, którzy opowieści Trupa o sfałszowanych wyborach podsycają.

Postawa Fox News może się jeszcze zmienić na korzyść Trumpa, bo widać, że Partia Republikańska się od Trumpa nie odcięła. Jej przedstawiciele twierdzą, że prezydent ma prawo dochodzić swoich racji na drodze sądowej i że Demokraci robili to samo. Tylko, że to nieprawda, bo nikt z Demokratów nie kwestionował legalności wyboru Trumpa. Przekazano mu przecież władzę. Clinton nie mówiła, że wygrała tylko przyznała się do porażki. Znowu więc wszystko sprowadza się to do elementarnej przyzwoitości.

Ale jednak Fox News miał odwagę na taką mocną jak by nie było decyzję. Czy TVP Info, które wprost wspiera obóz władzy miałoby tyle odwagi? 

Fox News nie zależy finansowo od Trumpa, a TVP Info od władzy PiS już tak. To zasadnicza różnica. W przypadku TVP Info ktoś może przyjść i wszystkich tych ludzi wywalić na ulicę. Obóz władzy zagarnął media publiczne i może z nimi zrobić wszystko. Zdarzało się przecież w przeszłości, że pojawili się komentatorzy, którzy krytykowali pewne działania rządu i zaraz ich zwalniano. Na przykład ostatnio Rafał Ziemkiewicz krytycznie wypowiadał się o piątce dla zwierząt i zniknął z TVP Info. Nie żeby mi było żal Ziemkiewicza. Chcę tylko powiedzieć, że jak zaczął za bardzo wierzgać, to się musiał pożegnać. Przynajmniej na jakiś czas.

Wróćmy do mediów prywatnych. Ich celem jest zarabianie. Taka jest logika wolnego rynku. Jednak czy nie należy tego jakoś uregulować, bo ta gonitwa szkodzi społeczeństwu? 

To się musi opierać na przyzwoitości i zasadach, które wdraża sama redakcja. Nie da się ustawą wprowadzić przyzwoitości. Można próbować powoływać samorządy dziennikarskie, ale wiemy, że w Polsce to się nie sprawdza, bo każde plemię na swój samorząd. To się sprowadza do tego, czy samo środowisko dziennikarskie widzi, że ma problem. 

A widzi?

A czy Ty uważasz, że wykonujesz ten sam zawód co Samuel Pereira albo Michał Karnowski?

Nie. 

No właśnie, myślę, że wielu dziennikarzy myśli podobnie, bo wszystko się opiera na poczuciu przyzwoitości. Jeśli ktoś poza te granice wychodzi, to nie można zbudować jedności środowiska. Dlatego uważam, że pierwszym krokiem do reformy jest naprawa mediów publicznych. One powinny być wzorcem.

Łukasz Pawłowski - jest psychologiem i doktorem socjologii. Wraz z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast Amerykański”. Jest autorem książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS”, był sekretarzem redakcji i szefem działu politycznego tygodnika „Kultura Liberalna”

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst