SW+

Roboty w paczkomatach, sztafety dronów, boty doradzające co na kaca. Oni na pandemii robią biznesy życia

Skrót B.C. oznacza „before Christ”, czyli „przed Chrystusem”. Jednak od czasu, gdy pandemia zatrzymała świat, biznes coraz częściej tłumaczy ten skrót jako „before COVID”. Rzeczywiście, dla dużej częściej przedsiębiorców COVID-19 okazał się być wydarzeniem przełomowym. Niektórzy nawet na tym przełomie wygrają. O ile nie zatrzymają się w pół kroku.

– Światowa gospodarka jest dziś trochę jak zombie. Ani nie żyjemy, ani tak naprawdę nie umarliśmy – to słowa, które kilka tygodni temu padły w rozmowie z dziennikiem „Financial Times” ze strony Luisa Garicano, hiszpańskiego ekonomisty i posła do Parlamentu Europejskiego. Garicano tłumaczył, że w wielu miejscach i wielu branżach tylko kroplówka pomocy od rządów utrzymuje przedsiębiorców w pośrednim stanie między życiem a śmiercią.

Od pierwszych dni pandemii i masowo zapadających decyzji o wprowadzaniu polityki „zostań w domu” było jasne – czeka nas globalny kryzys, którego rozmach może sięgnąć najgorszych kryzysów w historii współczesnego kapitalizmu. Ekonomiści i politycy sprzeczali się tylko, czy będzie to kryzys typu V, czy U. Czyli czy będzie głęboki z mocnym dołkiem i szybkim wybiciem, czy okaże się łagodniejszy, wypłaszczony, niczym polskie statystyki zachorowań. Wtedy z odbiciem przyszłoby nam trochę poczekać.

Niemal od początku było też jasne, że w tym kryzysie są branże, które zamiast zombie staną się jak wampiry z wielkim bufetem z osoczem idealnym, by zasilić ich biznesowe krwiobiegi. I rzeczywiście: streaming, gaming, zdalna praca (a więc wszelkie narzędzia do telekonferencji i zarządzania zespołami), e-commerce mają prawdziwy kryzys – tyle, że to kryzys urodzaju.

Ale to nie ich sukcesy są kluczowe. Znacznie ciekawsze jest to, co dzieje się na zapleczu. To tam w poczekalni usadowiły się firmy, które może i rosły, może i miały ambicje czy pomysły, ale wciąż brakowało im jakiegoś impulsu. I właśnie dostały uderzenia niczym filmowy Frankenstein, który ożywa po trafieniu błyskawicą w trakcie szalejącej burzy.

Pytanie tylko, czy taki jeden strzał im wystarczy? 

Szkoła uczy się zajęć na odległość

Epidemia w dużym stopniu wpłynęła na metody pracy uczniów i nauczycieli. Gdy kolejne kraje zaczęły zamykać placówki oświatowe, stało się jasne, że przejść do świata cyfrowego będzie również musiała przejść oświata. Lekcje zamieniły się w telekonferencje, jednak ograniczony kontakt z nauczycielami spowodował, że uczniowie zdecydowanie więcej pracy muszą teraz wkładać w zdobywanie wiedzy na własną rękę. 

Taka sytuacja to woda na młyn polskiego startupu Brainly. Serwis wystartował w 2009 r., na początku pod nazwą Zadane.pl. Jego idea była i jest bardzo prosta: uczeń wchodzi na platformę i wpisuje nurtujące go pytanie. 

– Witam. 10 ml bazy zawiera 3 mg/ml, więc ile będzie miał cały zbiornik o pojemności 60 ml w tym 10 ml bazy z 3 mg/ml? – pyta jeden z internautów.

Odpowiedzi nadchodzą błyskawicznie, czasami już po kilku minutach. Z Brainly w ubiegłym roku korzystało miesięcznie 9 mln użytkowników z Polski. Aż przyszedł marzec i decyzje o zamykaniu szkół. Skok był momentalny, na koniec marca serwis zaraportował już 11 mln użytkowników. Wzrost nastąpił również w Rosji i reszcie krajów zrzeszonych we Wspólnocie Niepodległych Państw – z 35 do 55 mln w ciągu dwunastu miesięcy.

– Epidemia dostarczyła nam nowych użytkowników, jednak to w pewnym stopniu zmiana stała, bo najlepsze rozwiązania zdalnej nauki zostaną już z nami na zawsze – twierdzi w rozmowie ze Spider's Web+ Michał Gwiazdowski, general manager na rynki Rosji, Polski i Rumunii w Brainly.

W Brainly postanowili pójść za ciosem. Szybko odkryli, że uczniowie przygotowując się do egzaminów, chętnie skorzystaliby z wideolekcji. We współpracy z Wirtualną Polską przygotowali więc zajęcia pt. „Zostań w domu”, w ramach których przez 3 tygodnie prowadzili lekcje z nauczycielem, przerabiając kolejne partie materiału dla ósmoklasistów. Później tym samym śladem poszły telewizje. Z tego samego patentu polska platforma chce teraz skorzystać w Rumunii. – Zauważyliśmy także, że uczniowie i nauczyciele wykazują duże braki w umiejętności pracy zdalnej. Wraz z Ministerstwem Cyfryzacji i GovTechem przygotowaliśmy konkurs Edukator Roku. Chodziło nie tylko o wyróżnienie najlepszych pedagogów, ale również wskazanie reszcie, gdzie mogą szukać inspiracji – opowiada Gwiazdowski.

Jedna z laureatek, nauczycielka Szkoły Podstawowej nr 21 w Elblągu Dorota Kujawa-Weinke, zbudowała wokół prowadzonych przez siebie webinarów społeczność liczącą 5 tys. nauczycieli.

– Każdego miesiąca proponujemy tam słuchaczom-nauczycielom konkretną tematykę, np. w styczniu mówiłyśmy o sensie prac domowych, w marcu o technologii informacyjno-komunikacyjnej w uczeniu, w kwietniu o myśleniu wizualnym – tłumaczyła „Elbląskiej Gazecie Internetowej”.

Boom na e-commerce

Zdalna praca i nauka dotyczą wybranych. Jest jednak taki element naszego życia, w który COVID-19 uderzył bez względu na wiek, zawód i miejsce zamieszkania – zakupy. Po nagłym ograniczeniu funkcjonowania sklepów stacjonarnych istne tsunami klientów wylało się na te internetowe. Marki, które nie prowadziły sprzedaży przez internet, jak Primark, straciły z miesiąca na miesiąc setki milionów funtów. Reszta nie nadążała z rozsyłaniem kurierów po całych krajach.

E-spożywczak Frisco.pl w kwietniu tygodniowo osiągał sprzedaż na poziomie obrotów miesięcznych sprzed czasów pandemii i pokazał, jak wielki jest potencjał „e-grocery”. Owszem, rząd może próbować czarować rzeczywistość i ogłaszać plany powołania rządowej sieci handlowej spożywczych sklepów stacjonarnych, ale prawdziwie rozwojowy rynek na spożywkę, w tym także warzywa i owoce, jest tak naprawdę w sieci. Przecież szacowana wartość rynku spożywczego w Polsce wynosi 300 mld zł, więc jest to spory tort, z którego można odkroić dla siebie duży, wirtualny kawałek. W końcu jak wyliczył Nielsen, pandemia tak przyspieszyła rozwój e-commerce, że jego udział w FMCG może urosnąć nawet do 5 proc. do 2022. Jest więc o co walczyć. 

Szczególnie, że sytuacja może nie ulec zmianie także po rozmrożeniu handlu. W Polsce ponad dwa tygodnie po otwarciu galerii handlowych do sklepów wróciła mniej niż połowa konsumentów. Z badania Polskiej Izby Elektronicznej wynika, że aż 70 proc. internautów uważa e-zakupy za najbezpieczniejszą formę robienia zakupów. Triumfy święci więc e-commerce. Kurierzy mają pełne ręce roboty, a Paczkomaty pękają w szwach. Ten przyspieszony sukces stał się jednak dla branży nie tylko powodem do świętowania, ale i niemałym utrapieniem.

Z tego względu wspomniane Paczkomaty już niedługo mogą uchodzić za anachroniczne rozwiązanie. Retail Robotics – spółka, która dostarcza je inPostowi – stwierdziła, że miejsca na chodnikach, w skwerach i przy głównych ulicach jest coraz mniej. Do tego dochodzi problem z kurierami, którzy często nie mając fizycznej możliwości dojechać pod sam automat, stają w pierwszym lepszym miejscu na środku drogi, włączają światła awaryjne i blokują ruch.

Producent z Tych pomyślał, że można zrobić to inaczej. Za fasadą jego nowych automatów znajduje się znany z zakładów przemysłowych robot kartezjański. Dwuosiowa maszyna, poruszająca się dzięki prowadnicom szynowym, będzie odpowiedzialna za dostarczanie paczek do podajnika. Z zewnątrz klient zobaczy jednak tylko niewielką część urządzenia. Przedstawiciele Retail Robotics zarzekają się, że Parcel Hero (bo tak właśnie ma nazywać się następca Paczkomatu) będzie zajmował dosłownie 0,6 m kw. powierzchni handlowej. Reszta zostanie ukryta przed oczami klientów i będzie wykorzystywać nieużywane części zaplecza. 

To oznacza, że Parcel Hero zmieści się w większości osiedlowych sklepów, takich jak Żabka. I co za tym idzie – staną się naturalną częścią naszego otoczenia. 

Drony w końcu na fali

Równie dobrze może się jednak okazać, że klienci całkowicie porzucą pomoc kurierów i skierują się w stronę dronów. Technologia ta dojrzewa od dłuższego czasu. Amazon testował ją pod kątem dostarczania paczek już w 2016 r. Niespodziewanie jednak z okazji postanowiła skorzystać polska pracownia projektowa Spartaqs Group.

Główny konstruktor i współwłaściciel Spartaqsa Sławomir Huczała opowiada Spider’s Web+, że przygotowywał się do tego momentu od trzech lat. Na początku maja dron polskiej firmy przetransportował próbki COVID-19 między szpitalem MSWiA w Warszawie i Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. 

– To pierwszy lot drona wielowirnikowego w formule BVLOS, całkowicie skomputeryzowany z transponderem ADSB i próbkami COVID-19 przeprowadzony nad dużym miastem w Europie i prawdopodobnie na świecie – mówi Huczała. 

Spartaqs ciężko pracuje, by tę jednorazową przygodę przekuć w stałą współpracę. Według Sławomira Huczały za 2-3 miesiące kursy mogą odbywać się regularnie. – Do przeskoczenia zostały tylko kwestie proceduralne – dorzuca. 

Dronoid Hermes V8MT cargo - przelot nad Warszawą, między szpitalami.

Współwłaściciel Spartaqsa zaznacza, że rozmowy ze szpitalami prowadził już wcześniej. Koronawirus dał im jednak potężny impuls, szybko przekonując placówki medyczne do szukania rozwiązania swoich problemów w nowoczesnej technologii. 

Jak ma się to do pracy kurierów? Wzmożone zainteresowanie wykorzystaniem dronów szybko można przekuć w sukces na kolejnych polach. W fazie pilotażu jest już kolejne rozwiązanie. Spartaqs chce rozmieścić na ziemi tzw. NOD-y – połączenie platformy, na której dron może wylądować, z elektroniką, która przejmuje większość jego funkcji.

– Krótko mówiąc, tworzymy strukturę składającą się z nadajników radiowych i GSM-owych, które będą widzieć drona i prowadzić go po niebie. Do tego dodamy własną sieć radiową – tłumaczy Huczała. 

Po zbudowaniu NOD-ów wysłanie drona ze Szczecina do Warszawy nie będzie stanowiło żadnego problemu. Maszyna po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów wyląduje na platformie, a paczka zostanie odebrana przez kolejnego drona. Jak w sztafecie. 

– Docelowo chcemy zbudować sieć tzw. dronomatów. Będą one działać na tej samej zasadzie, co Paczkomaty z tą różnicą, że całość będzie obsługiwana wyłącznie przez drony – uzupełnia konstruktor Spartaqsa. Zainteresowanych tym rozwiązaniem raczej nie zabraknie.

Gadające maszyny

Wraz z rozpoczęciem lockdownu Voicetel Communications, spółka zajmująca się automatyzacją głosowej obsługi klienta, została zasypana pytaniami od zainteresowanych firm – pisał Puls Biznesu. Nic dziwnego. Po przymusowym zamknięciu oddziałów stacjonarnych trzeba było wciąż utrzymywać kontakt z konsumentami. A popularne voiceboty nie chorują, nie trafiają na kwarantannę i nie mylą się przy wygłaszaniu formułek. Można rzec, pracownicy idealni. 

Analitycy McKinsey&Company już w grudniu zapowiadali, że rok 2020 będzie należał do maszyn głosowych. Prognozy zakładały, że do końca roku będzie z nich korzystać nawet 80 proc. firm i instytucji. Podobnie zapowiadają amerykańscy analitycy z TechSci Research. Według nich jesteśmy w środku globalnego skoku rynku asystentów głosowych. Jego wartość wzrośnie z 1,2 mld USD w 2018 r. do 5,4 mld USD w 2024 r.

– Ten trend obejmuje także Polskę. Obecnie nasza gospodarka, także w kontekście np. handlu, cyfryzuje się w szybkim tempie, niejako zmuszona przez sytuację związaną z koronawirusem – tłumaczy Mariusz Pełechaty, CEO KODA Bots, producenta chatbotów.

W ciągu ostatniego roku wykorzystanie voicebotów wzrosło o 7 proc. Z mówiących automatów korzystają już tak duzi gracze, jak inPost, Play czy wspomniane Frisco.pl. W banku Pekao S.A. boty pomagają przemieszczać się po aplikacji mobilnej, w serwisie eSky umożliwią nam natomiast szybkie wyszukiwanie taniego połączenia lotniczego. Na Pyszne.pl ma zapisane takie podstawowe wyszukania, jak „pizza”, „romantycznie” i „kac”, dzięki którym szybciej kieruje do dopasowanej restauracji. 

W Polsce rozwój voicebotów blokowały dwie kwestie: problemy z nauczeniem maszyn naszego języka i brak przyzwyczajenia konsumentów do bycia obsługiwanym przez maszynę. Ta pierwsza zagwozdka rozwiązała się sama – w ciągu ostatnich dwóch lat międzynarodowe koncerny zaczęły dołączać polski do listy obsługiwanych języków. Za tworzenie własnych rozwiązań wzięły się również firmy znad Wisły. 

Druga bariera znika prawdopodobnie na naszych oczach. Banki, telekomy czy urzędy zachęcają nas dzisiaj do pozostania w domu i załatwiania spraw przez internet. Wszyscy przeszliśmy w ostatnich dwóch miesiącach przyspieszony kurs zdalnej obsługi rachunków, kont abonenckich i zdalnego zamawiania zakupów. A voicebotom tylko w to graj. Pełechaty szacuje, że obecnie rynek asystentów głosowych nad Wisłą generuje ledwie kilkanaście milionów zł przychodów rocznie. – Ale w 2024 r. przebije barierę 100 mln zł – dodaje szef KODA Bots. 

Beesfund, czyli Polak inwestuje

W trakcie lockdownu Polacy nie ograniczyli się wyłącznie do zdalnych zakupów, rozmów z chatbotami i nauczycieli z internetu. Niespodziewanie tłumnie korzystają także z... equity crowdfundingu. To inwestowanie, które pozwala internautom nabyć udziały firmy, wykorzystując do tego zbiórki pieniędzy na wyspecjalizowanych w tym serwisach. 

Eksperci są skonfundowani. No bo jak to? Mamy przecież kryzys, cięcia zarobków i rosnące bezrobocie, a Giełda Papierów Wartościowych jest w największym kryzysie od dekady. 

Póki co rzeczywistość nie chce jednak dopasować się do przewidywań. Dokładnie w środku pandemii zajmująca się produkcją whisky spółka Wolf and Oak S.A. pobiła rekord Polski, zbierając od internautów prawie 4,2 mln zł na dalsze inwestycje. Pod koniec maja na platformach Beesfund i Crowdway aktywnych było 14 zbiórek, które miały na koncie blisko 9 mln zł. Na tej pierwszej platformie pod koniec maja wartość wpłat sięgnęła prawie 6 mln zł. Dla porównania przez cały ubiegły rok firmy zebrały przez Beesfund łącznie 20 mln zł. Widać więc jak na dłoni, że tempo inwestowania pozostaje na zbliżonym poziomie... 

Arkadiusz Regiec, prezes Beesfund S.A., tłumaczy, że equity crowdfunding stał się dla Polaków atrakcyjnym miejscem na lokowanie pieniędzy w czasach recesji i rosnącej inflacji. Sam patrzy jednak szerzej i dlatego Regiec ma w portfolio także platformę OdpalProjekt.pl. Ostatnimi czasami chętnie korzystały z niej przede wszystkim restauracje, które w zamian za przelanie środków, rozdawały klientom vouchery na posiłki możliwe do zrealizowania tuż po otwarciu lokali. 

Dwa miesiące temu Stanisław Bochnak, strateg biznesowy w VMware Polska, prognozował na naszych łamach, że czeka nas rewolucja na miarę wprowadzenia 8-godzinnego dnia pracy w XIX wieku. Dziś, choć pandemia jeszcze się nie skończyła i gospodarki wciąż balansują między życiem a śmiercią, coraz więcej przedsiębiorców mówi nie tyle o rewolucji, co po prostu o nowej erze. Do czasów B.C., czyli „before COVID”, już nie wrócimy.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst